Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
- Автор: Новик Наоми
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 978-83-7301-943-0
- Переводчик: Pawel Kruk
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
Wyspę przeznaczono na ich rezydencję w ramach kompromisu; jako własność cesarza zawierała kilkanaście dużych i eleganckich smoczych pawilonów, do których dołączono też pomieszczenia przeznaczone dla ludzi. Laurence’a wraz z ekipą zakwaterowano w domu dołączonym do największego pawilonu, który wychodził na rozległy dziedziniec. Był to ładny budynek, całkiem duży, lecz całe górne piętro zajęli służący, których liczba znacznie przewyższała potrzeby awiatorów. Widząc, jak nieustannie plączą się pod nogami, Laurence zaczął podejrzewać, że pełnią oni także funkcje szpiegów i strażników.
Spał dobrze, lecz przed świtem obudzili go służący, którzy zaglądali do pokoju, by sprawdzić, czy się nie obudził. Po czwartej takiej próbie w ciągu zaledwie dziesięciu minut dał za wygraną i wstał z bólem głowy, rezultatem hojnego częstowania winem na bankiecie. Kiedy nie udało mu się doprosić o miskę do mycia, wyszedł na zewnątrz, żeby się umyć w stawie. Nie miał z tym trudności, gdyż w ścianie tuż nad ziemią umieszczono okrągłe okno, prawie tak wysokie jak on.
Zobaczył, że Temeraire spoczywa na drugim końcu dziedzińca, pomrukując przez sen, wyciągnięty na brzuchu, tak że nawet cały jego ogon leżał płasko na ziemi. Spod chodnika wychodziły bambusowe rurki, z których ciepła woda, podgrzewająca zapewne kamienie, wlewała się do stawu, tak więc ablucje Laurence’a były bardziej przyjemne, niż na to liczył. Służący krążyli w pobliżu, wyraźnie zniecierpliwieni i zbulwersowani widokiem jego obnażonego do pasa ciała. Kiedy wreszcie wrócił do pawilonu, wcisnęli mu do ręki chińskie ubranie: miękkie spodnie i szatę ze sztywnym kołnierzem, która chyba stanowiła tam typowy strój. Początkowo się sprzeciwił, lecz gdy zerknął na swoje ubranie, zobaczył, że jest mocno pogniecione po podróży. Nowe było przynajmniej schludne, choć nie przywykł do takiego stroju, a i całkiem wygodne, mimo iż czuł się nieswojo bez surduta czy krawata.
Przy stole czekał już na nich jakiś urzędnik, który przyszedł zjeść z nimi śniadanie. Zapewne dlatego służący tak się niecierpliwili. Laurence skłonił głowę, witając się z przybyszem, Zhao Wei, i pozwolił Hammondowi prowadzić rozmowę, sam zaś raczył się obficie herbatą, aromatyczną i mocną. Niestety, nigdzie nie było widać mleka, a służący tylko spojrzeli na niego obojętnie, kiedy o nie poprosił.
— Jego Cesarska Mość łaskawie pozwolił wam tu zamieszkać na czas waszej wizyty — oświadczył Zhao Wei. Nie znał biegle angielskiego, lecz dało się go zrozumieć. Dość sztywny i wychudzony obserwował z pogardliwym uśmieszkiem, jak Laurence nieporadnie posługuje się pałeczkami.
— Możecie chodzić po dziedzińcu, jeśli zechcecie, lecz żeby opuścić rezydencję, musicie złożyć oficjalną prośbę i uzyskać pozwolenie.
— Jesteśmy wdzięczni, lecz musi pan pamiętać o tym, że zakaz swobodnego poruszania w ciągu dnia bardzo nas skrępuje, jako że rozmiary tego domu bynajmniej nie zaspokajają naszych potrzeb — powiedział Hammond. — Tej nocy tylko ja i kapitan Laurence spaliśmy we własnych pokojach, małych i niestosownych do naszej pozycji, a nasi rodacy zostali upchnięci w bardzo ciasnych wspólnych kwaterach.
Laurence nie zauważył podobnych niedogodności i uznał za nieco absurdalne tak próby ograniczenia ich ruchów, jak i apele Hammonda o przydzielenie im większej przestrzeni, szczególnie kiedy okazało się podczas rozmowy, że w dowód szacunku dla Temeraire’a zwolniono całą wyspę. Jakiś tuzin smoków mógłby mieszkać w kompleksie w komfortowych warunkach, a apartamentów dla ludzi było tyle, że każdy członek załogi Laurence’a mógł mieć do dyspozycji cały budynek. Tak czy owak, rezydencja prezentowała się bardzo dobrze, była wygodna i o wiele bardziej przestronna niż okrętowe kajuty, w których spędzili ostatnie siedem miesięcy; nie widział najmniejszego powodu, by domagać się dodatkowej powierzchni albo ograniczać ich wolność na wyspie. Lecz Hammond i Zhao Wei uprzejmie i z powagą kontynuowali negocjacje.
Ostatecznie Zhao Wei pozwolił im na spacery po wyspie w towarzystwie służących, „jeśli nie będziecie się zbliżać do brzegu i nabrzeży i nie będziecie przeszkadzać patrolom strażników”. Hammond przystał na jego warunki. Zhao Wei napił się herbaty i dodał:
— Oczywiście Jego Wysokość pragnie, aby Lung Tien Xiang obejrzał miasto. Oprowadzę go, kiedy się naje.
— Z pewnością będzie to bardzo pouczające doświadczenie dla Temeraire’a i kapitana Laurence’a — odpowiedział szybko Hammond, zanim Laurence zdążył choćby otworzyć usta. — To bardzo miłe z pańskiej strony, że podarował pan wasze ubranie kapitanowi Laurence’owi, dzięki czemu nie będzie przyciągał uwagi w mieście.
Zhao Wei dopiero teraz zauważył strój Laurence’a, a wyraz jego twarzy wskazywał, że nie ma z tym nic wspólnego. Niemniej dobrze zniósł porażkę.
— Mam nadzieję, że niebawem będziecie mogli wyruszyć, kapitanie — rzucił, skłaniając lekko głowę.
— Pójdziemy do miasta? — zapytał podniecony Temeraire, kiedy go myto i szorowano po śniadaniu, podnosząc mu przednie łapy i czyszcząc pazury. Podobnie potraktowano jego zęby, a młoda służąca wsadziła nawet głowę do jego pyska, by mu wyszorować też tylne.
— Naturalnie — odparł Zhao Wei, szczerze zdziwiony tym pytaniem.
— Może uda wam się obejrzeć plac treningowy smoków, jeśli jest jakiś w obrębie miasta — zasugerował Hammond, który wyszedł do nich przed pawilon. — Z pewnością by cię to zainteresowało, Temeraire.
— Och, tak — powiedział Temeraire, a jego kreza podniosła się nieco i zadrżała.
Hammond posłał Laurence’owi znaczące spojrzenie, które ten zupełnie zignorował, gdyż nie miał ochoty bawić się w szpiega ani przedłużać wycieczki, bez względu na to, co interesującego mogliby napotkać.
— Jesteś gotowy, Temeraire? — zapytał.
Popłynęli na brzeg dość wyszukaną, lecz niezdarną barką, która kołysała się pod ciężarem Temeraire’a nawet na spokojnej wodzie małego jeziora. Laurence trzymał się blisko rumpla i czujnie obserwował niezdarnego sternika, żałując, że nie może go zastąpić. Krótką odległość, jaka dzieliła ich od brzegu, pokonali w czasie dwukrotnie dłuższym od normalnego. W całej wycieczce towarzyszyła im eskorta uzbrojonych strażników z wyspy. Większość z nich szła przodem, by utorować im drogę na ulicach, lecz jakichś dziesięciu kroczyło tuż przy Laurensie i przepychało się nawzajem, żeby stworzyć żywy mur, który miał mu uniemożliwić odłączenie się od grupy.
Zhao Wei przeprowadził ich przez kolejną czerwono-złotą ozdobną bramę, umieszczoną w ufortyfikowanym murze i wychodzącą na szeroką aleję. Strzegło jej kilkunastu strażników w cesarskich barwach oraz dwa uzbrojone smoki: jeden ze znanych im już czerwonych, drugi zaś intensywnie zielony z czerwonymi cętkami. Ich kapitanowie siedzieli pod markizą, popijając herbatę, bez pikowanych kaftanów; były to kobiety.
— Widzę, że u was także kobiety pełnią rolę kapitanów — powiedział Laurence do Zhao Weia. — Czy służą z jakąś określoną rasą?
— Kobiety towarzyszą tym smokom, które idą do wojska — powiedział Zhao Wei. — Oczywiście tylko gorsze rasy wybierają takie zajęcie. Ten zielony należy do rasy Szmaragdowe Szkło. Są zbyt leniwe i powolne, by wypaść dobrze na egzaminach, a Szkarłatne Kwiaty za bardzo lubią walczyć, więc nie nadają się do niczego innego.
— Czy to znaczy, że tylko kobiety służą u was w siłach powietrznych? — zapytał Laurence, przekonany, że źle zrozumiał rozmówcę, lecz Zhao Wei potwierdził to skinieniem głowy. — Ale dlaczego? Przecież nie każecie kobietom służyć w piechocie albo marynarce wojennej?