Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 88
Перейти на страницу:

— Mówi, że to nie jest warte takiej sumy — wyjaśnił Temeraire.

— Przecież dałem mu zaledwie pół gwinei — zaprotestował Laurence.

Mężczyzna wrócił po chwili, niosąc o wiele większy wazon, intensywnie czerwony i lśniący u dołu i przechodzący w coraz jaśniejszy odcień aż do równie połyskliwej bieli u góry. Kiedy postawił wazon na stole, wszyscy spojrzeli na niego z podziwem; nawet Zhao Wei zamruczał z aprobatą, Temeraire zaś powiedział:

— Ależ to piękne.

Laurence wcisnął kupcowi jeszcze kilka gwinei, choć nie było to łatwe, a i tak z nieczystym sumieniem wynosił wazon owinięty w liczne warstwy jedwabnych szmat. Nigdy wcześniej nie widział równie pięknej porcelany i już się martwił o jej losy podczas długiej podróży. Zachęcony pierwszym sukcesem, nabył inne rzeczy, porcelanę i jedwab, a potem nieduży wisiorek z nefrytu, wskazany mu przez Zhao Wei, który, stopniowo przeszedłszy od lekceważenia do zapału do zakupów, wyjaśnił, że przedstawione na nim symbole nawiązują do początku poematu o legendarnej kobiecie walczącej na smoku. Najwyraźniej był to talizman, który często kupowano dziewczynie wstępującej do służby. Laurence pomyślał, że wisiorek spodoba się Jane Roland i dołożył go do rosnącego stosu. Niebawem Zhao Wei musiał wyznaczyć kilku żołnierzy do niesienia pakunków, tak więc teraz strażnicy nie bali się, że Laurence ucieknie, ale że może ich obładować masą towarów.

Ceny były o wiele niższe, niż się spodziewał Laurence, i na pewno nie zależało to wyłącznie od kosztów transportu. Nie zdziwił się zbytnio, bo usłyszał wcześniej w Makau opowieści przedstawicieli Kompanii o zachłanności lokalnych mandarynów i łapówkach, jakich się domagają, niezależnie od normalnych opłat. Lecz różnica była tak duża, że Laurence musiał zrewidować swoje domysły co do rozmiarów nadużyć.

— Wielka szkoda — powiedział Laurence do Temeraire’a, kiedy doszli do końca alei. — Gdyby tylko można było handlować swobodnie, kupcom i rzemieślnikom wiodłoby się o wiele lepiej. Muszą wysyłać dobra przez Kanton, co pozwała szaleć mandarynom. Pewnie nawet nie chcą się trudzić, skoro mogą sprzedać wszystko tutaj, więc otrzymujemy resztki z ich rynku.

— Może nie chcą sprzedawać najładniejszych wyrobów tak daleko od kraju. Coś bardzo ładnie pachnie — rzekł z uznaniem Temeraire, kiedy przechodzili przez nieduży most prowadzący do innej dzielnicy, otoczonej wąską fosą i niskim kamiennym murem.

Po obu stronach ulicy biegły doły wypełnione żarem, nad którym spoceni, półnadzy mężczyźni piekli różne zwierzęta, zawieszone na metalowych rożnach i polane sosem: woły, świnie, owce, sarny, konie oraz mniejsze stworzenia, których Laurence nie potrafił rozpoznać. Kapiący sos skwierczał na kamieniach, z których unosiły się obłoczki gęstego, aromatycznego dymu. Tylko nieliczni ludzie robili tu zakupy, przemykając zgrabnie między smokami, które stanowiły największą klientelę.

Temeraire najadł się wcześniej do syta: pożarł kilka młodych saren i faszerowane kaczki na deser, dlatego teraz nie poprosił o nic, lecz zerkał zazdrośnie na niedużego purpurowego smoka zajadającego prosię prosto z rożna. Później w głębi alei spotkali zmęczonego niebieskiego smoka o skórze poobcieranej od uprzęży transportowej, który odwrócił się smutno od wspaniale opieczonej krowy i wskazał na niedużą, nieco przypaloną owcę, odłożoną na bok, a potem zabrał ją w kąt i zaczął powoli jeść, nie gardząc nawet kośćmi i podrobami.

Oczywiście skoro smoki miały zarabiać na życie, to znajdowały się wśród nich takie, którym dopisywało mniejsze szczęście, lecz Laurence był oburzony, że jakiś smok chodzi głodny, podczas gdy tyle jedzenia marnuje się w ich rezydencji i gdzie indziej. Temeraire nie zauważył niczego, zajęty oglądaniem potraw. Opuścili dzielnicę innym małym mostem, prowadzącym na szeroką aleję, od której zaczęli zwiedzanie. Zadowolony Temeraire głośno westchnął, wypuszczając powoli z nozdrzy aromatyczne powietrze.

Laurence przycichł; ten ostatni widok stłumił w nim naturalną fascynację nowym miejscem i naturalne zainteresowanie ogromną stolicą obcego kraju, bo uświadomił mu wyraźny kontrast, jeśli chodzi o traktowanie smoków. Ulice miasta były szersze od ulic londyńskich nie wskutek przypadku, nie z powodu odmiennego gustu czy nawet dążenia do wzniosłości: po prostu zaprojektowano je tak po to, aby smoki mogły żyć w pełnej harmonii z ludźmi, i niewątpliwie zrealizowano ten cel, ku zadowoleniu wszystkich, a ten jeden nieszczęśnik stanowił raczej wyjątek potwierdzający powszechne szczęście.

Zbliżała się pora obiadu i Zhao Wei skierował ich z powrotem ku wyspie. Temeraire także przycichł, kiedy opuścili okolice targu i kroczyli ku bramie. Kiedy dotarli do przejścia, zatrzymali się, a on spojrzał do tyłu na miasto wciąż podniecony. Zhao Wei zauważył to i zapytał go o coś po chińsku.

— Jest bardzo ładne — odpowiedział Temeraire i dodał: — ale nie potrafię porównać. Nigdy nie spacerowałem po Londynie ani nawet po Dover.

Rozstali się z Zhao Wei przed pawilonem i weszli do środka. Laurence usiadł ciężko na drewnianej ławce, a Temeraire zaczął chodzić niespokojnie tam i z powrotem, kiwając końcem ogona w przód i w tył.

— To nieprawda — wybuchnął wreszcie. — Laurence, chodziliśmy, gdzie chcieliśmy, byliśmy na ulicach i w sklepach i nikt przed nami nie uciekał i nas się nie bał, ani na południu, ani tutaj. Ludzie nie boją się smoków, ani trochę.

— Muszę cię prosić o wybaczenie — odpowiedział cicho Laurence. — Przyznaję, że się myliłem: najwyraźniej ludzie potrafią się do was przyzwyczaić. Myślę, że przy takiej liczbie smoków ludzie stykają się z nimi od dzieciństwa i nie boją się ich. Ale zapewniam, że nie chciałem cię okłamać. W Anglii wszystko wygląda inaczej. To pewnie kwestia przyzwyczajenia.

— Skoro dzięki temu ludzie mogą przestać się bać, to nie rozumiem, dlaczego nas się izoluje i w ten sposób utrzymuje ich w strachu — powiedział Temeraire.

Laurence nie potrafił na to odpowiedzieć i nawet nie próbował. Udał się do swojego pokoju, by zjeść lekki obiad. Zamyślony i niespokojny Temeraire ułożył się do tradycyjnej drzemki, a Laurence jadł samotnie bez większego entuzjazmu. Kiedy przyszedł Hammond, żeby zapytać, co widzieli, Laurence zdał mu jak najkrótszą relację, nie potrafiąc ukryć irytacji, więc speszony dyplomata szybko się wycofał.

— Naprzykrzał ci się? — zapytał Granby, wsadzając głowę do pokoju.

— Nie — odpowiedział Laurence znużonym głosem i wstał, by umyć ręce w miednicy, którą napełnił wodą ze stawu. — To raczej ja byłem wobec niego niegrzeczny, choć wcale na to nie zasłużył. Chciał się tylko dowiedzieć, jak tu wychowują smoka, żeby móc potem utrzymywać, że Temeraire był dobrze traktowany w Anglii.

— Moim zdaniem zasłużył na lanie — rzucił Granby. — Wściekłem się, kiedy wstałem, a on mi powiedział jakby nigdy nic, że wyprawił cię samego na wycieczkę z jakimś Kitajcem. Wiem, że Temeraire nie pozwoliłby cię skrzywdzić, ale w tłumie wszystko może się zdarzyć.

— Nie, niczego nie próbowano. Nasz przewodnik był na początku mało uprzejmy, ale pod koniec nabrał ogłady. — Laurence zerknął na pakunki, które ludzie Zhao Weia złożyli w kącie pokoju. — Wiesz co, John, chyba Hammond miał rację z tym zamachem; mieliśmy tylko urojenia — rzucił posępnie. Po tej długiej wycieczce pomyślał, że książę wcale nie musiał zniżać się do morderstwa, skoro mógł wykorzystać tyle bardziej subtelnych i przekonujących argumentów, jakie zapewniał mu jego kraj.

— Raczej Yongxing zaprzestał prób na pokładzie okrętu i czeka, aż się tu zadomowisz — odpowiedział pesymistycznie nastawiony Granby. — Ta wysepka to bardzo miłe miejsce, tylko czai się tu cholernie dużo strażników.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)