Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 88
Перейти на страницу:

Rankiem następnego dnia Yongxing przedstawił ją krótko jako Lung Tien Lien, po czym oddalili się, by wspólnie zjeść śniadanie. Hammond po cichu rozeznał się w sytuacji, by móc powiedzieć im coś więcej podczas posiłku.

— To bez wątpienia Niebiański — oznajmił. — Chyba jakiś albinos, ale nie mam pojęcia, dlaczego wzbudza we wszystkich taki niepokój.

— Ma żałobne umaszczenie, więc naturalnie przynosi pecha — wyjaśnił im Liu Bao takim tonem, jakby to było oczywiste, po czym dodał: — Cesarz Qianlong miał zamiar podarować ją księciu Mongolii, aby uchronić synów przed jej złym wpływem, lecz Yongxing oznajmił, że woli ją wziąć, zamiast pozwolić na to, żeby Niebiański dostał się w ręce kogoś, kto nie należy do rodziny cesarskiej. Sam mógł zostać cesarzem, ale oczywiście nie można mieć cesarza z przeklętym smokiem, bo oznaczałoby to dla państwa katastrofę. Tak więc jego brat został cesarzem Jiaqing. Taka jest wola Niebios!

Po tej filozoficznej uwadze wzruszył ramionami i zjadł kolejny kawałek smażonego chleba. Hammond miał ponurą minę, a Laurence podzielał jego niepokój: duma to jedno, a przedkładanie zasad nad możliwość przejęcia tronu to coś zupełnie innego.

Pomocnicze smoki, które towarzyszyły im do tej pory, wymieniono na dwa inne: jeden był rasy niebieskoszarej, drugi zaś trochę większy, ciemnozielony z niebieskimi paskami i gładkim łbem pozbawionym rogów. Także i one spoglądały na Temeraire’a z podziwem, a na Lien z nerwowym szacunkiem, i raczej trzymały się z boku. Temeraire przywykł już do majestatycznej samotności i nieustannie zerkał na Lien, zafascynowany i zaciekawiony, aż w końcu ona spojrzała wprost na niego, a on ze wstydem spuścił łeb.

Tego ranka miała na głowie coś w rodzaju jedwabnej woalki udrapowanej między złotymi prętami, która ocieniała jej oczy niczym baldachim. Laurence zastanawiał się, po co jest to jej potrzebne, skoro niebo wciąż było jednostajnie szare. Lecz już po kilku godzinach lotu natarło na nich gorące powietrze, wypełniające wąwozy otoczone starymi górami; ich południowe stoki mieniły się soczystą zielenią, północne zaś pokrywały niemal nagie skały. Chłodny wiatr uderzył ich w twarz, kiedy wylecieli nad pogórze, a promienie słońca, które wyjrzało spomiędzy chmur, ukłuły ich boleśnie w oczy. Już nie widać było nigdzie pól ryżowych, w ich miejsce zaś pojawiły się ogromne połacie dojrzewającej pszenicy, a raz zobaczyli wielkie stado brązowych wołów, które szły wolno przez równinę z opuszczonymi łbami, przeżuwając trawę.

Na szczycie wzgórza, na którym pasło się stado, stała chata, a obok niej obracały się ogromne rożna. Nad pieczonymi w całości krowami unosił się przyjemny zapach.

— Wyglądają apetycznie — zauważył tęsknie Temeraire. Nie był osamotniony w swoich odczuciach: gdy zbliżyli się do chaty, jeden z towarzyszących im smoków zanurkował gwałtownie na ziemię. Z chaty wyszedł jakiś człowiek, odbył krótką rozmowę ze smokiem, po czym powrócił do chaty. Kiedy znowu się pojawił, miał dużą deskę. Położył ją przed smokiem, a ten wydrapał na drewnianej powierzchni kilka znaków chińskich. Mężczyzna odniósł deskę, a smok zabrał krowę: najwyraźniej dokonał zakupu. Szybko dołączył do nich w powietrzu, zajadając krowę w locie. W ogóle się nie przejmował, że przez cały czas niesie pasażerów. Laurence dostrzegł przez chwilę pozieleniałą twarz Hammonda, który musiał patrzeć, jak zadowolony smok, pożera krowie wnętrzności.

— Moglibyśmy spróbować kupić taką krowę, jeśli tu przyjmują gwinee — powiedział z powątpiewaniem Laurence do Temeraire’a; wziął ze sobą złote monety, a nie papierowe banknoty, lecz nie miał pojęcia, czy pasterz by je przyjął.

— Och, nie jestem specjalnie głodny — odpowiedział Temeraire, zastanawiając się nad czymś innym. — Laurence, on coś napisał, prawda? Na tej desce.

— Tak myślę, chociaż nie znam się na piśmie chińskim — rzekł Laurence. — Ty powinieneś wiedzieć coś więcej na ten temat.

— Ciekawe, czy wszystkie chińskie smoki potrafią pisać — powiedział Temeraire, nieco przygnębiony. — Pomyślą pewnie, że jestem głupi, jeśli okaże się, że tylko ja nie potrafię pisać. Muszę się jakoś tego nauczyć. Zawsze myślałem, że litery trzeba kreślić piórem, ale jestem pewien, że mógłbym tak ryć je w drewnie.

Być może ze względu na Lien, która chyba nie przepadała za ostrym blaskiem słońca, zatrzymali się, by przeczekać upał w pawilonie, gdzie mogli zjeść i dać odpocząć smokom, i wyruszyli w dalszą podróż z nastaniem wieczoru. Zapalone tu i tam na ziemi latarnie wskazywały im drogę, choć Laurence’owi gwiazdy wystarczyłyby do określenia kursu: lecieli teraz bardziej na północny wschód, połykając szybko kolejne mile. W ciągu dnia wciąż panował upał, lecz powietrze nie było już tak wilgotne, w nocy zaś panował przyjemny chłód. Jednak trudno było nie zauważyć oznak północnej zimy: pawilony były zabudowane z trzech stron i podniesione na kamiennych platformach, tak by można było ogrzewać piecami podłogi.

Pekin ciągnął się daleko poza miejskie mury, liczne i okazałe, wyposażone w wieże i blanki niczym europejskie zamki. Szerokie, proste ulice, brukowane szarym kamieniem i prowadzące do bram i dalej, pełne były ludzi, koni i wozów w ruchu i z góry przypominały rzeki. Widzieli też wiele smoków, zarówno na niebie, jak i na ulicach; wzbijały się na krótko w powietrze, przelatując z jednej dzielnicy do drugiej i przenosząc podwieszonych do nich ludzi, którzy najwyraźniej podróżowali w ten sposób. Miasto było podzielone na idealnie równe kwadraty, z wyjątkiem czterech półksiężyców niedużych jezior znajdujących się praktycznie w obrębie murów. Na wschód od jezior wznosił się cesarski pałac, niejeden budynek, lecz kompleks wielu mniejszych pawilonów, otoczonych murem i fosą wypełnioną mętną wodą: w blasku zachodzącego słońca dachy lśniły jak pozłacane pośród wiosennych drzew, zielonych i zielono-żółtych, rzucających długie cienie na place brukowane szarym kamieniem.

Kiedy się zbliżyli, wyleciał im na spotkanie mniejszy smok: czarny, w żółte paski, z obrożą z ciemnozielonego jedwabiu; chociaż miał jeźdźca na grzbiecie, zwrócił się bezpośrednio do towarzyszących im smoków. Temeraire podążył za innymi smokami na małą, okrągłą wyspę, położoną na jeziorze najbardziej wysuniętym na południe i oddaloną od pałacowych murów o niecałe pół mili. Wylądowali na szerokim pomoście z białego marmuru, który wychodził w jezioro, przeznaczonym chyba tylko dla smoków, ponieważ nie było tam żadnych łodzi.

Pomost kończył się ogromną bramą: była to czerwona konstrukcja, większa niż mur, lecz mimo wszystko zbyt wąska, by można ją było nazwać budynkiem. Zawierała trzy sklepione przejścia, w dwóch mniejszych mogłyby się zmieścić cztery smoki o szerokości Temeraire’a i znacznie wyższe od niego, a środkowe przejście było jeszcze większe. Po obu stronach bramy stała para Cesarskich, jeden czarny, drugi ciemnoniebieski, podobne do Temeraire’a, lecz pozbawione krezy. Towarzyszyli im piechurzy ustawieni w długim szeregu, uzbrojeni w długie włócznie i ubrani w niebieskie długie szaty i lśniące stalowe hełmy.

Towarzyszące im smoki ruszyły ku mniejszym przejściom, a Lien wkroczyła w środkowe, lecz smok w żółte paski zagrodził drogę Temeraire’owi, skłonił łeb i powiedział coś przepraszającym tonem, pokazując na główne wejście. Temeraire odpowiedział mu krótko, po czym przysiadł na tylnych łapach, z niezadowoleniem kładąc na karku sztywną krezę.

— Coś nie tak? — zapytał cicho Laurence. Zauważył, że na dziedzińcu za bramą zebrało się mnóstwo ludzi i smoków, jakby na coś oczekujących.

— Chcą, żebyś zsiadł i ruszył którymś z tych mniejszych przejść, a ja mam wejść środkiem — powiedział Temeraire. — Ale ja nie zostawię cię samego. A poza tym wydaje mi się to głupie, że trzy wejścia prowadzą do tego samego miejsca.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)