Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 88
Перейти на страницу:

Laurence żałował, że nie może się poradzić Hammonda ani nikogo innego. Pasiasty smok i jego jeździec sprawiali wrażenie równie skonsternowanych uporem Temeraire’a; kiedy Laurence spojrzał Chińczykowi w oczy i zauważył, że tamten jest tak samo zmieszany jak on. Smoki i żołnierze przy bramie trwali na stanowiskach nieruchomo niczym posągi, lecz po kilku minutach zebrani po drugiej stronie musieli się zorientować, że coś się stało, bo w wejściu pojawił się mężczyzna ubrany w bogato haftowaną niebieską szatę, odbył krótką rozmowę z pasiastym smokiem i jego jeźdźcem, po czym zerknął na Laurence’a i Temeraire’a i wrócił szybko do swoich.

Przez sklepione przejście popłynął szmer rozmów, a potem nagle zapadła cisza. Ludzie stojący po drugiej stronie bramy rozstąpili się i pod łukiem przeszedł smok, lśniąco czarny, bardzo podobny do Temeraire’a, o takich samych ciemnoniebieskich oczach i takich samych paskach na skrzydłach, z dużą sztywną krezą z półprzeźroczystej czarnej błony rozciągniętą między cynobrowymi rogami — jeszcze jeden Niebiański. Smok zatrzymał się przed nimi i przemówił niskim, dźwięcznym głosem. Temeraire znieruchomiał na moment, a potem zadrżał, unosząc powoli krezę, i powiedział cicho i nieśmiało:

— Laurence, to jest moja matka.

Rozdział 13

Później Laurence dowiedział się od Hammonda, że środkowe wejście jest zarezerwowane dla rodziny cesarskiej i Niebiańskich, dlatego go tam zatrzymano. Teraz jednak Qian odbyła z Temeraire’em krótki lot nad bramą na centralny dziedziniec, zgrabnie rozwiązując ten węzeł gordyjski.

Gdy już uporano się z etykietą, poprowadzono wszystkich na ogromne przyjęcie, zorganizowane w największym ze smoczych pawilonów, gdzie przygotowano dwa stoły. Qian posadzono u szczytu pierwszego stołu, po jej lewej ręce zasiadł Temeraire, po prawej zaś Yongxing i Lien. Laurence otrzymał miejsce w dalszej części stołu, a Hammonda, posadzono po drugiej stronie kilka krzeseł dalej. Pozostali Brytyjczycy zasiedli przy drugim stole. Laurence uznał, że nie ma co protestować: dzieląca ich odległość nie przekraczała nawet długości pokoju, a poza tym Temeraire i tak skupił całą uwagę na czym innym. Prowadził rozmowę z matką, wyraźnie spłoszony i onieśmielony, co było do niego niepodobne: była większa od niego, a półprzeźroczystość jej łusek wskazywała na jej podeszły wiek, tak jak jej wytworne maniery. Nie nosiła uprzęży, lecz jej krezę zdobiły duże żółte topazy, umocowane na wyrostkach, oraz na pozór delikatny złoty kołnierz, ozdobiony kolejnymi topazami i dużymi perłami.

Przed smokami postawiono ogromne tace, a na każdej spoczywał pieczony jeleń z porożem: na końce rogów nadziano pomarańcze faszerowane goździkami, które roztaczały woń całkiem przyjemną dla ludzkiego nosa, a brzuchy wypełniono orzechami zmieszanymi z jakimiś jasnoczerwonymi jagodami. Ludziom podano osiem dań, mniejszych, lecz równie wyszukanych. Po okropnym jedzeniu na pokładzie nawet tak egzotyczna strawa była jednak całkiem znośna.

Zajmując miejsce, Laurence zakładał, że nie będzie miał z kim porozmawiać, chyba że będzie wrzeszczał przez stół do Hammonda, bo nie zauważył nigdzie tłumacza. Po jego lewej ręce siedział jakiś bardzo stary mandaryn w kapeluszu ozdobionym opalizująco białym klejnotem; z jego imponującego warkocza złożonego z przeważnie jeszcze czarnych włosów, pomimo licznych zmarszczek na twarzy, dyndało pawie pióro. Chińczyk skupił się głównie na jedzeniu i piciu, nie odzywając się ani słowem do Laurence’a. Dopiero kiedy sąsiad mandaryna nachylił się do niego i krzyknął mu coś do ucha, Laurence zorientował się, że starzec nie dość, że nie zna angielskiego, to jeszcze jest całkiem głuchy.

Lecz niedługo po zajęciu miejsca ze zdziwieniem usłyszał, że z drugiej strony ktoś zwraca się do niego po angielsku z wyraźnym francuskim akcentem.

— Mam nadzieję, że podróż nie była dla pana zbyt męcząca — rozległ się miły głos.

Był to francuski ambasador, ubrany w długą chińską szatę. Z powodu tego nieeuropejskiego stroju i ciemnych włosów Laurence nie odróżnił go od razu od reszty towarzystwa.

— Pozwoli pan, mam nadzieję, że się przedstawię, mimo konfliktu między naszymi krajami — mówił dalej De Guignes. — Mogę powiedzieć, że zawarłem z panem pośrednią znajomość. Mój bratanek twierdzi, że zawdzięcza życie pańskiej wspaniałomyślności.

— Proszę wybaczyć, ale nie mam pojęcia, o czym pan mówi — odparł Laurence, zaskoczony słowami Francuza. — Pański bratanek?

— Jean-Claude De Guignes. Porucznik naszej Armée de l’Air — wyjaśnił ambasador i skłonił głowę, nie przestając się uśmiechać. — Spotkał go pan w listopadzie na kanale, kiedy dokonał abordażu.

— Dobry Boże — wykrzyknął Laurence, przypomniawszy sobie młodego porucznika, który walczył tak dzielnie, eskortując konwój. Uścisnął ochoczo dłoń De Guignesa. — Pamiętam. Niezwykła odwaga. Miło mi słyszeć, że powrócił do zdrowia bo tak chyba jest?

— Och, tak. Oznajmił w liście, że opuści szpital lada moment. By udać się do więzienia, oczywiście, ale to lepsze niż grób — dodał De Guignes, wzruszając ramionami. — Pisał mi o pańskiej interesującej podróży, wiedząc, że zostałem tu oddelegowany. Z ogromną przyjemnością oczekuję tu pana od miesiąca, kiedy to otrzymałem list od niego, bo chciałem wyrazić wdzięczność za taką wielkoduszność.

Po tak udanym początku poruszyli jeszcze kilka neutralnych tematów, rozmawiali o chińskim klimacie, jedzeniu i zadziwiająco dużej liczbie smoków. Laurence mimowolnie poczuł pewną więź z Francuzem, jako przedstawicielem świata zachodniego w orientalnej enklawie, a choć sam De Guignes nie był żołnierzem, sporo wiedział o francuskim korpusie powietrznym i był pełnym zrozumienia kompanem. Po uczcie wyszli razem na dziedziniec, podążając za innymi gośćmi. Większość z nich zabierały smoki, w taki sam sposób, w jaki przenosiły ludzi po mieście.

— Przemyślny sposób transportu, nieprawdaż? — zauważył De Guignes, a Laurence przyznał mu rację, przyglądając się wszystkiemu z ciekawością: smoki, te najbardziej rozpowszechnione, niebieskie, miały lekkie uprzęże z licznych jedwabnych pasów spuszczonych z grzbietów, na których było mnóstwo pętli z szerokich jedwabnych wstążek. Pasażer wspinał się po pętlach do najwyższej, którą następnie wsuwał sobie przez ramiona pod pośladki: w ten sposób siedział w miarę pewnie, trzymając się głównego pasa, dopóki smok leciał poziomo.

Hammond wyszedł z pawilonu i otworzył szeroko oczy, ujrzawszy ich razem, po czym szybko do nich dołączył. Dyplomaci przywitali się z uśmiechem i rozmawiali ze sobą bardzo przyjaźnie, lecz gdy De Guignes pożegnał się i oddalił w towarzystwie dwóch mandarynów, Hammond bez ogródek zażądał, aby Laurence zdał mu szczegółowe sprawozdanie z całej ich rozmowy.

— Oczekiwał nas od miesiąca! — powtórzył zbulwersowany Hammond i dał do zrozumienia, nie mówiąc tego wprost, że Laurence jest naiwnym prostakiem, skoro uwierzył w miłe słówka De Guignesa. — Jeden Bóg wie, co knuł przeciwko nam przez cały ten czas. Proszę nie prowadzić już z nim żadnych osobistych rozmów.

Laurence nie odpowiedział na tę uwagę tak, jakby chciał, tylko udał się do Temeraire’a. Qian jako ostatnia opuszczała przyjęcie i zanim wzbiła się w powietrze, kilkakrotnie trąciła czule nosem syna. Jej gładka czarna postać rozpłynęła się szybko w ciemności nocy, a Temeraire jeszcze przez jakiś czas bardzo tęsknie za nią spoglądał.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)