Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 88
Перейти на страницу:

— Tym bardziej nie ma się czego bać — rzekł Laurence. — Gdyby chcieli mnie zabić, już dawno by to zrobili.

— Temeraire na pewno by tu nie został, gdyby zabili cię strażnicy samego cesarza albo gdyby coś podejrzewał — powiedział Granby. — Raczej próbowałby zabić ich jak najwięcej, a potem znaleźć Allegiance i wrócić do domu. Chociaż, skoro smoki fatalnie znoszą utratę kapitana, to równie dobrze mógłby uciec i zdziczeć.

— Możemy tak perorować w nieskończoność. — Zniecierpliwiony Laurence uniósł dłonie i znowu je opuścił. — Dzisiaj zależało im tylko na zrobieniu wrażenia na Temerairze.

Nie dodał, że całkiem im się to udało, i to bez większego wysiłku. Nie wiedział, w jaki sposób opisać kontrast względem taktowania smoków na Zachodzie, by nie narzekać albo nie okazać się nielojalnym. Po raz kolejny uświadomił sobie, że nie szkolił się na awiatora, więc nie chciał powiedzieć czegoś, co by mogło zranić uczucia Granby’ego.

— Strasznie jesteś przygaszony — zauważył niespodziewanie Granby, a Laurence drgnął z miną winowajcy: siedział pogrążony w ponurym milczeniu. — Nic dziwnego, że mu się spodobało miasto. Zawsze go podniecają nowe rzeczy. Jest aż tak źle?

— Właściwie to nie chodzi o miasto — rzekł w końcu Laurence. — Chodzi o powszechny szacunek dla smoków, nie tylko dla niego. Wszystkie cieszą się tutaj swobodą. Widziałem chyba ze sto smoków paradujących po ulicach i nikt nie zwracał na nie uwagi.

— Gdybyśmy tak przelecieli nad Regent’s Parkiem, zaraz zaczęliby krzyczeć o pomorze, pożarze i powodzi i dostalibyśmy z dziesięć upomnień z ministerstwa — stwierdził z niezadowoleniem Granby. — Zresztą nie moglibyśmy choćby wylądować w Londynie, nawet gdybyśmy chcieli: na wąskich ulicach zmieściłby się co najwyżej Winchester. Z tego, co dało się zobaczyć z powietrza, to miasto jest o wiele lepiej rozplanowane. Nic dziwnego, że mają dziesięć smoków na naszego jednego, a może i więcej.

Laurence poczuł ulgę, widząc, że Granby nie obraził się na niego i chętnie podjął ten temat.

— Wiesz, John, że oni tutaj przydzielają opiekuna dopiero wtedy, kiedy smok ukończy piętnasty miesiąc życia, a do tego czasu wychowują go inne smoki.

— No, moim zdaniem zamienianie smoków w niańki to straszne marnotrawstwo — rzekł Granby. — Ale pewnie stać ich na to. Laurence, płakać mi się chce, gdy pomyślę, jak by można wykorzystać tuzin takich dużych purpurowych bestyjek, które tu siedzą i się tuczą.

— Jasne, ale mnie chodziło o to, że oni tu nie mają chyba w ogóle zdziczałych smoków — rzekł Laurence. — A czy my nie tracimy jednego na dziesięć?

— Och, nie tyle, nawet w obecnych czasach — powiedział Granby. — Niegdyś traciliśmy masę Longwingów, ale w końcu królowa Elżbieta wpadła na pomysł, żeby przydzielić jednemu swoją pokojówkę, i odkryliśmy, że przy kobiecie są potulne jak baranki, a później stwierdziliśmy, że podobnie zachowują się smoki rasy Xenica. Winchestery często umykały, zanim zdążyliśmy włożyć im uprząż, dlatego dzisiaj wylęgają się w zamkniętych pomieszczeniach i pozwalamy im się trochę pozłościć, zanim podsuniemy im jedzenie. W najgorszym wypadku tracimy jednego na trzydzieści smoków, jeśli nie liczyć jaj straconych w stacjach rozpłodowych: żyjące tam zdziczałe smoki chowają je czasem przed nami.

Ich rozmowę przerwało wejście służącego. Laurence próbował go odprawić, lecz Chińczyk, kłaniając się przepraszająco i ciągnąc go za rękaw, dał im do zrozumienia, że chce, aby wyszli za nim do jadalni: Sun Kai nieoczekiwanie przyszedł wypić z nimi herbatę.

Laurence nie miał ochoty na towarzyskie rozmowy, a Hammond, który dołączył do nich jako tłumacz, pozostał sztywny i chłodny, tak więc siedzieli przez większość czasu w milczeniu. Sun Kai zapytał uprzejmie, czy jest im wygodnie i co myślą o kraju, na co Laurence udzielił zwięzłej odpowiedzi. Podejrzewał, że tak naprawdę chodzi o wybadanie stanu umysłu Temeraire’a, a jeszcze bardziej utwierdził się w tym przekonaniu, gdy Sun Kai wreszcie wyjawił cel swojej wizyty.

— Lung Tien Qian przysyła zaproszenie — oznajmił. — Ma nadzieję, że pan i Temeraire wypijecie z nią herbatę w pałacu Dziesięciu Tysięcy Lotosów jutro z samego rana, zanim otworzą się kwiaty.

— Dziękuję za tę wiadomość — odpowiedział Laurence, uprzejmie, lecz obojętnie. — Temeraire bardzo chciałby lepiej ją poznać.

Trudno było nie przyjąć zaproszenia, choć nie był zadowolony z nieustannego kuszenia Temeraire’a.

Sun Kai skinął dostojnie głową.

— Ona także bardzo chciałaby się dowiedzieć, jak się czuje potomek. Jej osąd ma duże znaczenie dla Syna Niebios. — Pociągnął łyk herbaty i dodał: — Może zechcesz opowiedzieć jej o swoim kraju i o szacunku, jaki zyskał tam Lung Tien Xiang.

Hammond przetłumaczył jego słowa i dodał szybko, tak by Sun Kai uznał to za dalszą część przekładu.

— Mam nadzieję, że zrozumiał pan tę wyraźną aluzję. Musi pan za wszelką cenę zdobyć jej względy.

— Przede wszystkim nie mam pojęcia, dlaczego Sun Kai udziela mi rad — powiedział Laurence po odejściu posła. — Owszem, zawsze był uprzejmy, ale w żadnym wypadku nie przyjazny.

— Trudno to nazwać radą — zauważył Granby. — Zasugerował tylko, żebyś powiedział, że Temeraire jest szczęśliwy, a przecież sam byś na to wpadł, więc można to uznać za uprzejmy gest.

— Owszem, ale bez tego nie wiedzielibyśmy, że jej opinia jest tak istotna, ani nie uważalibyśmy tego spotkania za szczególnie ważne — powiedział Hammond. — Nie, jako dyplomata powiedział bardzo dużo, tyle, ile mógł, nie opowiadając się otwarcie po naszej stronie. To bardzo krzepiące — dodał, z nadmiernym optymizmem, zrodzonym zapewne z frustracji: Hammond już pięciokrotnie zwracał się do ministrów, prosząc o możliwość przedstawienia cesarzowi listów uwierzytelniających, ale noty wróciły nieotwarte, nie pozwolono mu też opuścić wyspy i spotkać się w mieście z ludźmi Zachodu.

— Chyba nie ma bardzo rozwiniętego instynktu macierzyńskiego, skoro pozwoliła wysłać go tak daleko — powiedział Laurence do Granby’ego tuż po świcie następnego dnia; przeglądał swój najlepszy mundur, który wywiesił na noc na dwór: jego halsztuk trzeba było wyprasować, a w koszuli spruło się kilka nitek.

— Smoczyce zwykle go nie mają — wyjaśnił Granby. — A przynajmniej nie po wykluciu się smoka, chociaż kiedy składają jaja, bardzo się o nie troszczą. Nie żeby się w ogóle nie interesowały się dziećmi, ale w końcu młody smok potrafi odgryźć łeb kozie w pięć minut po wykluciu, więc nie potrzebuje matczynej opieki. Daj, ja to zrobię. Podczas prasowania zawsze coś palę, ale z szyciem dobrze sobie radzę. — Wziął od Laurence’a koszulę i igłę i zabrał się do naprawiania naddartego mankietu.

— A jednak nie miała nic przeciwko odesłaniu go z Chin — powiedział Laurence. — Ciekawe, że zasiada w radzie cesarza. Należałoby się spodziewać, że skoro już zdecydowali się pozbyć jaja Niebiańskiego, to byłby to potomek z jakiejś niższej linii. Dziękuję, Dyer, postaw je tutaj — powiedział, gdy młody goniec wszedł z gorącym żelazkiem zdjętym z pieca.

Laurence, tak elegancki, jak się dało, dołączył do Temeraire’a na dziedzińcu. Czekał już na nich pasiasty smok, który eskortował ich wcześniej. Lot był krótki, ale ciekawy: lecieli tak nisko, że widzieli kępki bluszczu i korzeni wyrastające spomiędzy żółtych dachówek pałacowego dachu i potrafili rozpoznać barwę kamieni na kapeluszach mandarynów, przemierzających w pośpiechu ogromne dziedzińce, pomimo wczesnej pory.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)