Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
- Автор: Новик Наоми
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 978-83-7301-943-0
- Переводчик: Pawel Kruk
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
Ten akurat pałac znajdował się w obrębie murów ogromnego Zakazanego Miasta i łatwo było go rozpoznać z góry. Dwa ogromne smocze pawilony stały po obu stronach długiego stawu niemal w całości zarośniętego nenufarami, których kwiaty wciąż pozostawały zamknięte. Brzegi stawu łączyły dwa solidne mosty o ostrych, ozdobnych łukach, a od południowej strony rozciągał się dziedziniec wyłożony czarnym marmurem, dotknięty właśnie pierwszymi promieniami słońca.
Smok w żółte pasy wylądował tam i skłonił łeb. Gdy Temeraire ruszył przed siebie, Laurence dostrzegł inne smoki w pawilonach, budzące się w blasku wschodzącego słońca. Od zatoki położonej najdalej na południowy wschód zbliżał się powoli bardzo stary Niebiański, z bardzo długimi wąsami. Jego okazała kreza zupełnie wyblakła, a skóra stała się niemal przeźroczysta, tak że czerń jego łusek przybrała czerwonawy odcień ciała i krwi. Inny smok w żółte pasy cierpliwie dotrzymywał mu kroku i od czasu do czasu popychał nosem w kierunku skąpanego w słońcu dziedzińca; oczy Niebiańskiego były mlecznobiałe, a jego źrenice ledwo widoczne za kataraktami.
Na dziedzińcu pojawiło się też kilka innych smoków, raczej Cesarskich niż Niebiańskich, pozbawionych krezy i wąsów, o bardziej zróżnicowanym umaszczeniu: niektóre były tak czarne jak Temeraire, inne zaś w kolorze indygo. Wszystkie smoki były bardzo ciemne, z wyjątkiem Lien, która właśnie wyszła z oddzielnego pawilonu, ustawionego w oddaleniu między drzewami, i podeszła do stawu, żeby się napić. Za sprawą białej skóry wyglądała niesamowicie wśród innych smoków. Laurence uznał, że trudno było kogokolwiek winić za to, że odczuwa przed nią zabobonny lęk, i rzeczywiście pozostałe smoki świadomie ją omijały. Nie zwróciła na nie najmniejszej uwagi, ziewnęła szeroko, ukazując czerwone wnętrze pyska, i potrząsnęła łbem, by pozbyć się kropel wody, po czym odeszła z godnością w głąb ogrodu.
Qian czekała na nich w jednym ze środkowych pawilonów, w towarzystwie dwóch pełnych gracji Cesarskich, przystrojonych w wyszukane klejnoty. Skłoniła łeb uprzejmie i trąciła łapą dzwon, przyzywając służbę. Towarzyszące jej smoki przesunęły się, by zrobić miejsce Laurence’owi i Temeraire’owi z jej prawej strony, a służący przynieśli Laurence’owi wygodne krzesło. Qian rozpoczęła od razu rozmowy, ale wskazała jezioro; wschodzące słońce oświetlało coraz większą powierzchnię wody, a dotknięte promieniami kwiaty rozchylały płatki niczym ożywające baletnice; dosłownie tysiące z nich rozkwitały intensywnym różem na tle ciemnozielonych liści.
Gdy już znieruchomiały ostatnie otwarte kwiaty, smoki uderzyły pazurami o kamienną podłogę, jakby biły brawo. Zaraz potem przyniesiono stolik dla Laurence’a i ogromne porcelanowe biało-niebieskie misy dla smoków i nalano wszystkim czarnej, cierpkiej herbaty. Ku zaskoczeniu Laurence’a smoki opróżniły czary z rozkoszą, a nawet wybrały językiem liście. On sam uznał, że herbata ma dziwnie mocny smak, jej aromat nasunął mu na myśl wędzone mięso, jednak uprzejmie opróżnił filiżankę do dna. Temeraire entuzjastycznie wypił herbatę w paru łykach, po czym rozsiadł się z niepewną miną, jakby nie mógł się zdecydować, czy herbata mu smakowała czy też nie.
— Przebyłeś długą drogę — zwróciła się Qian do Laurence’a. Jeden ze służących przysunął się dyskretnie, by przetłumaczyć jej słowa. — Mam nadzieję, że podoba ci się u nas, ale pewnie tęsknisz za domem?
— Oficer w służbie króla musi posłusznie iść tam, gdzie go poślą, pani — odpowiedział Laurence, zastanawiając się, czy Qian coś mu sugeruje. — Nie mieszkałem dłużej niż sześć miesięcy w domu rodzinnym, od kiedy po raz pierwszy wszedłem na pokład okrętu, a miałem wtedy dwanaście lat.
— Bardzo młody wiek na tak dalekie podróże — rzekła Qian. — Twoja matka pewnie bardzo martwiła się o ciebie.
— Znała kapitana Mountjoya, u którego służyłem, a także przyjaźniła się z jego rodziną — powiedział Laurence i korzystając z okazji, dodał: — Ty, pani, niestety, nie miałaś tego szczęścia w chwili rozstania z Temeraire’em. Chętnie udzielę ci wszelkich możliwych informacji, choć grubo po czasie.
Spojrzała na towarzyszące jej smoki.
— Może Mei i Shu pokażą Xiangowi kwiaty z bliska — powiedziała.
Cesarskie skłoniły łby, po czym stanęły obok i czekały, aż dołączy do nich Temeraire.
Temeraire zerknął z niepokojem na Laurence’a i powiedział:
— Stąd też wyglądają ładnie.
Sam Laurence także się zaniepokoił perspektywą rozmowy sam na sam, gdyż nie miał pojęcia, co mogłoby zadowolić Qian, lecz zdobył się na uśmiech i powiedział:
— Zaczekam tu z twoją matką. Obejrzyj kwiaty, na pewno ci się spodobają.
— Tylko nie przeszkadzajcie dziadkowi ani Lien — zwróciła się jeszcze Qian do Cesarskich, które skinęły łbami i poprowadziły Temeraire’a ku wodzie.
Służący ponownie nalali im herbaty z czajnika i teraz Qian piła już wolniej.
— Rozumiem, że Temeraire służy w waszej armii — powiedziała.
Nuta dezaprobaty, która pojawiła się w jej głosie, nie wymagała tłumaczenia.
— U nas wszystkie smoki, które się do tego nadają, służą w obronie kraju. To spełnienie obowiązku, a nie dyshonor — rzekł Laurence. — Zapewniam cię, pani, że nie mógłby dostąpić większego zaszczytu. Mamy niewiele smoków, dlatego nawet te najmniejsze są bardzo cenione, a przecież Temeraire szczyci się najlepszym rodowodem.
Zamruczała w zamyśleniu.
— Dlaczego macie tak mało smoków, że musicie kazać walczyć tym najbardziej szanowanym?
— Jesteśmy niewielkim narodem, nie tak jak wy — odparł Laurence. — Tylko parę mniejszych ras smoków żyło na Wyspach Brytyjskich, kiedy przybyli Rzymianie i zaczęli je oswajać. Od tamtej pory dzięki krzyżówkom liczba ras się powiększyła, a dzięki skutecznej hodowli bydła udało nam się zwiększyć populację, lecz i tak nie jesteśmy w stanie utrzymać tylu smoków co wy.
Opuściła łeb i spojrzała na niego uważniej.
— A jak Francuzi traktują smoki?
Laurence żywił instynktowne przekonanie, że Brytyjczycy traktują smoki lepiej niż inne narody zachodnie. Niestety, zdawał sobie też sprawę, że podobnie dyskredytowałby też Chińczyków, gdyby nie przekonał się na własne oczy, że jest inaczej. Jeszcze miesiąc temu opowiadałby z dumą o tym, jak to wspaniale zajmują się smokami w Anglii. Tak jak wszystkie inne smoki, Temeraire jadł surowe mięso i mieszkał na polanie pod gołym niebem, nieustannie odbywał ćwiczenia i miał niewiele rozrywek. Laurence pomyślał, że równie dobrze mógłby się pochwalić królowej, że wychowuje dzieci w chlewie, jak opowiedzieć o takim traktowaniu tej eleganckiej smoczycy zamieszkującej ustrojony kwiatami pałac. Nawet jeśli Francuzi nie byli lepsi, to trudno było powiedzieć, że są gorsi. Osobiście pogardzałby kimś, kto maskowałby niedostatki we własnej służbie, oczerniając inną.
— Jak sądzę, praktyki Francuzów nie różnią się specjalnie od naszych — powiedział wreszcie. — Nie wiem, co wam obiecali w przypadku Temeraire’a, ale mogę potwierdzić, że sam cesarz Napoleon jest żołnierzem: nawet kiedy opuszczaliśmy Anglię, prowadził walkę, a podczas wojny smok, który byłby jego towarzyszem, nie siedziałby bezczynnie.
— Z tego, co wiem, ty sam pochodzisz z królewskiej rodziny — powiedziała nieoczekiwanie Qian i oznajmiła coś jednemu ze służących.
Ten podszedł szybko z długim zwojem papieru ryżowego i rozłożył go na stole: zdumiony Laurence zobaczył, że jest to kopia, większa i nakreślona bardziej starannie, drzewa rodowego, które narysował podczas noworocznego bankietu.