Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 88
Перейти на страницу:

Po kilku chwilach wyszła stamtąd zaspana kobieta i przetarła oczy, mrucząc coś pod nosem. Laurence spojrzał na nią i zaraz odwrócił wzrok, zażenowany, ponieważ kobieta była naga od pasa w górę. Smok trącił ją pyskiem i wepchnął do wody. Niewątpliwie orzeźwiło to kobietę, ponieważ podniosła się, parskając, i wrzasnęła coś do uśmiechniętego smoka, zanim znikła w przejściu. Wróciła po kilku minutach, całkiem ubrana w pikowany kaftan i suknię z granatowej bawełny w szerokie czerwone pasy, z szerokimi rękawami, niosąc uprząż, zapewne jedwabną. Włożyła ją smokowi zupełnie sama, wciąż utyskując głośno. Laurence mimowolnie pomyślał o Maksimusie i Berkleyu, choć Berkley w całym swoim życiu nie wypowiedział tylu słów jednym ciągiem: tamci też sobie często docinali.

Sprawdziwszy uprząż, chińska awiatorka wspięła się na smoka i oboje wznieśli się w powietrze, udając się do swoich obowiązków, jakiekolwiek one były. Teraz już zaczęły się wiercić pozostałe smoki, a trzy kolejne z tych dużych szkarłatnych wyszły z pawilonu. Po nich pojawiło się więcej ludzi: mężczyźni wyszli ze wschodniego pomieszczenia, kobiety zaś z zachodniego.

Sam Temeraire także drgnął i otworzył oczy.

— Dzień dobry — powiedział, ziewając, i zaraz dodał: — Och! — Otworzył szeroko oczy, podziwiając bogate wnętrze pawilonu i krzątaninę. na dziedzińcu. — Nie wiedziałem, że to jest takie wielkie i że mieszka tu tyle smoków — powiedział nieco podenerwowany. — Mam nadzieję, że są przyjaźnie nastawione.

— Z pewnością będą miłe, kiedy się dowiedzą, skąd przybywasz — rzekł Laurence i zszedł na ziemię, by Temeraire mógł wstać. Powietrze było parne i wilgotne, a niebo szare, co zdaniem Laurence’a oznaczało kolejny upalny dzień. — Lepiej dobrze się napij — powiedział. — Nie wiadomo, jak często zechcą dzisiaj robić przerwy w podróży.

— Masz rację — odparł niechętnie Temeraire, po czym wyszedł z pawilonu na dziedziniec. W tej samej chwili krzątanina ustała; smoki i ich opiekunowie patrzyli oniemiali, a potem wszyscy się cofnęli.

Na początku Laurence był wstrząśnięty i urażony, lecz potem zobaczył, że wszyscy, smoki i ludzie, skłonili głowy jak najniżej. Tylko zrobili przejście do stawu dla Temeraire’a.

Panowała cisza. Temeraire ruszył niepewnie do stawu między smokami, zaspokoił szybko pragnienie i wrócił na górę do pawilonu. Dopiero gdy zniknął, wszyscy znowu się ożywili, choć już tak nie hałasowali i co chwilę zerkali do pawilonu, niby zupełnie przypadkowo.

— To bardzo miło, że pozwoliły mi się napić — powiedział niemal szeptem Temeraire — ale wolałbym, żeby się tak na mnie nie gapiły.

Smoki wyraźnie się ociągały, lecz ostatecznie większość z nich odleciała jeden po drugim, poza kilkoma wyraźnie starszymi niż pozostałe, o czym świadczyły między innymi wyblakłe na końcach łuski; te wyciągnęły się wygodnie w słońcu na kamiennym dziedzińcu. Nieco wcześniej obudził się Granby i reszta załogi, która przyglądała się wszystkiemu z takim samym zainteresowaniem, z jakim smoki wpatrywały się w Temeraire’a. Wreszcie wszyscy wstali, poprawiając ubrania.

— Chyba przyślą kogoś po nas — powiedział Hammond, bezskutecznie wygładzając pogniecione spodnie; w przeciwieństwie do awiatorów, którzy włożyli na drogę strój do lotu, on ubrał się dość oficjalnie.

Chwilę później na dziedzińcu pojawił się Ye Bing, jeden z młodszych członków świty księcia ze statku, i pomachał ręką, by zwrócić na siebie ich uwagę.

Laurence nie był przyzwyczajony do śniadań składających się z gotowanego ryżu zmieszanego z suszoną rybą i plasterkami przeraźliwie przebarwionego jajka, podanego z ociekającymi tłuszczem kawałkami chrupiącego, jasnego chleba. Odsunął jajka na bok i zmusił się do jedzenia, stosując się do tej samej rady, której udzielił Temeraire’owi; ale w głębi duszy marzył o właściwie usmażonym jajku na bekonie. Liu Bao trącił Laurence’a w ramię pałeczkami do jedzenia, pokazał na jajko i coś powiedział: pochłaniał właśnie swoją porcję z wyraźnym apetytem.

— Jak myślicie, co z nimi jest nie tak? — szepnął Granby, z powątpiewaniem trącając jajka na swoi talerzu.

Hammond zadał pytanie Liu Bao i wyjaśnił z równym powątpiewaniem:

— Mówi, że to są tysiącletnie jaja. — Wykazując więcej odwagi niż inni Anglicy, sięgnął po plasterek jajka i wsunął do ust. Pogryzł dobrze i przełknął, po czym zastanawiał się chwilę, podczas gdy pozostali czekali na jego opinię. — Smakuje prawie jak marynowane — oświadczył. — Ale na pewno nie jest zepsute.

Zjadł kolejny plasterek, a w końcu całą porcję. Laurence nie dał się przekonać i nie tknął żółtozielonej papki.

Posiłek spożyli w czymś w rodzaju sali gościnnej, położonej blisko smoczego pawilonu; czekali tam już na nich marynarze, szczerzący się dość złośliwie. Byli tak samo niezadowoleni z tego, że ominą ich dalsze przygody, jak pozostający na okręcie awiatorzy, i nie omieszkali też wygłosić paru uwag na temat jedzenia, jakiego Laurence i reszta mogli jeszcze się spodziewać. Po śniadaniu Laurence pożegnał się z Trippem.

— I proszę przekazać kapitanowi Rileyowi, że wszystko jest w idealnym porządku, dokładnie w tych słowach — powiedział.

Wcześniej umówił się z nim, że każda inna wiadomość, bez względu na to, jak uspokajająca, będzie oznaczała, że coś poszło źle.

Na drodze czekały na nich wozy zaprzęgnięte w muły, pozbawione resorów i wyciosane z surowego drewna; ich bagaż zabrano już wcześniej. Laurence wspiął się na wóz i przytrzymał mocno, gdy ruszyli z turkotem. W świetle dnia ulice wcale nie robiły lepszego wrażenia: były bardzo szerokie, ale wyłożone starym, okrągłym brukiem, którego zaprawa już dawno zwietrzała. Koła toczyły się głębokimi koleinami wyżłobionymi między kamieniami, podskakując na nierównej nawierzchni.

Mijali wielu ludzi zajętych różnymi pracami, którzy przyglądali im się z zaciekawieniem lub wręcz szli za nimi przez jakiś czas.

— I to nawet nie jest miasto? — Granby rozejrzał się z zainteresowaniem, usiłując z grubsza policzyć gapiów. — Jak na zwykłe miasteczko, całkiem dużo ludzi.

— Według naszych ostatnich szacunków kraj liczy jakieś dwieście milionów mieszkańców — powiedział z roztargnieniem Hammond, zajęty robieniem notatek w dzienniku. Laurence pokręcił głową: populacja Chin była ponad dziesięć razy większa od populacji Anglii.

Zaraz potem jeszcze bardziej się zdziwił, bo zobaczył smoka kroczącego drogą w przeciwnym kierunku. Kolejny z tych niebieskoszarych, w dziwnej jedwabnej uprzęży i z wydatnym napierśnikiem; kiedy go minęli, Laurence ujrzał za nim trzy małe smoki, dwa tej samej maści, trzeci zaś czerwony, w uprzężach przytrzymywanych czymś w rodzaju szelek.

I nie był to jedyny smok, jakiego widzieli na ulicach: niedługo potem minęli posterunek wojskowy, gdzie na dziedzińcu odbywali musztrę ubrani na niebiesko piechurzy, a przed bramą siedziała para ogromnych czerwonych smoków kibicujących swoim kapitanom, którzy grali w kości. Nikt nie zwracał na nie szczególnej uwagi; obładowani wieśniacy przechodzili szybko obok nich, czasem gramoląc się przez wyciągniętą smoczą łapę, kiedy nie było innej drogi.

Temeraire czekał na nich na polu w towarzystwie dwóch niebieskoszarych smoków, wyposażonych w uprząż z siatkami, do których pakowano bagaże. Smoki prowadziły cichą rozmowę, zerkając z boku na Temeraire’a. Ten miał dość strapioną minę i bardzo ucieszył się na widok Laurence’a.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)