Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
W pasażerach wzbierała niechęć do mieszkańców miasteczka — nie aż tak przecież złowroga jak postępowanie tamtych, którzy pochowali się za „swoimi” ścianami, ze „swoją” własnością, obojętni na los pociągu, udający, że go w ogóle nie ma. Nie tylko Szevek wpadł w posępny nastrój; wzdłuż unieruchomionych wagonów potoczyła się długa rozmowa, pasażerowie włączali się do niej i z niej wyłączali, spierali się i godzili, a wszyscy mówili na jeden i ten sam temat, który zaprzątał i myśli Szeveka. Dyskutowano zażarcie zgłoszoną jak najpoważniej propozycję wypadu na ogródki działkowe i pewnie by ją zrealizowano, gdyby nie rozległ się w końcu sygnał do odjazdu.
Gdy pociąg wtoczył się wreszcie na następną stację i dano im posiłek — pół bochenka chleba holum i miskę zupy na osobę — przygnębienie ich ustąpiło miejsca egzaltacji. Kiedy miska ukazywała dno, jedzący spostrzegał, że zupka była w istocie dość cienka, ale pierwsza łyżka — pierwsza łyżka była samą rozkoszą, warto się było przegłodzić, żeby poczuć jej smak. Zgadzali się co do tego wszyscy. Wsiadali do pociągu wśród śmiechów i żartów, pomagając jeden drugiemu.
W Równikowym Wzgórzu konwój odkrytych wagonów wziął na ostatnie pięćset mil drogi następną partię pasażerów z Abbenay.
Przyjechali do miasta późno, w wietrzny jesienny wieczór. Zbliżała się północ; opustoszałymi ulicami, niczym sucha, wzburzona rzeka, rwał wicher. Nad bladą poświatą latarń iskrzyły się gwiazdy.
Sucha burza jesieni i wezbranych uczuć gnała Szeveka ulicami; niemal biegiem, sam w ciemnym mieście, przebył liczącą trzy mile drogę do północnej dzielnicy. Jednym susem przesadził trzy stopnie schodów przed gankiem, przebiegł sień, dopadł i otworzył drzwi. W pokoju było ciemno. W czarnych oknach migotały gwiazdy.
— Takver! — zawołał. Odpowiedziała mu cisza. W tej krótkiej chwili przed zapaleniem lampy poznał, w ciszy i ciemności, czym jest rozłąka. Niczego nie brakowało. Nie było niczego, czego mogło brakować. Brakowało tylko Sadik i Takver. W ciągnącym od drzwi przeciągu poruszały się miękko, lśniąc z lekka, Zajęcia Nie Zamieszkanej Przestrzeni.
Na stole leżał list. Dwa listy. Jeden od Takver. Był krótki: dostała pilne skierowanie — na czas nieokreślony — do Laboratorium Badawczo-Doświadczalnego Rozwoju Glonów Jadalnych na Północnym Wschodzie. Pisała:
Sumienie nie pozwoliło mi odmówić w takiej chwili. Byłam, rozmawiałam z tymi w Kompopracu, czytałam też projekt, który został skierowany do wydziału ekologii KPR, i wygląda na to, że naprawdę mnie tam potrzebują, zajmowałam się przecież akurat sekwencją: glony-orzęski-krewetki-kukuri. Prosiłam ich, żeby i ciebie skierowali na Rolnego, ale naturalnie nie zajmą się tym, jeśli sam nie poprosisz, a nie zrobisz tego, jeśli stanie temu na przeszkodzie Inst. W ostateczności, gdyby to się miało przeciągnąć, powiem im, żeby sobie poszukali innego genetyka i wrócę! Sadik ma się świetnie; umie już mówić na światło siato. To nie potrwa długo. Twoja siostra na całe życie, Takver. Och, błagam, przyjedź, jeśli będziesz mógł.
Druga notatka nabazgrana została na świstku papieru: Szevek: dziek. fiz. jak tylk wróć. Sabul.
Szevek tłukł się po pokoju. Szalała w nim wciąż burza, ten pęd, który go gnał przez ulice, a teraz uderzył w mur. Nie mógł posuwać się dalej, lecz nie potrafił też spocząć w bezruchu. Zajrzał do szafy. Wisiały w niej tylko jego zimowe palto i koszula, którą wyszyła mu Takver, lubująca się w ozdobnych robótkach; po jej niewielu ubraniach nie było śladu. Złożony parawan nie osłaniał pustego łóżeczka. Tapczan nie był zaścielony, zwinięta pościel okryta jednak została porządnie pomarańczowym kocem. Podszedł do stołu, po raz drugi odczytał list Takver. W jego oczach stanęły łzy gniewu. Porwała go wściekłość, płynąca z rozczarowania, opadły złe przeczucia.
Nie było kogo winić. To właśnie było najgorsze. Takver była potrzebna, potrzebna, by walczyć z głodem — własnym, jego, Sadik. Społeczeństwo nie sprzysięgło się przeciwko nim. Było dla nich; z nimi — było nimi.
Ale on poświęcił już swoją książkę, miłość, dziecko. Jak wielkich poświęceń można od człowieka wymagać?
— Do diabła! — zaklął głośno. Prawieki nie był najlepszym językiem do przeklinania. Trudno przeklinać, kiedy seks nie jest niczym zdrożnym i kiedy nie ma komu bluźnić. — Do diabła! — powtórzył. Zgniótł mściwie brudną notatkę Sabula, po czym zaciśniętymi pięściami uderzył w kant stołu — raz, drugi, trzeci — żeby doznać w swojej pasji bólu. Ale nie poczuł nic. Nie było nic do zrobienia, nie było dokąd pójść. Pozostawało mu jedynie rozwinąć pościel, położyć się bez pociechy, zasnąć i śnić złe sny.
Pierwsza rzecz z rana — zapukała Bunub. Otworzył drzwi, lecz nie usunął się, by ją wpuścić. Bunub była sąsiadką z głębi sieni, miała pięćdziesiąt lat i była operatorką maszyn w fabryce silników lotniczych. Takver bawiła, Szeveka wyprowadzała z równowagi.
Przede wszystkim upatrzyła sobie ich pokój. Opowiadała, że wystąpiła o przydzielenie go jej, gdy zwolnił się pierwszy raz, ale go nie dostała przez złośliwość blokowej rejestratorki. Jej pokój nie miał narożnego okna — przedmiotu jej nie ustającej zazdrości. Był to jednak pokój dwuosobowy, a ona mieszkała w nim sama, co — biorąc pod uwagę braki mieszkaniowe — należało uznać za egoizm z jej strony; Szevek nie zaprzątałby sobie głowy braniem jej tego za złe, gdyby nie zmuszała go do tego ciągłym usprawiedliwianiem się. Wciąż coś wyjaśniała i wyjaśniała. Miała partnera, partnera na całe życie, Jak wy dwoje” — tu głupi uśmieszek. Ale gdzie się podziewał? Nie wiedzieć czemu mówiła o nim zawsze w czasie przeszłym. Tymczasem podwójny pokój nabierał uzasadnienia dzięki przewijającemu się przez jego podwoje sznureczkowi mężczyzn — co noc to inny mężczyzna, jak gdyby Bunub była wystrzałową siedemnastolatka. Takver obserwowała tę procesję z podziwem. Bunub przychodziła, opowiadała jej wszystko o tych mężczyznach i skarżyła się, skarżyła. Brak narożnego pokoju stanowił tylko jedną z jej niezliczonych pretensji. Była zarazem podstępna i zawistna, umiała wszędzie dopatrzyć się złego i wziąć to zaraz do siebie. Fabryka, w której pracowała, była zatrutym kłębowiskiem niefachowości, kumoterstwa i sabotażu. Zebrania jej syndykatu — domem wariatów kipiącym od niesprawiedliwych aluzji do niej wyłącznie skierowanych. Cały organizm społeczny był nastawiony na prześladowanie Bunub. Wszystko to bawiło Takver, czasem wybuchała śmiechem w twarz tej kobiecie o przyprószonych siwizną włosach, cienkich wargach i spuszczonych oczach.
„Och, Bunub, jaka ty jesteś śmieszna!” — zaśmiewała się, na co tamta uśmiechała się lekko, bynajmniej nie dotknięta, i dalej wylewała swe obłędne żale. Szevek zdawał sobie sprawę, że Takver czyni słusznie, kwitując je śmiechem, ale sam nie potrafił się na niego zdobyć.
— To okropne — oświadczyła Bunub, wślizgnąwszy się teraz obok niego do pokoju, i podeszła do stołu, żeby przeczytać list Takver. Podniosła go, lecz Szevek wyrwał go jej z ręki ze spokojną stanowczością, na którą nie była przygotowana. — Po prostu okropne. Bez uprzedzenia choćby dekadę naprzód. Przyjeżdżaj i tyle!
W te pędy! A mówią, że jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy to niby być wolnymi ludźmi. Wolne żarty! Żeby w taki sposób rozbijać szczęśliwe partnerstwo! Oni to zrobili celowo, ja ci to mówię. Są przeciwnikami partnerstw, to się na każdym kroku rzuca w oczy, umyślnie kierują partnerów na różne placówki. To samo spotkało mnie i Labeksa, wypisz wymaluj to samo. Nigdy się już nie zejdziemy. Mając cały Kompoprac przeciw sobie… Maleńkie puściutkie łózio. Biedna kruszyneczka! Przez te cztery dekady płakała dniami i nocami. Godzinami nie dawała mi zasnąć. To oczywiście z powodu niedostatków, Takver nie miała dość mleka.