Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 87
Перейти на страницу:

Przebiegł między ludźmi do Jabbara, który obserwował Marchewę ze zwykłym zdziwionym uśmiechem, jaki kapitan wywoływał u przypadkowych widzów.

— Czy dzienie — rzekł Vimes. — Trzy dni. To siedemdziesiąt dwie godziny!

— Tak, offendi? — Jabbar był wyraźnie zaskoczony.

Był to głos człowieka, który rozpoznaje świt, południe i wieczór, i pozwala, by wszystko między nimi działo się, kiedy ma ochotę.

— No więc dlaczego nazywają go 71-godzinnym Ahmedem? Co jest takiego niezwykłego w tej dodatkowej godzinie?

Jabbar uśmiechnął się nerwowo.

— Może coś zrobił po siedemdziesięciu jeden godzinach? — napierał Vimes.

Jabbar skrzyżował ręce na piersi.

— Nie będę mówił.

— Kazał wam nas tu zatrzymać?

— Tak.

— Ale nie zabijać?

— Ależ nigdy bym nie zabił swojego przyjaciela Sama Muła…

— I przestań mi opowiadać te bzdury, jak z baranim okiem — ciągnął Vimes. — Chciał mieć czas, żeby gdzieś dotrzeć. Tak?

— Nie będę mówił.

— Nie musisz — zapewnił go Vimes. — Ponieważ odchodzimy. A jeśli nas zabijesz… No cóż, prawdopodobnie możesz. Ale 71-godzinnemu Ahmedowi raczej się to nie spodoba.

Jabbar wyglądał jak ktoś, kto podejmuje trudną decyzję.

— On wróci! — oznajmił. — Jutro! Żaden problem!

— Nie mam zamiaru czekać! I nie wydaje mi się, żeby chciał mojej śmierci, Jabbarze. Chce mnie żywego. Marchewa!

Marchewa podbiegł natychmiast.

— Tak, sir?

Vimes zdawał sobie sprawę, że Jabbar przygląda mu się ze zgrozą.

— Zgubiliśmy Ahmeda — powiedział. — Nawet Angua nie znajdzie jego śladów pod tym rozrzucanym przez wiatr piaskiem. Nie ma tu dla nas miejsca. Nie jesteśmy potrzebni.

— Ależ jesteśmy, sir! — wybuchnął Marchewa. — Możemy pomóc plemionom pustynnym…

— Więc chcesz tu zostać i bić się? Przeciwko Klatchianom?

— Przeciwko złym Klatchianom, sir.

— Ach, tylko że na tym polega cała sztuka. Kiedy jeden z nich nadbiega z wrzaskiem i wznosi miecz, jak zdołasz ocenić jego moralność i charakter? Zresztą, jeśli chcesz, możesz zostać i walczyć o dobre imię Ankh-Morpork. To będzie dość krótka walka. Ale ja odchodzę. Jenkins chyba jeszcze nie naprawił statku. Zgoda, Jabbar?

D’reg wpatrywał się w pustynię między swymi stopami.

— Wiesz, gdzie on teraz jest, prawda? — zachęcił go Vimes.

— Tak.

— Powiedz mi.

— Nie. Przyrzekłem mu.

— Ale D’regowie to krzywoprzysięzcy. Wszyscy o tym wiedzą.

Jabbar wyszczerzył zęby.

— Ach, przysięgi. Głupie rzeczy. Dałem mu swoje słowo.

— Nie złamie go, sir — wtrącił Marchewa. — D’regowie są bardzo wyczuleni na takie sprawy. Tylko jeśli przysięgają na bogów i inne takie, mogą nie dotrzymać przyrzeczenia.

— Nie powiem ci, gdzie on jest — oświadczył Jabbar. — Ale… — Uśmiechnął się znowu, choć bez śladu radości. — Jak bardzo jest pan odważny, panie Vimes?

— Przestań marudzić, Nobby.

— Wcale nie marudzę. Mówię tylko, że te spodnie są dosyć przewiewne. Tyle tylko powiedziałem.

— Ale dobrze ci w nich.

— A te blaszane miseczki do czego mają służyć?

— Do osłaniania tych części ciała, których nie masz.

— Przy takim wietrze wolałbym coś do osłaniania tych części, które mam.

— Spróbuj się zachowywać jak dama, Nobby!

Co było trudnym zadaniem, Colon musiał to przyznać. Dama, dla której uszyto tę odzież, była dość wysoka i miała raczej pełną figurę. Tymczasem Nobby bez swojego pancerza mógłby się schować za krótkim kijem, gdyby mniej więcej w dwóch trzecich długości umocować wieszak. Przypominał muślinowy akordeon z dużą ilością biżuterii. W teorii kostium powinien wiele odsłaniać, jeśli kapral Nobbs byłby akurat tym, co ktokolwiek chciałby zobaczyć odsłonięte. Jednak w tej chwili tyle było na nim zwojów i fałd, że z całą pewnością dało się powiedzieć jedynie tyle, iż jest gdzieś tam w środku. Prowadził oślicę, która chyba go polubiła. Zwierzęta zwykle lubiły Nobby’ego. Nie miał niewłaściwego zapachu.

— Te buty nie pasują — mówił dalej Colon.

— Czemu nie? Pan zatrzymał swoje, sierżancie.

— No tak, ale to nie ja mam być kwiatem pustyni, prawda? Księżyc czyjejś rozkoszy nie powinien przy chodzeniu krzesać iskier. Mam rację?

— Należały do mojego dziadka. Nie zostawię ich, bo ktoś je zwinie. I jak komuś księżyc sprawia rozkosz, to już nie moja sprawa — odparł nadąsany Nobby.

Lord Vetinari maszerował na czele.

Ludzie wychodzili już na ulice. Mieszkańcy Al-Khali woleli swoje interesy załatwiać w chłodzie poranka, zanim pełny dzień przejedzie po okolicy miotaczem ognia. Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na przybyszy, choć kilka osób obejrzało się za kapralem Nobbsem. Kozy i kury odsuwały się z drogi, kiedy przechodzili.

— Uważaj na ludzi, którzy będą próbowali ci sprzedać świńskie pocztówki, Nobby — pouczał Colon. — Mój wujek był tu kiedyś i opowiadał, że jakiś typ chciał mu sprzedać pakiet świńskich pocztówek za pięć dolarów. Był zdegustowany.

— Pewno, bo na Mrokach można takie dostać za dwa dolary — stwierdził Nobby.

— Wujek też tak powiedział. W dodatku to były ankhmorporskie pocztówki. Chcą nam sprzedawać nasze własne świńskie pocztówki? To obrzydliwe.

— Dzień dobry, sułtanie — odezwał się wesoły i jakby trochę znajomy głos. — Nowi w mieście, co?

Cała trójka spojrzała na osobnika, który magicznie pojawił się u wylotu alejki.

— Tak, istotnie — przyznał Vetinari.

— Zauważyłem, że jesteście nowi. Jak zresztą każdy ostatnio. Masz dziś szczęśliwy dzień, szachu! Jestem tu, żeby wam pomóc! Potrzebujecie czegoś? Mam to!

Sierżant Colon przyglądał się mężczyźnie.

— Nazywasz się… — zaczął w zamyśleniu. — To będzie coś w rodzaju Al-jibla albo jakoś podobnie.

— Słyszeliście o mnie? — ucieszył się handlarz.

— Tak jakby, tak… — przyznał z wahaniem Colon. — Jesteś zadziwiająco… znajomy.

Vetinari odepchnął go na bok.

— Jesteśmy wędrownymi artystami — powiedział. — Mieliśmy nadzieję na występy w książęcym pałacu. Mógłbyś nam pomóc?

Handlarz w zadumie poskrobał się po brodzie, powodując, że rozmaite drobne cząsteczki posypały się kaskadą do małych miseczek na jego tacy.

— Nie wiem, jak z pałacem — stwierdził. — Czym się zajmujecie?

— Uprawiamy żonglerkę, połykanie ognia i takie rzeczy — wyjaśnił Patrycjusz.

— Naprawdę? — zdziwił się Colon.

Al-jibla skinął głową na Nobby’ego.

— A co…

— …ona… — podpowiedział uprzejmie Vetinari.

— …ona potrafi?

— Tańce egzotyczne.

Nobby gniewnie zmarszczył czoło.

— Bardzo egzotyczne, jak się domyślam — mruknął Al-jibla.

— Byłbyś zdumiony.

Dwóch uzbrojonych mężczyzn podeszło wolno. Colon poczuł, jak zamiera mu serce. W tych dwóch brodatych twarzach zobaczył siebie i Nobby’ego, którzy w domu na patrolu zawsze podchodzili do wszystkiego, co wyglądało interesująco.

— Jesteście żonglerami, tak? — zapytał jeden z nich. — No to zobaczmy, jak żonglujecie.

Vetinari spojrzał na niego obojętnie, po czym zerknął na tacę Al-jibli. Wśród łatwiejszych do zidentyfikowania artykułów żywnościowych było tam również kilka zielonych melonów.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)