Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Przebiegł między ludźmi do Jabbara, który obserwował Marchewę ze zwykłym zdziwionym uśmiechem, jaki kapitan wywoływał u przypadkowych widzów.
— Czy dzienie — rzekł Vimes. — Trzy dni. To siedemdziesiąt dwie godziny!
— Tak, offendi? — Jabbar był wyraźnie zaskoczony.
Był to głos człowieka, który rozpoznaje świt, południe i wieczór, i pozwala, by wszystko między nimi działo się, kiedy ma ochotę.
— No więc dlaczego nazywają go 71-godzinnym Ahmedem? Co jest takiego niezwykłego w tej dodatkowej godzinie?
Jabbar uśmiechnął się nerwowo.
— Może coś zrobił po siedemdziesięciu jeden godzinach? — napierał Vimes.
Jabbar skrzyżował ręce na piersi.
— Nie będę mówił.
— Kazał wam nas tu zatrzymać?
— Tak.
— Ale nie zabijać?
— Ależ nigdy bym nie zabił swojego przyjaciela Sama Muła…
— I przestań mi opowiadać te bzdury, jak z baranim okiem — ciągnął Vimes. — Chciał mieć czas, żeby gdzieś dotrzeć. Tak?
— Nie będę mówił.
— Nie musisz — zapewnił go Vimes. — Ponieważ odchodzimy. A jeśli nas zabijesz… No cóż, prawdopodobnie możesz. Ale 71-godzinnemu Ahmedowi raczej się to nie spodoba.
Jabbar wyglądał jak ktoś, kto podejmuje trudną decyzję.
— On wróci! — oznajmił. — Jutro! Żaden problem!
— Nie mam zamiaru czekać! I nie wydaje mi się, żeby chciał mojej śmierci, Jabbarze. Chce mnie żywego. Marchewa!
Marchewa podbiegł natychmiast.
— Tak, sir?
Vimes zdawał sobie sprawę, że Jabbar przygląda mu się ze zgrozą.
— Zgubiliśmy Ahmeda — powiedział. — Nawet Angua nie znajdzie jego śladów pod tym rozrzucanym przez wiatr piaskiem. Nie ma tu dla nas miejsca. Nie jesteśmy potrzebni.
— Ależ jesteśmy, sir! — wybuchnął Marchewa. — Możemy pomóc plemionom pustynnym…
— Więc chcesz tu zostać i bić się? Przeciwko Klatchianom?
— Przeciwko złym Klatchianom, sir.
— Ach, tylko że na tym polega cała sztuka. Kiedy jeden z nich nadbiega z wrzaskiem i wznosi miecz, jak zdołasz ocenić jego moralność i charakter? Zresztą, jeśli chcesz, możesz zostać i walczyć o dobre imię Ankh-Morpork. To będzie dość krótka walka. Ale ja odchodzę. Jenkins chyba jeszcze nie naprawił statku. Zgoda, Jabbar?
D’reg wpatrywał się w pustynię między swymi stopami.
— Wiesz, gdzie on teraz jest, prawda? — zachęcił go Vimes.
— Tak.
— Powiedz mi.
— Nie. Przyrzekłem mu.
— Ale D’regowie to krzywoprzysięzcy. Wszyscy o tym wiedzą.
Jabbar wyszczerzył zęby.
— Ach, przysięgi. Głupie rzeczy. Dałem mu swoje słowo.
— Nie złamie go, sir — wtrącił Marchewa. — D’regowie są bardzo wyczuleni na takie sprawy. Tylko jeśli przysięgają na bogów i inne takie, mogą nie dotrzymać przyrzeczenia.
— Nie powiem ci, gdzie on jest — oświadczył Jabbar. — Ale… — Uśmiechnął się znowu, choć bez śladu radości. — Jak bardzo jest pan odważny, panie Vimes?
— Przestań marudzić, Nobby.
— Wcale nie marudzę. Mówię tylko, że te spodnie są dosyć przewiewne. Tyle tylko powiedziałem.
— Ale dobrze ci w nich.
— A te blaszane miseczki do czego mają służyć?
— Do osłaniania tych części ciała, których nie masz.
— Przy takim wietrze wolałbym coś do osłaniania tych części, które mam.
— Spróbuj się zachowywać jak dama, Nobby!
Co było trudnym zadaniem, Colon musiał to przyznać. Dama, dla której uszyto tę odzież, była dość wysoka i miała raczej pełną figurę. Tymczasem Nobby bez swojego pancerza mógłby się schować za krótkim kijem, gdyby mniej więcej w dwóch trzecich długości umocować wieszak. Przypominał muślinowy akordeon z dużą ilością biżuterii. W teorii kostium powinien wiele odsłaniać, jeśli kapral Nobbs byłby akurat tym, co ktokolwiek chciałby zobaczyć odsłonięte. Jednak w tej chwili tyle było na nim zwojów i fałd, że z całą pewnością dało się powiedzieć jedynie tyle, iż jest gdzieś tam w środku. Prowadził oślicę, która chyba go polubiła. Zwierzęta zwykle lubiły Nobby’ego. Nie miał niewłaściwego zapachu.
— Te buty nie pasują — mówił dalej Colon.
— Czemu nie? Pan zatrzymał swoje, sierżancie.
— No tak, ale to nie ja mam być kwiatem pustyni, prawda? Księżyc czyjejś rozkoszy nie powinien przy chodzeniu krzesać iskier. Mam rację?
— Należały do mojego dziadka. Nie zostawię ich, bo ktoś je zwinie. I jak komuś księżyc sprawia rozkosz, to już nie moja sprawa — odparł nadąsany Nobby.
Lord Vetinari maszerował na czele.
Ludzie wychodzili już na ulice. Mieszkańcy Al-Khali woleli swoje interesy załatwiać w chłodzie poranka, zanim pełny dzień przejedzie po okolicy miotaczem ognia. Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na przybyszy, choć kilka osób obejrzało się za kapralem Nobbsem. Kozy i kury odsuwały się z drogi, kiedy przechodzili.
— Uważaj na ludzi, którzy będą próbowali ci sprzedać świńskie pocztówki, Nobby — pouczał Colon. — Mój wujek był tu kiedyś i opowiadał, że jakiś typ chciał mu sprzedać pakiet świńskich pocztówek za pięć dolarów. Był zdegustowany.
— Pewno, bo na Mrokach można takie dostać za dwa dolary — stwierdził Nobby.
— Wujek też tak powiedział. W dodatku to były ankhmorporskie pocztówki. Chcą nam sprzedawać nasze własne świńskie pocztówki? To obrzydliwe.
— Dzień dobry, sułtanie — odezwał się wesoły i jakby trochę znajomy głos. — Nowi w mieście, co?
Cała trójka spojrzała na osobnika, który magicznie pojawił się u wylotu alejki.
— Tak, istotnie — przyznał Vetinari.
— Zauważyłem, że jesteście nowi. Jak zresztą każdy ostatnio. Masz dziś szczęśliwy dzień, szachu! Jestem tu, żeby wam pomóc! Potrzebujecie czegoś? Mam to!
Sierżant Colon przyglądał się mężczyźnie.
— Nazywasz się… — zaczął w zamyśleniu. — To będzie coś w rodzaju Al-jibla albo jakoś podobnie.
— Słyszeliście o mnie? — ucieszył się handlarz.
— Tak jakby, tak… — przyznał z wahaniem Colon. — Jesteś zadziwiająco… znajomy.
Vetinari odepchnął go na bok.
— Jesteśmy wędrownymi artystami — powiedział. — Mieliśmy nadzieję na występy w książęcym pałacu. Mógłbyś nam pomóc?
Handlarz w zadumie poskrobał się po brodzie, powodując, że rozmaite drobne cząsteczki posypały się kaskadą do małych miseczek na jego tacy.
— Nie wiem, jak z pałacem — stwierdził. — Czym się zajmujecie?
— Uprawiamy żonglerkę, połykanie ognia i takie rzeczy — wyjaśnił Patrycjusz.
— Naprawdę? — zdziwił się Colon.
Al-jibla skinął głową na Nobby’ego.
— A co…
— …ona… — podpowiedział uprzejmie Vetinari.
— …ona potrafi?
— Tańce egzotyczne.
Nobby gniewnie zmarszczył czoło.
— Bardzo egzotyczne, jak się domyślam — mruknął Al-jibla.
— Byłbyś zdumiony.
Dwóch uzbrojonych mężczyzn podeszło wolno. Colon poczuł, jak zamiera mu serce. W tych dwóch brodatych twarzach zobaczył siebie i Nobby’ego, którzy w domu na patrolu zawsze podchodzili do wszystkiego, co wyglądało interesująco.
— Jesteście żonglerami, tak? — zapytał jeden z nich. — No to zobaczmy, jak żonglujecie.
Vetinari spojrzał na niego obojętnie, po czym zerknął na tacę Al-jibli. Wśród łatwiejszych do zidentyfikowania artykułów żywnościowych było tam również kilka zielonych melonów.