Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Nie miałem pojęcia, czy to N’Gwemba, którego zdążyłem już poznać, czy ktoś inny, ale natychmiast ruszyłem w tamtą stronę.
— Stój! — wrzasnęła Woda i chwyciła mnie brutalnie za ramię, drugą ręką sięgając po nóż. — Nie wolno tam wchodzić! Co ty sobie wyobrażasz?
Sięgnąłem do jej zaciśniętej pięści mnącej kurtę na moim ramieniu i nakryłem ją dłonią, odwróciłem się, zanurkowałem pod ręką Wody, a potem zrobiłem jeszcze jeden ruch i w przelocie wyłuskałem nóż z palców Kirenenki. Ruszyłem w stronę namiotu, kiedy dziewczyna wywijała kozła w powietrzu i wpadała plecami w stertę pustych wiklinowych koszy.
Odwróciłem rękojeść w dłoni, by ostrze schowało się za nadgarstkiem i opuściłem ramię wzdłuż boku.
— Gdzie jest Brus, syn Piołunnika, którego torturowaliście dziś rano? — zapytałem spokojnie, jakbym dowiadywał się, czy mogę pożyczyć szczyptę soli. W środku jednak płonął mi ogień.
Kebiryjczyk uniósł ciemną twarz, lecz nic nie wskazywało na to, by mnie zrozumiał. Południowcy wyglądali dziwnie. Byli to ludzie piękni jak z obrazu, ale wydawali się strasznie dzicy. Przypominali drapieżne zwierzęta, chodzące na dwóch nogach niczym ludzie. Dwunogie leopardy o twarzach posągów.
Powtórzyłem pytanie.
Kebiryjczyk odstawił ostrożnie bębenek i spojrzał na mnie upiornymi, żółtymi oczami dzikiego kota. Dotknął pięścią czoła i ust, po czym wystawił przed siebie otwartą dłoń. Nadal siedział w kucki, ale niemal sięgał głową mojej piersi. Pomyślałem, że w razie czego nie wolno pozwolić mu wstać. Był bardzo chudy, lecz żylasty, a jego wąskie, długie mięśnie wydawały się twarde jak żelazo.
— Człowiek nie chodzi namiot — powiedział łamanym kireneńskim. — Płótno zawarte. Wielka moc duchów. Chory-chory. Tam leczenie.
— Brus jest w tym namiocie?
— Nie wolno, n’hana. Olimwenga usuri.
— Muszę go natychmiast zobaczyć, Kebiryjczyku — wycedziłem powoli, acz stanowczo. Nie mogłem oderwać wzroku od jego niesamowitych, żółtych oczu. Gapiłem się i gapiłem, czując, że drętwieją mi policzki. Przypomniałem sobie, że przed walką trzeba widzieć całą sylwetkę przeciwnika. Patrzeć mniej więcej na grdykę i ogarniać wszystko, a nie wpatrywać się w oczy. Ponoć Kebiryjczycy potrafili okiełznać spojrzeniem dzikie zwierzęta. Tylko że ja nie byłem pustynnym szakalem. Musiałem przejść, a on usypiał mnie wzrokiem. Całe ciało wydawało mi się ciężkie i nagle miałem wrażenie, że na jego wysokim czole, tuż nad brwiami, otwiera się kolejna para oczu, mniejszych, lecz tak samo przenikliwych i drapieżnych.
Potrząsnąłem głową i zdołałem odlepić wzrok od twarzy mężczyzny, a potem zrobiłem krok w bok i sięgnąłem do płachty namiotu. Kebiryjczyk zaczął się podnosić. Jednym, zwinnym ruchem, mimo skrzyżowanych nóg.
Skręciłem biodra i z obrotu kopnąłem go piętą cofniętej nogi. Wydawało mi się, że moje gwałtowne wierzgnięcie powinno zwalić z nóg onagera, ale trafiło w pustkę. Dzielił nas tylko krok i nie mogłem chybić, a mimo to głowa i tułów Kebiryjczyka odchyliły się nagle w tył, jakby mężczyzna zupełnie nie miał kręgosłupa.
Kiedyś w pałacu widziałem tańczącą kebiryjską akrobatkę. Wysoką, smukłą i nagą, o ciele lśniącym od oliwy. Tańczyła, trzymając na głowie dzban z wetkniętym do środka pucharem. Dzban tkwił jak przyklejony, aż nagle podrzuciła go jednym wyskokiem i zamarła, pochylona do przodu. Dzban wylądował w jej rękach, a kielich spadł na wypięte pośladki. Dziewczyna bez wysiłku wygięła grzbiet w tył, uniosła dzban nad głowę, struga wina trafiła prosto do pucharu. Potem nagle przerzuciła długą, wyprostowaną nogę nad głową i przekoziołkowała, opierając się o ziemię jedną dłonią. Kiedy klęczała przed tronem mojego ojca, w dłoni trzymała już kielich, z którego nie wyciekła nawet kropla wina.
Straciłem na chwilę równowagę i musiałem odtańczyć parę kroków, żeby znowu stanąć w bojowej postawie. Poprawiłem palce na rękojeści ukrytego za przedramieniem noża. Kebiryjczyk stał spokojnie, wyprostowany, na podobieństwo posągu z miedzi. Wydawało się, że niczego nie zauważył, że po prostu sobie stoi. Bardzo wysoki i szczupły, kojarzył się raczej z kukiełką niż człowiekiem. Czułem, że jeśli drgnę, wybuchnie nagle gwałtownym ruchem jak kobra. Trudno.
— Raja, n’wenzi — powiedział cicho. Z języków imperium kebiryjski znałem chyba najgorzej. N’wenzu — przyjaciel. „Spokojnie, przyjacielu". Nie byłem spokojny. I nie byłem jego przyjacielem.
— Hazima indo. Hazima kana. Kuna n’tu. — Wydobyłem gdzieś z mroków pamięci. „Muszę wejść, muszę zobaczyć, mój człowiek". Chyba.
W jego ciosanej twarzy błysnęły wielkie, białe, perłowe zęby.
Wskazał palcami na swoje oczy, których znowu miał dwoje, jak każdy.
— Nie chodzi. Patrzy. Tam wielkie leczenie, ty głos, krzyk, twoja n’wenzu umrzeć. Matufu, rozumie? Wielkie leczenie. Wielkie duchy.
Matufu — śmierć.
— Zabiję, cię, psie! — wrzasnęła Woda, gnając w naszą stronę ze złamanym trzonkiem od łopaty w dłoni. — Ty podły szczurze!
Kebiryjczyk błyskawicznie wyciągnął przed siebie rękę i pokazał jej rozpostarte palce. Nic więcej. Woda zatrzymała się nagle, jakby wpadła na ścianę. Trzonek wypadł z jej dłoni. Część włosów wysunęła się z koka i opadła na twarz, z oczami lśniącymi od łez wściekłości i rozchylonymi ustami wydawała się właściwie ładna. Głos uwiązł jej w gardle.
— Proszę... — powiedział do mnie Kebiryjczyk. — Ty nóż ziemia, ja pokaże namiot. Tylko patrzy.
— Muszę... — powtórzyłem z uporem.
— Nóż ziemia.Tenzangu tilaha, n’te. — „Odłóż broń, człowieku".
Już miałem upuścić nóż, kiedy zobaczyłem twarz Wody. Jej święty, klanowy nóż. Jeśli go rzucę, naprawdę mnie zabije. To Kirenenka. Prawdziwa.
Zaciąłem się lekko w przedramię, podłożyłem dłoń pod ostrze i przykląkłem, trzymając nóż w obu dłoniach, po czym ułożyłem go na ziemi.
Kiedy ostatni raz widziałem własny nóż, spoczywał na stojaku w mojej komnacie Domu Stali. Uciekałem w przebraniu i nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby go ochronić i zabrać. A teraz jakiś zdobywca z „Kamiennego" tymenu obierał nim bulwy i dłubał pod pazurami. Co ze mnie za Kirenen?
— Pamięta. Ty cisza — rozkazał stanowczo Kebiryjczyk i odsłonił połę namiotu.
Trwało to krótką chwilę. Nie dłużej niż na trzy klaśnięcia.
Brus klęczał na macie pośrodku namiotu z przeklętymi kebiryjskimi igłami w czaszce, miał wywrócone do tyłu oczy błyskające od dołu paskiem bieli i kręcił głową na boki, strasznie, nieludzko, jakby poruszał nim wodny mechanizm. Mrok stał za nim, trzymając dłonie po obu stronach jego skroni, i monotonnym głosem recytował litanię. Słowa sypały mu się z ust jedno za drugim, wokół płonęły ofiarne lampy i kadzidła. Głos Mroka był zdarty, wydawało się, że recytuje od wielu godzin.
To był egzorcyzm. Mrok usiłował wypędzić z Brusa demona.
Płachta opadła z powrotem.
Nie zdążyłem wrzasnąć, nie zdążyłem porwać z ziemi noża, nie zdążyłem wedrzeć się do namiotu. Nie zdążyłem nawet nabrać powietrza. Ramię Kebiryjczyka wystrzeliło w moją stronę, jego rozłożona płasko dłoń ukazała się przed moją twarzą. Dłoń, w której nagle otworzyło się żółte, tygrysie oko.