Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Zdrajca – powtórzył żałośnie. – Razem przegrywaliśmy, a wygrywać chcesz sam.
Opuścił rękę z nożem i odwrócił się. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi Redraka i jego stropiony głos:
– Nie można pokonać psychokodu…
Objąłem Dańkę – był spięty, ale się nie wyrywał – i zapytałem:
– Redrak, Ernado, jesteście specjalistami. Czy kodowanie psychiczne zostało opracowane na podstawie metod Siewców?
– Tak – powiedział Ernado. – Pierwsze doświadczenia… – To nieistotne… Zapamiętajcie: broń Siewców zawsze sama wybiera sobie wrogów i przyjaciół.
– I nie działa przeciwko swoim panom… – wybełkotał kustosz muzeum. Cielęco uśmiechnięty, uniósł się z miękkiego fotela, rozłożył ręce i opadł z powrotem. Tym razem chyba nie wstanie do rana.
Obrzuciłem przyjaciół szybkim spojrzeniem. Strach, strach, strach. Irracjonalny lęk, stropiona obawa w spojrzeniach. Chyba tak samo wyglądałby każdy starożytny Grek, gdyby zetknął się z bogiem wojny Aresetn.
– Odwołuję rozkaz – powiedziałem z narastającą wściekłością. – Wszyscy idziemy do Świątyni. Dańka, zostaniemy razem do końca. Czy to jasne?
– Tak jest, kapitanie – powiedział z zachwytem chłopiec. Chyba tylko on nic nie zrozumiał.
Świątynia wyglądała tak samo jak na Tarze, Klenie czy innej tlenowej planecie. Świątynia Siewców na Shedmonie – kilometrowa kula z lustrzanych i czarnych płytek, nietykalna, starożytna jak sama planeta. Świętość budząca przerażenie pierwotnych plemion; pałac bogów zgodnie z wierzeniami średniowiecznymi, spadek po cywilizacji – założycielce niemal jedynej w galaktyce religii. Pod jej murami modlono się i przeklinano wroga; lustrzane kwadraty odbijały strumienie krwi ludzkich ofiar i kwiaty w rękach nowożeńców. Świątynię obrzucano kamieniami i ostrzeliwano z dział wielkiego kalibru, u jej stóp składano różnobarwne girlandy i naczynia z drogocennymi pachnidłami.
I przez tysiące lat Świątynia chroniła tajemnicę swojego wzoru, tajemnicę leżącą dosłownie na powierzchni. Globus – ogromny model i malutka kopia Ziemi.
Planety, której nie ma.
Podeszliśmy do podstawy Świątyni – cienkiej, odlanej z metalu kolumny. Rozwarta dłoń lekko podtrzymywała kulę o kilometrowej średnicy.
Nikt nie powiedział ani słowa. Przodem szedł w milczeniu Ernado; Lans kroczył ostrożnie, patrząc pod nogi, jakby pamiętał pajęczynowe miny wokół Świątyni na Tarze; Redrak kulał bardziej niż zwykle, ledwie nadążając za pozostałymi. Ja i Dańka szliśmy w środku. Z każdym krokiem chłopiec przytulał się do mnie coraz mocniej.
– Myślę, że lepiej będzie, jeśli ty to zrobisz – powiedziałem mu, gdy znaleźliśmy się obok kolumny. Kula przytłaczała swoim ogromem. Choć była absolutnie nieruchoma, wydawało się, że kołysze się nad nami, gotowa spaść w każdej chwili.
– Co zrobię? – zapytał nieśmiało Dańka.
– Przyłóż rękę do słupa i poproś… to znaczy rozkaż, żeby zaniesiono nas do góry. Do sali informatorium.
– Posłucha?
– Tak.
Dańka westchnął i pogłaskał dłonią metalową kolumnę. Powiedział cicho:
– Przenieście nas do góry, do sali informatorium… Proszę. Przez chwilę nic się nie działo. Nagle uświadomiłem sobie z przerażającą jasnością, że wszystkie moje nadzieje to kompletna bzdura. Świątynia nie posłucha Dańki i nie wykona mojego polecenia. Przecież nie wiem, dlaczego Świątynie boją się wyrządzić nam krzywdę. Sam globus jeszcze niczego nie dowodzi. Sekciarze dotrą do Ziemi, a kwarkowa bomba spadnie na dach mojego rodzinnego domu. Obłok szarego pyłu zamiast trzeciej planety od Słońca…
Podrzuciło nas w górę miękkim, ale silnym szarpnięciem. Przeszliśmy przez nieprzenikalne ściany Świątyni niczym przez mgłę. I znowu poczułem znajomy, wilgotny oddech przenikanych ścian… Troskliwe objęcia chmury żółtego światła.
Świątynia posłuchała rozkazu Dańki. Chłopca z planety, której nie ma.
…Staliśmy w sali ogromnej nawet jak na Świątynię, wewnątrz gigantycznego sześcianu o czarnych ścianach pokreślonych tysiącami świecących pasów. Każda migocząca mętnym pomarańczowym blaskiem linia zawierała informacje o jednej z planet zamieszkanych przez ludzi. Gdzieś tutaj były również współrzędne Ziemi, planety, do której można dotrzeć jedynie tunelami bezpośredniego połączenia hiperprzestrzennego. Planety przeklętej, do której nie latały gwiazdoloty; wyrzuconej ze strumienia galaktycznej cywilizacji. Jeszcze niedawno zainteresowałyby mnie te cyfry, długie wyliczenia zawierające abstrakcyjne, pięciowymiarowe współrzędne niedające wyobrażenia ani o kierunku, ani o odległości. Teraz było mi wszystko jedno.
Obejrzałem się – wszyscy byliśmy na miejscu. Dańka i Lans, Ernado z Redrakiem i nawet siedzący u ich nóg Trofeum. Ale to właśnie mnie niewidzialna winda wysunęła na czoło delegacji.
– Jestem człowiekiem z planety Ziemia – powiedziałem cicho, a echo pochwyciło moje słowa, roznosząc je z hukiem po sali. – Jestem mieszkańcem planety, której nie ma. Jestem tym, który przypadkiem trafił do waszego świata. Tym, który żąda podporządkowania.
Podporządkowują się… - głos dochodził zewsząd, spływał z sufitu, wyrywał się ze ścian, tryskał z płyt podłogi. Bezcielesny, bezosobowy. Głos Świątyni. Głos, który skazał mnie na śmierć.
– Żądam całkowitego podporządkowania! – krzyknąłem. – Wszystkich Świątyń! Wszystkich planet! Dosyć tej gry! Odgadłem waszą tajemnicę i otrzymałem prawo wydawania rozkazów!
Cisza.
A potem dziwne, nieznajome odczucie, jakby miękka sprężysta błona opinała moje ciało. Zresztą nie takie znowu nieznajome – temporalny granat dawał podobny efekt. W mojej świadomości rozległ się obojętny głos:
Niestandardowa sytuacja, konflikt pomiędzy celem a ograniczeniami. Brak wskazówek w programach struktur logicznych. Zastosowano przesłanie człowieka z Ziemi…
Wokół mnie zgęstniała ciemność.
…I aktywizację matrycy emocjonalnej.
Spróbowałem wyrwać się ze sprężystej błony, ale nie mogłem. Wszystkie moje działania dawały tyle efektu, co szamotanina muchy w smole.
Człowieku z planety Ziemia, posiadasz immunitet i masz prawo do taktycznego sterowania systemem Świątyń. Ale żądania dotyczące sterowania strategicznego wychodzą poza ramy działań dozwolonych. Zostanie ci udostępniona możliwość dyskusji z twórcą Świątyń, po czym podejmie się decyzję co do twojego losu.
Czarna zasłona owinęła mój mózg.
…Siedziałem w fotelu – wygodnym i miękkim, pokrytym aksamitem w kolorze piasku. Meble w pokoju były chyba z hebanu, podłogę i ściany zasłaniały ogromne brązowordzawe kobierce. Dominowały tu dwa kolory. Nawet ogień w kominku z czarnego marmuru był żółto-pomarańczowo-rudy, bez dodatku błękitu wysokich temperatur czy purpurowo-czerwonych błysków gaśnięcia. Złoty środek. We wszystkim – nawet w kolorach.
– To jest miejsce podejmowania decyzji.
Fotel mojego rozmówcy stał naprzeciwko. Wąski czarny stolik pomiędzy nami był zastawiony kolorowymi butelkami, owocami i cukierkami w kryształowych misach, pucharami i kielichami. Z boku tkwiła masywna zapalniczka i pudełko z długimi, grubymi cygarami oraz kilka paczek papierosów.
Twórca Świątyń pasował wyglądem do tego kolorytu. Wysoki, bardzo chudy, miał ogromną grzywę miedzianych włosów, okulary w delikatnych oprawkach i staromodny garnitur. Nieco nieregularne rysy sugerowały skomplikowaną mieszankę narodowości, ale ogólnie twarz była sympatyczna i szczera. A oczy zdumiewająco mądre, serdeczne i łagodne.
– Nigdy bym nie przypuszczał, że w Świątyni są takie pomieszczenia… I tacy kustosze – zauważyłem, starając się pokryć zmieszanie ironią.