Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaTyle zmarłych postaci skupiło się wokół niej z nadzieją, szeroko otwierając oczy, że Will musiał ich odsunąć i zrobić trochę miejsca; pozwolił jednak Rogerowi zostać blisko, ponieważ chłopiec wpatrywał się w Lyrę i słuchał z takim przejęciem.
Lyra zaczęła opowiadać o świecie, który znała.
Opowiedziała im, jak ona i Roger wdrapali się na dach Kolegium Jordana i znaleźli gawrona ze złamaną łapą, jak opiekowali się nim, aż mógł znowu latać; jak zwiedzali piwnice z winami, grubo pokryte kurzem i pajęczynami, jak wypili trochę kanaryjskiego wina albo może tokaju, nie miała pewności, i jak się upili. A duch Rogera słuchał z dumą i rozpaczą, kiwał głową i szeptał:
– Tak, tak! Właśnie tak było, to prawda, zgadza się!
Potem opowiedziała im o wielkiej bitwie pomiędzy mieszkańcami Oksfordu a ceglarzami.
Najpierw opisała im Glinianki, starając się niczego nie pominąć, szerokie płuczki barwy ochry, czerpaki, piece do wypalania jak wielkie ceglane ule. Opowiedziała o wierzbach rosnących nad brzegiem rzeki, z listkami srebrzystymi od spodu; powiedziała, że kiedy słońce świeciło przez kilka dni, glina zaczynała pękać na wielkie płaskie tafle rozdzielone głębokimi szczelinami, i jakie to uczucie wcisnąć palce w szczelinę i powoli podważyć wyschniętą taflę błota, starając się, żeby nie pękła. Pod spodem glina była wilgotna, idealna do rzucania w ludzi.
Opisała zapachy unoszące się w tym miejscu: dym z pieców, zapach mułu i gnijących liści dolatujący od rzeki, kiedy wiatr wiał z południowego zachodu; ciepły zapach pieczonych ziemniaków, które jadali ceglarze; bulgotanie wody płynącej rynnami do płuczek; powolny mlaszczący dźwięk, kiedy próbowało się wyciągnąć stopę z ziemi; ciężki chlupot zastawek śluzy w gęstej od gliny wodzie.
Duchy cisnęły się coraz bliżej, karmiły się jej słowami, przypominały sobie czasy, kiedy miały ciała i skórę, nerwy i zmysły, i pragnęły, żeby nigdy nie przestała mówić.
Potem opowiedziała, jak dzieci ceglarzy zawsze prowadziły wojnę z mieszczuchami, ale były tępe i powolne, z gliną zamiast mózgu, podczas gdy mieszczuchy w porównaniu z nimi były szybkie i sprytne jak wróble; jak pewnego dnia wszystkie dzieci z miasta machnęły ręką na dzielące ich różnice, sprzymierzyły się, uknuły plan i zaatakowały Glinianki z trzech stron, przyparły do rzeki dzieci ceglarzy i ciskały w nie pecynami ciężkiej gliniastej ziemi, zniszczyły i stratowały ich zamek z piasku, zmieniły fortyfikacje w pociski, aż ziemia, powietrze i woda przemieszały się nie do odróżnienia i wszystkie dzieci wyglądały dokładnie tak samo, od stóp do głów oblepione błotem, i żadne z nich nigdy nie przeżyło takiego wspaniałego dnia.
Skończywszy opowieść, spojrzała na Willa, wyczerpana. Wtedy doznała wstrząsu, oprócz milczących duchów dookoła i jej towarzyszy, żywych i bliskich, miała jeszcze inną publiczność: gałęzie drzewa gęsto obsiadły ciemne ptasie sylwetki o kobiecych twarzach, spoglądające na nią z góry, poważne i oczarowane.
Wstała, zdjęta nagłym strachem, ale harpie się nie poruszyły.
– Wy! – zawołała w desperacji. – Przedtem na mnie wrzeszczałyście, kiedy próbowałam coś wam powiedzieć. Co was teraz powstrzymuje? Dalej, rozedrzyjcie mnie szponami i zmieńcie w ducha!
– Tego na pewno nie zrobimy – odezwała się harpia w samym środku, Bez-Imienia we własnej osobie. – Posłuchaj. Tysiące lat temu, kiedy przybyły tutaj pierwsze duchy, Autorytet dał nam moc widzenia najgorszego w każdym z nich, i od tego czasu żywimy się najgorszym, aż nasza krew cuchnie i serca chorują. Ale nie miałyśmy nic innego do jedzenia. Nic innego. A teraz dowiadujemy się, że zamierzacie otworzyć drogę do górnego świata i wyprowadzić stąd wszystkie duchy...
Jej szorstki głos zagłuszyły miliony szeptów, kiedy każdy duch, który to usłyszał, krzyczał z radości; lecz harpie wrzasnęły i załopotały skrzydłami, aż duchy znowu zamilkły.
– Tak! – krzyknęła Bez-Imienia. – Wyprowadzić je stąd! Co my teraz zrobimy? Powiem ci, co zrobimy: odtąd nie cofniemy się przed niczym. Będziemy ranić, dręczyć, kaleczyć i plugawić każdego ducha, którego dopadniemy, aż oszaleje ze strachu, wstrętu i wyrzutów sumienia. To jest ziemia jałowa; zmienimy ją w piekło!
Harpie zarechotały przeraźliwie, wiele sfrunęło z drzewa prosto na duchy, które rozbiegły się w przerażeniu. Lyra przywarła do ramienia Willa i jęknęła:
– Teraz one wszystko wygadały, a my nie możemy tego zrobić... Znienawidzą nas... Pomyślą, że ich zdradziliśmy! Pogorszyliśmy ich los zamiast polepszyć!
– Cicho – powiedział Tialys. – Nie rozpaczaj. Zawołaj je z powrotem i spraw, żeby nas wysłuchały.
– Wracajcie! Wracajcie wszyscy! Wracajcie i posłuchajcie! – krzyknął Will.
Jedna za drugą harpie o wygłodniałych twarzach, ożywionych i złaknionych nieszczęścia, zawróciły i sfrunęły z powrotem na drzewo, a duchy podążyły za nimi. Kawaler zostawił swoją ważkę pod opieką Salmakii i wskoczył na skałę, gdzie wszyscy go widzieli – drobny, zwinny i ciemnowłosy, odziany w zieleń.
– Harpie – powiedział – możemy wam zaproponować coś lepszego. Odpowiedzcie szczerze na moje pytania i wysłuchajcie, co powiem, a potem to osądzicie. Kiedy Lyra rozmawiała z wami za murem, rzuciłyście się na nią. Dlaczego?
– Kłamstwa! – wrzasnęły wszystkie harpie. – Kłamstwa i wymysły!
– Lecz kiedy teraz opowiadała, wszystkie jej słuchałyście, każda z was, słuchałyście cicho i w skupieniu. Ponownie pytam: dlaczego?
– Ponieważ mówiła prawdę – odparła Bez-Imienia. – Ponieważ to była prawda. Ponieważ nas żywiła. Ponieważ nas karmiła. Ponieważ nic nie mogłyśmy na to poradzić. Ponieważ to była prawda. Ponieważ nie wiedziałyśmy, że istnieje cokolwiek poza złem i zepsuciem. Ponieważ poznałyśmy nowe rzeczy, słońce, deszcz i wiatr. Ponieważ to była prawda.
– W takim razie – powiedział Tialys – zawrzyjmy umowę. Zamiast widzieć tylko zepsucie, chciwość i okrucieństwo duchów, które tutaj przychodzą, odtąd macie prawo żądać od każdego ducha, żeby opowiedział wam historię swojego życia, i każdy musi mówić prawdę o tym, co widział i słyszał, czego dotykał, co kochał i znał na świecie. Każdy z tych duchów ma swoją historię; każdy, który tu przyjdzie w przyszłości, opowie wam prawdziwe rzeczy o świecie. A wy będziecie miały prawo ich wysłuchać i oni będą musieli powiedzieć prawdę.
Lyra podziwiała zuchwałość małego szpiega. Jak śmiał przemawiać do tych stworów, jakby miał władzę przyznawać im prawa? Każda z nich mogła go uśmiercić jednym kłapnięciem szczęk, rozedrzeć go na strzępy pazurami albo zrzucić z wysoka na ziemię i zmiażdżyć. A jednak stał przed nimi, dumny i nieustraszony, negocjując umowę! A one słuchały i naradzały się zniżonymi głosami, zwracając ku sobie twarze.
Wszystkie duchy czekały, milczące i wystraszone.
Potem Bez-Imienia znowu zabrała głos.
– To nie wystarczy – oświadczyła. – Chcemy czegoś więcej. Pod dawną dyspensą miałyśmy cel. Miałyśmy swoje miejsce i obowiązki. Wypełniałyśmy skrupulatnie rozkazy Autorytetu i za to nas szanowali. Nienawidzili i bali się nas, ale również szanowali. Co teraz się stanie z tym szacunkiem? Dlaczego duchy miałyby na nas zważać, skoro mogą po prostu znowu wrócić do świata? Mamy swoją dumę i nie pozwolimy sobic jej odebrać. Potrzebujemy honorowego miejsca! Potrzebujemy celu i obowiązków do wypełniania, żeby darzono nas szacunkiem, na jaki zasługujemy!
Poruszyły się na gałęziach, mamrocząc i wznosząc skrzydła. Lecz chwilę później Salmakia wskoczyła na głaz obok kawalera i zawołała: