Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaLord Roke, szybki i cichy jak mysz, znikł za drzwiami, zanim ksiądz się odwrócił. Zaczekał w ciemnym korytarzu, a kiedy brat Louis wyszedł na palcach i przekręcił klucz w zamku, Gallivespianin zaczął go śledzić.
Brat Louis poszedł do wieży i kiedy Przewodniczący otworzył drzwi, Lord Roke wskoczył do środka i przemknął do klęcznika w kącie pokoju. Tam znalazł zacienioną listwę, gdzie przysiadł i słuchał.
Ojciec MacPhail nie był sam: aletheiometrysta brat Pavel wertował swoje księgi, a inna postać stała nerwowo przy oknie. Był to doktor Cooper, teolog eksperymentalny z Bolvangaru. Obaj podnieśli wzrok.
– Dobra robota, bracie Louisie – pochwalił Przewodniczący. – Przynieś go tutaj, siadaj, pokaż mi. Dobra robota!
Brat Pavel odsunął kilka ksiąg i młody ksiądz położył łańcuszek na stole. Pozostali nachylili się, żeby popatrzeć, jak ojciec MacPhail gmera przy zamku. Doktor Cooper podał mu scyzoryk, po czym rozległo się ciche kliknięcie.
– Ach! – westchnął Przewodniczący.
Lord Roke wspiął się na blat biurka, żeby zobaczyć. W świetle lampy naftowej zalśniło ciemne złoto: był to pukiel włosów, który Przewodniczący obracał w palcach na wszystkie strony.
– Czy mamy pewność, że należy do tego dziecka? – zapytał.
– Ja mam pewność – odpowiedział znużony głos brata Pavla.
– Czy to wystarczy, doktorze?
Blady mężczyzna pochylił się nisko i wyjął włosy spomiędzy palców ojca MacPhaila. Podniósł je do światła.
– O tak – zapewnił. – Wystarczyłby nawet pojedynczy włos.
– Bardzo miło mi to słyszeć – oświadczył Przewodniczący. – Teraz, bracie Louisie, musisz zwrócić medalion.
Ksiądz zbladł; miał nadzieję, że jego zadanie jest skończone. Przewodniczący umieścił pukiel włosów Lyry w kopercie i zamknął medalion, rozglądając się dookoła, więc Lord Roke musiał się ukryć.
– Ojcze Przewodniczący – odezwał się brat Louis – oczywiście wypełnię twój rozkaz, ale czy mogę wiedzieć, do czego potrzebujecie włosów tego dziecka?
– Nie, bracie Louisie, ponieważ to by cię zmartwiło. Zostaw te sprawy nam. Odejdź.
Młody ksiądz wziął medalion i wyszedł, pełen urazy. Lord Roke chciał nawet wrócić razem z nim i obudzić panią Coulter w chwili, kiedy będzie odkładał medalion na miejsce, żeby zobaczyć, co ona zrobi; ale bardziej mu zależało, żeby się dowiedzieć, co knują ci ludzie.
Kiedy drzwi się zamknęły, Gallivespianin wrócił do cienia i słuchał dalej.
– Skąd pan wiedział, gdzie ona to trzymała? – zapytał naukowiec.
– Za każdym razem, kiedy wspominała o dziecku – wyjaśnił Przewodniczący – jej dłoń wędrowała do medalionu. A więc jak szybko będzie gotowa?
– To kwestia godzin – odparł doktor Cooper.
– A włosy? Do czego wam potrzebne?
– Umieścimy włosy w komorze rezonacyjnej. Rozumie pan, każda jednostka jest unikalna i wzór cząsteczek genetycznych wyraźnie się odróżnia... No więc jak tylko przeprowadzimy analizę, informacja zostanie zakodowana w serii anbarycznych impulsów i przetransferowana do urządzenia celującego. Ono lokalizuje, hm, źródło materiału, czyli włosów, gdziekolwiek się znajduje. Właściwie ten proces wykorzystuje herezję Barnarda-Stokesa, koncepcję wielu światów...
– Bez obawy, doktorze. Brat Pavel powiedział mi, że dziecko jest w innym świecie. Proszę mówić dalej. Siła bomby jest kierowana za pomocą włosów?
– Tak. Do każdego z włosów, od których te zostały odcięte. Zgadza się.
– Więc po detonacji dziecko będzie unicestwione, gdziekolwiek się znajduje?
Naukowiec wydał ciężkie, stłumione westchnienie i niechętnie przytaknął. Przełknął ślinę i mówił dalej:
– Potrzebujemy ogromnej mocy. Anbarycznej mocy. Tak jak bomba atomowa potrzebuje środków wybuchowych, żeby połączyć cząstki uranu i zainicjować reakcję łańcuchową, to urządzenie potrzebuje ogromnie silnego prądu, żeby wyzwolić gigantyczną moc procesu odrywania. Zastanawiałem się...
– Nie ma znaczenia, gdzie ją detonujecie, prawda?
– Nie. W tym rzecz. Można to zrobić gdziekolwiek.
– I jest całkowicie gotowa?
– Teraz, kiedy mamy włosy, tak. Ale moc, rozumie pan...
– Załatwiłem to. Hydro-anbaryczna elektrownia w Saint-Jean-les-Eaux została zarekwirowana do naszego użytku. Wytwarzają tam dostateczną moc, nie uważa pan?
– Tak – przyznał naukowiec.
– Więc wyruszamy natychmiast. Proszę iść dopilnować aparatu, doktorze Cooper, i przygotować go do transportu możliwie najszybciej. Pogoda w górach często się zmienia i nadchodzi burza.
Naukowiec wziął małą kopertę zawierającą włosy Lyry i ukłonił się nerwowo przed wyjściem. Lord Roke wyszedł razem z nim, czyniąc nie więcej hałasu niż cień.
Jak tylko znaleźli się poza zasięgiem słuchu Przewodniczącego, Gallivespianin skoczył na doktora Coopera. Schodzący przed nim po schodach naukowiec poczuł straszliwie bolesne ukłucie w ramię i sięgnął do poręczy, ale ręka dziwnie mu osłabła, pośliznął się, przekoziołkował po schodach i półprzytomny wylądował na dole.
Lord Roke z trudnością wyciągnął kopertę z drgających palców mężczyzny, ponieważ była w połowie tak duża jak on sam, i pospieszył przez mrok w stronę pokoju, gdzie spała pani Coulter.
Szpara pod drzwiami okazała się dostatecznie szeroka, żeby go pomieścić. Brat Louis przyszedł i odszedł, ale nie ośmielił się zapiąć łańcuszka na szyi pani Coulter; medalion leżał obok niej na poduszce.
Lord Roke przycisnął jej rękę, żeby ją obudzić. Była naprawdę wyczerpana, ale natychmiast się ocknęła i usiadła, przecierając oczy.
Wyjaśnił, co się stało, i wręczył jej kopertę.
– Powinnaś je zniszczyć natychmiast – ostrzegł. – Tamten człowiek powiedział, że wystarczy nawet pojedynczy włos.
Spojrzała na mały pukiel ciemnoblond włosów i potrząsnęła głową.
– Za późno – powiedziała. – To tylko połowa włosów, które obcięłam Lyrze. Widocznie zatrzymał część przy sobie.
Lord Roke syknął z gniewu.
– Zrobił to wtedy, kiedy się rozejrzał! – zawołał. – Ach... schowałem się przed jego wzrokiem... na pewno wtedy je odłożył...
– I nie wiemy, gdzie je schował – dokończyła pani Coulter. – Ale jeśli znajdziemy bombę...
– Szsz!
To odezwała się złocista małpa. Kucała przy drzwiach i nasłuchiwała; po chwili oni też usłyszeli ciężkie kroki, szybko zbliżające się do pokoju.
Pani Coulter rzuciła kopertę i lok włosów do Lorda Roke, który chwycił je i wskoczył na szafę. Potem położyła się obok swojego dajmona, zanim klucz hałaśliwie obrócił się w zamku.
– Gdzie to jest? Co z tym zrobiłaś? W jaki sposób zaatakowałaś doktora Coopera? – zapytał ostry głos Przewodniczącego, kiedy światło padło na łóżko.
Pani Coulter osłoniła oczy ramieniem i usiadła z wysiłkiem.
– Lubi pan zabawiać swoich gości – powiedziała sennie. – Czy to nowa gra? Co mam robić? I kim jest doktor Cooper?
Wartownik z bramy wszedł razem z ojcem MacPhailem i poświecił pochodnią w kątach pokoju i pod łóżkiem. Przewodniczący wydawał się nieco zbity z tropu: pani Coulter miała powieki ciężkie od snu i ledwie widziała w świetle padającym z korytarza. Najwyraźniej ostatnio nie opuszczała łóżka.
– Masz wspólnika – zarzucił jej. – Ktoś napadł na gościa Kolegium. Kto to jest? Kto z tobą przybył? Gdzie on jest?
– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. A co to jest...?
Jej ręka, którą podparła się podczas siadania, znalazła medalion na poduszce. Pani Coulter zamilkła, podniosła medalion, spojrzała na Przewodniczącego rozszerzonymi zaspanymi oczami i Lord Roke mógł podziwiać wspaniałe aktorstwo, kiedy zawołała w zdumieniu: