Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 112
Перейти на страницу:

W drodze duchy rozmawiały z nimi.

– Przepraszam was – powiedziała jedna dziewczynka – gdzie są wasze dajmony? Przepraszam, że pytam, ale nie...

Lyra ani na sekundę nie przestała myśleć o swoim ukochanym porzuconym Pantalaimonie. Głos uwiązł jej w gardle, więc Will odpowiedział za nią.

– Zostawiliśmy nasze dajmony na zewnątrz – wyjaśnił. – Gdzie jest dla nich bezpieczniej. Później je zabierzemy. Czy ty miałaś dajmona?

– Tak – odparł duch – nazywał się Sandling... Och, tak go kochałam...

– Czy przybrał ostateczny kształt? – zapytała Lyra.

– Nie, jeszcze nie. Myślał, że zostanie ptakiem, a ja miałam nadzieję, że nie, bo lubiłam jego futerko w nocy w łóżku. Ale on coraz bardziej był ptakiem. Jak się nazywa twój dajmon?

Lyra powiedziała jej i duchy znowu zaczęły się do nich cisnąć. Wszystkie chciały opowiedzieć o swoich dajmonach.

– Mój nazywał się Matapan...

– Bawiliśmy się w chowanego, ona się zmieniała jak kameleon i wcale jej nie widziałem, taka była dobra...

– Raz skaleczyłam się w oko i nic nie widziałam, a on prowadził mnie przez całą drogę do domu...

– Nigdy nie chciał się ukształtować, ale ja chciałam dorosnąć, więc ciągle się kłóciliśmy...

– Zwijała się w kłębek na mojej dłoni i zasypiała...

– Czy one są gdzieś tutaj? Zobaczymy je jeszcze?

– Nie. Kiedy umierasz, twój dajmon gaśnie jak płomień świecy. Widziałam to. Już nigdy nie zobaczyłam mojego Castora, chociaż... chociaż nawet się nie pożegnałam...

– One nie znikają! Muszą gdzieś być! Mój dajmon gdzieś jest, na pewno!

Duchy tłoczyły się, ożywione i gorliwe, oczy im błyszczały i policzki poróżowiały, jakby wędrowcy użyczyli im swojego życia.

– Czy jest tutaj ktoś z mojego świata, gdzie nie mamy dajmonów? – zapytał Will.

Chudy chłopiec-duch w jego wieku kiwnął głową i Will odwrócił się do niego.

– O tak – brzmiała odpowiedź. – Nie rozumieliśmy, czym są dajmony, ale wiedzieliśmy, jak to jest bez nich. Tutaj są ludzie z różnych światów.

– Znałam moją śmierć – powiedziała jedna dziewczynka. – Znałam ją przez cały czas, kiedy dorastałam. Kiedy usłyszałam, jak mówią o dajmonach, myślałam, że chodzi im o coś w rodzaju śmierci. Teraz za nią tęsknię. Już jej nie zobaczę. „Skończyłam i zrobiłam swoje”, to były ostatnie słowa, które do mnie powiedziała, a potem odeszła na zawsze. Dopóki była ze mną, zawsze wiedziałam, że mogę komuś zaufać, komuś, kto wie, dokąd odchodzimy i co mamy robić. Ale już jej nie mam. Nie wiem, co się teraz stanie.

– Nic się nie stanie! – zawołał ktoś. – Już nigdy nic się nie stanie!

– Wcale tego nie wiesz – odparła jeszcze inna. – Przecież oni tu przyszli. Nikt nie wiedział, że to się zdarzy.

Miała na myśli Willa i Lyrę.

– To pierwsza rzecz, która tutaj się wydarzyła – oświadczył chłopiec-duch. – Może teraz wszystko się zmieni.

– Co byś zmienił, gdybyś mógł? – zapytała Lyra.

– Wróciłbym do świata!

– Czy chciałbyś tego nawet wtedy, gdyby to znaczyło, że zobaczysz świat tylko na chwilę?

– Tak! Tak! Tak!

– No, w każdym razie ja muszę znaleźć Rogera – stwierdziła Lyra. Zapaliła się do swojego nowego pomysłu, ale najpierw chciała uprzedzić Willa.

Na bezkresnej równinie wśród niezliczonych duchów rozpoczął się powolny, wszechogarniający ruch. Dzieci go nie widziały, lecz Tialys i Salmakia szybujący w górze obserwowali małe blade figurki, które przesuwały się razem niczym ogromne stada migrujących ptaków lub reniferów. W centrum tego ruchu dwójka dzieci, które nie były duchami, posuwała się miarowo do przodu; nie prowadząca i nie prowadzona, lecz w jakiś sposób ogniskująca wokół siebie wszystkich zmarłych.

Szpiedzy, których myśli mknęły jeszcze szybciej niż lotne wierzchowce, wymienili spojrzenia i posadzili ważki jedna przy drugiej na zeschłej, skurczonej gałęzi.

– Czy my mamy dajmony, Tialysie? – zapytała Salmakia.

– Odkąd wsiedliśmy do łodzi, czuję się tak, jakby wyrwano mi serce z piersi i jeszcze bijące wyrzucono na brzeg – powiedział kawaler. – Ale ono wciąż bije w mojej piersi. Więc coś mojego zostało tam razem z dajmonem dziewczynki, i coś twojego, Salmakio, ponieważ twarz masz ściągniętą, ręce blade i zaciśnięte. Tak, mamy dajmony, czymkolwiek są. Może ludzie w świecie Lyry to jedyne żyjące istoty, które wiedzą, co mają. Może właśnie dlatego jeden z nich rozpoczął rewoltę.

Zsunął się z grzbietu ważki i uwiązał ją dla bezpieczeństwa, a potem wyjął magnetytowy rezonator. Lecz ledwie go dotknął, od razu znieruchomiał.

– Brak odpowiedzi – oznajmił ponuro.

– Więc jesteśmy poza światem?

– Z pewnością poza zasięgiem pomocy. No, w końcu wiedzieliśmy, że idziemy do krainy zmarłych.

– Ten chłopiec poszedłby za nią na koniec świata.

— Jak myślisz, czy jego nóż otworzy drogę powrotną?

— On na pewno tak myśli. Ale, och... Tialysie, nie wiem.

– On jest bardzo młody. Oboje są młodzi. Wiesz, jeśli ona nie przeżyje, to już nieważne, czy dokonałaby właściwego wyboru wystawiona na pokuszenie. Cała sprawa przestanie się liczyć.

– Myślisz, że już wybrała? Kiedy postanowiła zostawić swojego dajmona na brzegu? Czy takiego wyboru musiała dokonać?

Kawaler spojrzał w dół, na miliony duchów powoli krążące po równinie krainy zmarłych, dryfujące w ślad za jasną, żywą iskierką, którą była Lyra Złotousta. Widział tylko jej włosy, najjaśniejszy punkt w mroku, a obok czarnowłosą głowę chłopca.

– Nie – odparł – jeszcze nie. To ją dopiero czeka.

– Więc musimy doprowadzić ją do tego bezpiecznie.

– Doprowadzić ich oboje. Teraz są związani.

Lady Salmakia szarpnęła cienkie jak pajęczyna wodze, jej ważka poderwała się z gałęzi i pomknęła w stronę żywych dzieci, a kawaler pospieszył za nią.

Lecz nie zatrzymali się przy dzieciach, tylko zniżywszy lot dla sprawdzenia, czy wszystko z nimi w porządku, polecieli przodem, częściowo dlatego, że ważki były niespokojne, i ponieważ chcieli zobaczyć, jak daleko rozciąga się ta ponura równina.

Lyra zobaczyła, jak przelatują w górze, i poczuła ulgę, że istnieje jeszcze coś tak pięknego i śmigłego. Potem, ponieważ nie mogła już dłużej wytrzymać, żeby nie podzielić się swoim pomysłem, nachyliła się do Willa, ale musiała szeptać. Przysunęła wargi do jego ucha i w gorącym tchnieniu usłyszał:

– Will, chcę, żebyśmy stąd wyprowadzili te wszystkie biedne dzieci-duchy... dorosłych też... Możemy ich uwolnić! Znajdziemy Rogera i twojego ojca, a potem otworzymy przejście do innego świata i wypuścimy ich wszystkich!

Odwrócił się i obdarzył ją szczerym uśmiechem, tak gorącym i szczęśliwym, że coś drgnęło w jej wnętrzu, przynajmniej doznała takiego uczucia, ale bez Pantalaimona nie mogła siebie zapytać, co to znaczy. Może jej serce zaczęło bić w nowy sposób. Głęboko zdumiona, nakazała sobie iść prosto i pokonać ten zawrót głowy.

Więc szli dalej. Szept „Roger” rozprzestrzeniał się szybciej niż tempo ich marszu; duchy przekazywały jeden drugiemu słowa: „Roger... Lyra przyszła... Roger... Lyra jest tutaj...” niczym elektryczną wiadomość przesyłaną przez komórki organizmu.

Tialys i Salmakia, krążąc na swoich niezmordowanych ważkach i rozglądając się dookoła, dostrzegli wreszcie nowy rodzaj ruchu. Gdzieś daleko powstało jakby zawirowanie. Zniżyli lot, ale po raz pierwszy ich zignorowano, ponieważ coś bardziej interesującego zaprzątało uwagę duchów. Rozmawiały z podnieceniem, szepcząc prawie bezgłośnie, coś wskazywały, kogoś popychały do przodu.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)