Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaW drodze duchy rozmawiały z nimi.
– Przepraszam was – powiedziała jedna dziewczynka – gdzie są wasze dajmony? Przepraszam, że pytam, ale nie...
Lyra ani na sekundę nie przestała myśleć o swoim ukochanym porzuconym Pantalaimonie. Głos uwiązł jej w gardle, więc Will odpowiedział za nią.
– Zostawiliśmy nasze dajmony na zewnątrz – wyjaśnił. – Gdzie jest dla nich bezpieczniej. Później je zabierzemy. Czy ty miałaś dajmona?
– Tak – odparł duch – nazywał się Sandling... Och, tak go kochałam...
– Czy przybrał ostateczny kształt? – zapytała Lyra.
– Nie, jeszcze nie. Myślał, że zostanie ptakiem, a ja miałam nadzieję, że nie, bo lubiłam jego futerko w nocy w łóżku. Ale on coraz bardziej był ptakiem. Jak się nazywa twój dajmon?
Lyra powiedziała jej i duchy znowu zaczęły się do nich cisnąć. Wszystkie chciały opowiedzieć o swoich dajmonach.
– Mój nazywał się Matapan...
– Bawiliśmy się w chowanego, ona się zmieniała jak kameleon i wcale jej nie widziałem, taka była dobra...
– Raz skaleczyłam się w oko i nic nie widziałam, a on prowadził mnie przez całą drogę do domu...
– Nigdy nie chciał się ukształtować, ale ja chciałam dorosnąć, więc ciągle się kłóciliśmy...
– Zwijała się w kłębek na mojej dłoni i zasypiała...
– Czy one są gdzieś tutaj? Zobaczymy je jeszcze?
– Nie. Kiedy umierasz, twój dajmon gaśnie jak płomień świecy. Widziałam to. Już nigdy nie zobaczyłam mojego Castora, chociaż... chociaż nawet się nie pożegnałam...
– One nie znikają! Muszą gdzieś być! Mój dajmon gdzieś jest, na pewno!
Duchy tłoczyły się, ożywione i gorliwe, oczy im błyszczały i policzki poróżowiały, jakby wędrowcy użyczyli im swojego życia.
– Czy jest tutaj ktoś z mojego świata, gdzie nie mamy dajmonów? – zapytał Will.
Chudy chłopiec-duch w jego wieku kiwnął głową i Will odwrócił się do niego.
– O tak – brzmiała odpowiedź. – Nie rozumieliśmy, czym są dajmony, ale wiedzieliśmy, jak to jest bez nich. Tutaj są ludzie z różnych światów.
– Znałam moją śmierć – powiedziała jedna dziewczynka. – Znałam ją przez cały czas, kiedy dorastałam. Kiedy usłyszałam, jak mówią o dajmonach, myślałam, że chodzi im o coś w rodzaju śmierci. Teraz za nią tęsknię. Już jej nie zobaczę. „Skończyłam i zrobiłam swoje”, to były ostatnie słowa, które do mnie powiedziała, a potem odeszła na zawsze. Dopóki była ze mną, zawsze wiedziałam, że mogę komuś zaufać, komuś, kto wie, dokąd odchodzimy i co mamy robić. Ale już jej nie mam. Nie wiem, co się teraz stanie.
– Nic się nie stanie! – zawołał ktoś. – Już nigdy nic się nie stanie!
– Wcale tego nie wiesz – odparła jeszcze inna. – Przecież oni tu przyszli. Nikt nie wiedział, że to się zdarzy.
Miała na myśli Willa i Lyrę.
– To pierwsza rzecz, która tutaj się wydarzyła – oświadczył chłopiec-duch. – Może teraz wszystko się zmieni.
– Co byś zmienił, gdybyś mógł? – zapytała Lyra.
– Wróciłbym do świata!
– Czy chciałbyś tego nawet wtedy, gdyby to znaczyło, że zobaczysz świat tylko na chwilę?
– Tak! Tak! Tak!
– No, w każdym razie ja muszę znaleźć Rogera – stwierdziła Lyra. Zapaliła się do swojego nowego pomysłu, ale najpierw chciała uprzedzić Willa.
Na bezkresnej równinie wśród niezliczonych duchów rozpoczął się powolny, wszechogarniający ruch. Dzieci go nie widziały, lecz Tialys i Salmakia szybujący w górze obserwowali małe blade figurki, które przesuwały się razem niczym ogromne stada migrujących ptaków lub reniferów. W centrum tego ruchu dwójka dzieci, które nie były duchami, posuwała się miarowo do przodu; nie prowadząca i nie prowadzona, lecz w jakiś sposób ogniskująca wokół siebie wszystkich zmarłych.
Szpiedzy, których myśli mknęły jeszcze szybciej niż lotne wierzchowce, wymienili spojrzenia i posadzili ważki jedna przy drugiej na zeschłej, skurczonej gałęzi.
– Czy my mamy dajmony, Tialysie? – zapytała Salmakia.
– Odkąd wsiedliśmy do łodzi, czuję się tak, jakby wyrwano mi serce z piersi i jeszcze bijące wyrzucono na brzeg – powiedział kawaler. – Ale ono wciąż bije w mojej piersi. Więc coś mojego zostało tam razem z dajmonem dziewczynki, i coś twojego, Salmakio, ponieważ twarz masz ściągniętą, ręce blade i zaciśnięte. Tak, mamy dajmony, czymkolwiek są. Może ludzie w świecie Lyry to jedyne żyjące istoty, które wiedzą, co mają. Może właśnie dlatego jeden z nich rozpoczął rewoltę.
Zsunął się z grzbietu ważki i uwiązał ją dla bezpieczeństwa, a potem wyjął magnetytowy rezonator. Lecz ledwie go dotknął, od razu znieruchomiał.
– Brak odpowiedzi – oznajmił ponuro.
– Więc jesteśmy poza światem?
– Z pewnością poza zasięgiem pomocy. No, w końcu wiedzieliśmy, że idziemy do krainy zmarłych.
– Ten chłopiec poszedłby za nią na koniec świata.
— Jak myślisz, czy jego nóż otworzy drogę powrotną?
— On na pewno tak myśli. Ale, och... Tialysie, nie wiem.
– On jest bardzo młody. Oboje są młodzi. Wiesz, jeśli ona nie przeżyje, to już nieważne, czy dokonałaby właściwego wyboru wystawiona na pokuszenie. Cała sprawa przestanie się liczyć.
– Myślisz, że już wybrała? Kiedy postanowiła zostawić swojego dajmona na brzegu? Czy takiego wyboru musiała dokonać?
Kawaler spojrzał w dół, na miliony duchów powoli krążące po równinie krainy zmarłych, dryfujące w ślad za jasną, żywą iskierką, którą była Lyra Złotousta. Widział tylko jej włosy, najjaśniejszy punkt w mroku, a obok czarnowłosą głowę chłopca.
– Nie – odparł – jeszcze nie. To ją dopiero czeka.
– Więc musimy doprowadzić ją do tego bezpiecznie.
– Doprowadzić ich oboje. Teraz są związani.
Lady Salmakia szarpnęła cienkie jak pajęczyna wodze, jej ważka poderwała się z gałęzi i pomknęła w stronę żywych dzieci, a kawaler pospieszył za nią.
Lecz nie zatrzymali się przy dzieciach, tylko zniżywszy lot dla sprawdzenia, czy wszystko z nimi w porządku, polecieli przodem, częściowo dlatego, że ważki były niespokojne, i ponieważ chcieli zobaczyć, jak daleko rozciąga się ta ponura równina.
Lyra zobaczyła, jak przelatują w górze, i poczuła ulgę, że istnieje jeszcze coś tak pięknego i śmigłego. Potem, ponieważ nie mogła już dłużej wytrzymać, żeby nie podzielić się swoim pomysłem, nachyliła się do Willa, ale musiała szeptać. Przysunęła wargi do jego ucha i w gorącym tchnieniu usłyszał:
– Will, chcę, żebyśmy stąd wyprowadzili te wszystkie biedne dzieci-duchy... dorosłych też... Możemy ich uwolnić! Znajdziemy Rogera i twojego ojca, a potem otworzymy przejście do innego świata i wypuścimy ich wszystkich!
Odwrócił się i obdarzył ją szczerym uśmiechem, tak gorącym i szczęśliwym, że coś drgnęło w jej wnętrzu, przynajmniej doznała takiego uczucia, ale bez Pantalaimona nie mogła siebie zapytać, co to znaczy. Może jej serce zaczęło bić w nowy sposób. Głęboko zdumiona, nakazała sobie iść prosto i pokonać ten zawrót głowy.
Więc szli dalej. Szept „Roger” rozprzestrzeniał się szybciej niż tempo ich marszu; duchy przekazywały jeden drugiemu słowa: „Roger... Lyra przyszła... Roger... Lyra jest tutaj...” niczym elektryczną wiadomość przesyłaną przez komórki organizmu.
Tialys i Salmakia, krążąc na swoich niezmordowanych ważkach i rozglądając się dookoła, dostrzegli wreszcie nowy rodzaj ruchu. Gdzieś daleko powstało jakby zawirowanie. Zniżyli lot, ale po raz pierwszy ich zignorowano, ponieważ coś bardziej interesującego zaprzątało uwagę duchów. Rozmawiały z podnieceniem, szepcząc prawie bezgłośnie, coś wskazywały, kogoś popychały do przodu.