Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Niech mi pani opowie o Lordzie Asrielu – zażądał przewodniczący. – Niech mi pani opowie wszystko.
Pani Coulter oparła się wygodnie i zaczęła opowiadać – nie wszystko, ale on wcale tego nie oczekiwał. Opowiedziała o fortecy, o sprzymierzeńcach, o aniołach, o kopalniach i odlewniach.
Ojciec MacPhail siedział w absolutnym bezruchu, a jego dajmona-jaszczurka przyswajała i zapamiętywała każde słowo.
– A jak się pani tutaj dostała? – zapytał.
– Ukradłam giropter. Skończyło się paliwo i musiałam go porzucić na wsi, niedaleko stąd. Resztę drogi przebyłam piechotą.
– Czy Lord Asriel aktywnie szuka dziewczynki i chłopca?
– Oczywiście.
– Zakładam, że chodzi mu o nóż. Wie pani, że on ma nazwę? Kliwuchy z północy nazywają go „niszczyciel bogów” – ciągnął, podchodząc do okna i spoglądając w dół na krużganki. – Do tego dąży Asriel, prawda? Chce zniszczyć Autorytet. Niektórzy ludzie twierdzą, że Bóg już nie żyje. Asriel chyba do nich nie należy, jeśli żywi ambicję, żeby Go zabić.
– Więc gdzie jest Bóg? – zapytała pani Coulter. – Jeśli żyje? I dlaczego już nie przemawia? Na początku świata Bóg chodził po ogrodzie i rozmawiał z Adamem i Ewą. Potem zaczął się wycofywać i Mojżesz słyszał tylko Jego głos. Później, za czasów Daniela, Bóg się postarzał... był Przedwieczny. Gdzie jest teraz? Czy nadal żyje, niewyobrażalnie stary, zgrzybiały i zdziecinniały, niezdolny myśleć, mówić ani działać i niezdolny umrzeć, niczym spróchniały pień? A jeśli jest w takim stanie, czy nie spełnimy najbardziej miłosiernego uczynku, nie udowodnimy naszej prawdziwej miłości do Boga, jeśli go odszukamy i damy mu dar śmierci?
Panią Coulter ogarnęło chłodne uniesienie. Nie wiedziała, czy wyjdzie stąd żywa; ale mówiąc w ten sposób do tego człowieka, upajała się własnymi słowami.
– A Pył? – zapytał. – Z głębin herezji, jaki jest pani pogląd na Pył?
– Nie mam żadnych poglądów na Pył – odparła. – Nie wiem, co to jest. Nikt nie wie.
– Rozumiem. No cóż, zacznę od przypomnienia, że jest pani aresztowana. Chyba już czas znaleźć dla pani miejsce do spania. Będzie całkiem wygodnie; nikt nie zrobi pani krzywdy; ale nie wypuścimy stąd pani. Jutro znowu porozmawiamy.
Zadzwonił i brat Louis zjawił się niemal natychmiast.
– Zaprowadź panią Coulter do najlepszego gościnnego pokoju – rozkazał Przewodniczący. – I zamknij ją na klucz.
Najlepszy pokój gościnny okazał się obskurny, z tanimi meblami, ale przynajmniej czysty. Kiedy klucz przekręcił się w zamku, pani Coulter natychmiast rozejrzała się za mikrofonem i znalazła jeden w przeładowanym ozdobami kinkiecie, a drugi pod ramą łóżka. Rozłączyła oba, po czym przeżyła straszną niespodziankę.
Z blatu komody za drzwiami obserwował ją Lord Roke.
Krzyknęła i oparła się dłonią o ścianę, żeby odzyskać równowagę. Gallivespianin siedział ze skrzyżowanymi nogami, całkowicie swobodny, i wcześniej nie zauważyła go ani pani Coulter, ani złocista małpa. Odczekała, aż serce przestało jej walić i oddech się wyrównał, po czym zapytała:
– A kiedyż to zamierzał mnie pan uprzedzić o swojej obecności, mój panie? Zanim się rozbiorę czy potem?
– Zanim – odparł. – Powiedz swojemu dajmonowi, żeby się uspokoił, bo go poćwiartuję.
Złocista małpa obnażyła zęby i zjeżyła sierść na całym ciele. Agresywna złość na jej twarzy mogła odebrać odwagę każdemu normalnemu człowiekowi, ale Lord Roke tylko się uśmiechnął. Jego ostrogi błyszczały w nikłym świetle.
Mały szpieg wstał i przeciągnął się powoli.
– Właśnie rozmawiałem z moim agentem w fortecy Lorda Asriela – podjął. – Lord przekazuje wyrazy uznania i prosi, żebyś dała mu znać, jak tylko poznasz zamiary tych ludzi.
Zabrakło jej tchu, jakby Lord Asriel uderzył ją w żołądek. Oczy jej się rozszerzyły i powoli usiadła na łóżku.
– Przybyłeś tutaj, żeby mnie szpiegować czy pomagać? – zapytała.
– Jedno i drugie, i masz szczęście, że tutaj jestem. Jak tylko się zjawiłaś, zaczęli jakieś anbaryczne prace w piwnicach. Nie wiem, co tam robią, ale właśnie teraz pracuje tam zespół uczonych. Zdaje się, że ich poruszyłaś.
– Nie wiem, czy mam to uznać za pochlebne, czy niepokojące. Prawdę mówiąc, jestem wyczerpana i idę spać. Jeśli zamierzasz mi pomóc, możesz pełnić wartę. Na początek popatrz w drugą stronę.
Skłonił się i odwrócił twarzą do ściany, dopóki nie umyła się w poobijanej misce, wytarła cienkim ręcznikiem, rozebrała i położyła do łóżka. Jej dajmon patrolował pokój, sprawdzał szafę na ubrania, listwę do wieszania obrazów, zasłony, widok z okna na ciemne krużganki. Lord Roke obserwował każdy jego ruch. Wreszcie złocista małpa położyła się obok pani Coulter i oboje od razu zasnęli.
Lord Roke nie powiedział pani Coulter wszystkiego, czego dowiedział się od Lorda Asriela. Sprzymierzeńcy śledzili przeloty wszelkiego rodzaju istot nad rubieżami republiki i zauważyli na zachodzie koncentrację czegoś, co wyglądało na anioły, ale mogło być czymś zupełnie innym. Wysłali patrole, żeby zbadały sprawę, ale na razie niczego się nie dowiedzieli; cokolwiek tam wisiało, okryło się nieprzeniknioną mgłą.
Szpieg uważał jednak, że lepiej nie martwić tym pani Coulter; była wyczerpana. Niech śpi, pomyślał i wędrował bezgłośnie po pokoju, wyglądał przez okno, nasłuchiwał pod drzwiami, trzeźwy i czujny.
Godzinę po wejściu pani Coulter usłyszał ciche odgłosy za drzwiami: lekkie drapanie i szept. W tej samej chwili słabe światło obrysowało kontur drzwi. Lord Roke wsunął się w najdalszy kąt i stanął za nogą krzesła, na które pani Coulter rzuciła swoje ubranie.
Upłynęła minuta, po czym klucz bardzo cicho obrócił się w zamku. Drzwi uchyliły się na centymetr, nie więcej, a wtedy światło zgasło.
Lord Roke widział wystarczająco dobrze w nikłym blasku przebijającym cienkie zasłony, lecz intruz musiał zaczekać, aż oczy mu się przyzwyczają do mroku. Wreszcie drzwi otwarły się szerzej, bardzo powoli, i młody ksiądz, brat Louis, wszedł do pokoju.
Przeżegnał się i na palcach podszedł do łóżka. Lord Roke sprężył się do skoku, ale ksiądz tylko posłuchał regularnego oddechu pani Coulter, sprawdził z bliska, czy ona naprawdę śpi, po czym odwrócił się do nocnego stolika.
Nakrył dłonią szkiełko latarki i włączył ją, przepuszczając między palcami cienki promyk światła. Obejrzał stolik tak dokładnie, że prawie dotknął nosem blatu, ale czegokolwiek szukał, nie znalazł. Pani Coulter położyła tam kilka przedmiotów, zanim poszła do łóżka: parę monet, pierścionek, zegarek; ale nie zainteresowały brata Louisa.
Ponownie odwrócił się do niej i wtedy zobaczył to, czego szukał. Wydał cichy syk. Lord Roke zrozumiał powód jego konsternacji: poszukiwany przedmiot to był medalion na złotym łańcuszku, zawieszony na szyi pani Coulter.
Lord Roke bezszelestnie przesunął się wzdłuż listwy podłogowej w stronę drzwi.
Ksiądz przeżegnał się ponownie, ponieważ musiał dotknąć kobiety. Wstrzymując oddech, pochylił się nad łóżkiem – złocista małpa się poruszyła.
Młody człowiek zamarł z wyciągniętymi rękami. Jego dajmona-królica dygotała, tuląc mu się do stóp, całkiem bezużyteczna; mogła przynajmniej pełnić straż dla tego biedaka, pomyślał Lord Roke. Małpa przekręciła się we śnie i znowu znieruchomiała.
Po minucie ciągnącej się jak wiek brat Louis opuścił drżące dłonie ku szyi pani Coulter. Marudził tak długo, że Lord Roke myślał, że zacznie świtać, zanim ksiądz odepnie zamek, wreszcie jednak delikatnie podniósł medalion i się wyprostował.