Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 112
Перейти на страницу:

Powoli przeleciała nad dachówkami błyszczącymi po niedawnym deszczu i wprowadziła maszynę w niewielkie zagłębienie pomiędzy spadzistym dachem a ślepą ścianą wieży, miejsce widoczne jedynie z dzwonnicy pobliskiej Kaplicy Świętej Penitencji; była to doskonała kryjówka.

Delikatnie obniżyła statek, pozwalając, żeby dwupiętrowy kadłub sam znalazł sobie miejsce i ustawił się, utrzymując kabinę w poziomie. Zaczynała kochać tę maszynę: spełniała jej życzenia szybko jak myśl i pracowała tak cicho; mogła unosić się nad kimś dosłownie na wyciągnięcie ręki i ta osoba nic by nie zauważyła. W ciągu niecałego dnia, odkąd pani Coulter ją ukradła, opanowała urządzenia kontrolne, ale wciąż nie miała pojęcia, co napędzało pojazd, i tylko tym się martwiła: nie potrafiła określić, kiedy wyczerpie się paliwo lub baterie.

Upewniwszy się, że statek stoi pewnie i dach utrzyma jego ciężar, zdjęła hełm i wysiadła.

Jej dajmon już podważał jedną z ciężkich starych dachówek. Przyłączyła się do niego i wkrótce usunęli pół tuzina, a potem pani Coulter złamała listwy, na których się opierały, i zrobiła otwór wystarczająco duży, żeby ją pomieścił.

– Wejdź tam i rozejrzyj się – szepnęła, a dajmon wskoczył w ciemność.

Słyszała chrobotanie jego pazurów, kiedy ostrożnie przechodził po podłodze strychu, a potem czarny pyszczek okolony złocistą sierścią ukazał się w otworze. Pani Coulter zrozumiała od razu i weszła za nim do środka. Zaczekała, aż wzrok jej się przyzwyczai. W nikłym świetle stopniowo ukazał się długi strych, gdzie majaczyły ciemne kształty zmagazynowanych tutaj kredensów, stołów, biblioteczek i wszelkiego rodzaju mebli.

Przede wszystkim przesunęła wysoki kredens tak, żeby zasłaniał otwór w dachu. Potem na palcach podeszła do drzwi na drugim końcu pomieszczenia i nacisnęła klamkę. Oczywiście drzwi były zamknięte na klucz, ale miała szpilkę do włosów, a zamek był prosty. Trzy minuty później razem ze swoim dajmonem stała na końcu długiego korytarza, gdzie pod zakurzonym świetlikiem zobaczyli wąskie schody prowadzące w dół.

Po pięciu minutach otwarli okno w spiżarni obok kuchni dwa piętra niżej i wyszli na uliczkę. Brama Kolegium znajdowała się tuż za rogiem, a jak powiedziała pani Coulter do złocistej małpy, powinni wejść w tradycyjny sposób, bez względu na to, jak zamierzają wyjść.

– Zabierz ręce ode mnie – powiedziała spokojnie do wartownika – i okaż trochę uprzejmości, bo każę cię wychłostać. Powiedz Przewodniczącemu, że przyjechała pani Coulter i pragnie natychmiast się z nim zobaczyć.

Mężczyzna odskoczył, a jego dajmona-pinczerka, która dotąd szczerzyła zęby na dobrze wychowaną złocistą małpę, natychmiast stchórzyła i podkuliła kikut ogona.

Wartownik chwycił słuchawkę telefonu i niecałą minutę później młody ksiądz o świeżej twarzy wpadł z pośpiechem do wartowni, wycierając dłonie o sutannę na wypadek, gdyby chciała uścisnąć mu rękę. Nie chciała.

– Kim jesteś? – zapytała.

– Brat Louis – odpowiedział ksiądz, uspokajając swoją dajmonę-królicę. – Pracownik sekretariatu Komisji Konsystorskiej. Zechce pani...

– Nie przyjechałam tutaj, żeby rozmawiać z pisarczykiem – przerwała mu pani Coulter. – Zaprowadź mnie do ojca MacPhaila. Natychmiast.

Ksiądz ukłonił się bezradnie i wyprowadził ją. Wartownik za jej plecami wydął policzki w westchnieniu ulgi.

Brat Louis dwa lub trzy razy spróbował nawiązać konwersację, po czym dał za wygraną i w milczeniu zaprowadził panią Coulter do pokojów Przewodniczącego znajdujących się w wieży. Ojciec MacPhail właśnie odmawiał pacierze, toteż ręka nieszczęsnego brata Louisa drżała gwałtownie, kiedy pukał. Usłyszeli westchnienie i jęk, a potem ciężkie kroki zmierzające do drzwi.

Oczy Przewodniczącego rozszerzyły się na widok gościa, wilczy uśmiech wypłynął na usta.

– Pani Coulter – powiedział ojciec MacPhail i wyciągnął rękę. – Bardzo się cieszę, że panią widzę. Moja siedziba jest zimna i uboga, ale proszę wejść, proszę wejść.

– Dobry wieczór – powiedziała pani Coulter, wchodząc za nim do pomieszczenia o surowych kamiennych ścianach.

Pozwoliła mu na trochę krzątaniny, kiedy podawał jej krzesło.

– Dziękuję – zwróciła się do brata Louisa, który wciąż tkwił w drzwiach. – Wypiję filiżankę czekolady.

Nic jej nie proponowano i wiedziała, że obraża go, traktując jak służącego, ale zachowywał się tak nędznie, że na to zasłużył. Przewodniczący kiwnął głową, więc brat Louis musiał wyjść i wykonać polecenie ku swojej wielkiej irytacji.

– Oczywiście jest pani aresztowana – oświadczył Przewodniczący, siadając na drugim krześle i odwracając lampę.

– Och, po co psuć rozmowę, zanim jeszcze zaczęliśmy? – zapytała pani Coulter. – Przybyłam tutaj dobrowolnie, jak tylko zdołałam uciec z fortecy Asriela. Faktem jest, ojcze Przewodniczący, że posiadam mnóstwo informacji o jego siłach i o dziecku i zamierzam je panu przekazać.

– Zatem zechce pani zacząć od dziecka.

– Moja córka ma obecnie dwanaście lat. Niedługo wkroczy w okres dojrzewania, a wtedy będzie za późno, by zapobiec katastrofie; natura i sposobność połączą się jak iskra i hubka. Dzięki waszej interwencji obecnie to dużo bardziej możliwe. Mam nadzieję, że jest pan usatysfakcjonowany.

– Pani obowiązkiem było sprowadzić ją tutaj, pod naszą opiekę. Zamiast tego wolała pani ukryć się w górskiej jaskini... Chociaż pozostaje dla mnie zagadką, jak kobieta o pani inteligencji mogła liczyć, że jej się uda.

– Prawdopodobnie wiele rzeczy jest dla pana zagadką, ojcze, poczynając od związku pomiędzy matką i córką. Jeśli pan myślał choć przez chwilę, że oddam córkę pod opiekę... opiekę!... grupy mężczyzn ogarniętych gorączkową obsesją na tle seksualności, mężczyzn o brudnych paznokciach, cuchnących zastarzałym potem, mężczyzn, których ukradkowe spojrzenia pełzałyby po jej ciele jak karaluchy... Jeśli pan myślał, że narażę moje dziecko na coś takiego, to jest pan głupszy niż ja... pańskim zdaniem.

Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi i wszedł brat Louis, niosąc dwie filiżanki czekolady na drewnianej tacy. Postawił tacę na stole z nerwowym ukłonem, uśmiechając się do Przewodniczącego w nadziei, że pozwolą mu zostać; ale ojciec MacPhail kiwnął ręką w stronę drzwi i młody ksiądz niechętnie wyszedł.

– Więc co pani zamierzała zrobić? – zapytał Przewodniczący.

– Chciałam ją ukryć w bezpiecznym miejscu, dopóki zagrożenie nie minie.

– Jakie zagrożenie? – zagadnął, podając jej filiżankę.

– Och, pan chyba wie, o czym mówię. Gdzieś tam jest kusiciel, wąż, że się tak wyrażę, więc nie chciałam dopuścić do ich spotkania.

– Towarzyszy jej pewien chłopiec.

– Owszem. I gdybyście się nie wtrącili, miałabym oboje pod kontrolą. Teraz mogą być wszędzie. Przynajmniej wiem, że nie ma ich u Lorda Asriela.

– Nie wątpię, że będzie ich szukał. Ten chłopiec ma nóż o niezwykłej mocy. Choćby dlatego warto ich ścigać.

– Zdaję sobie z tego sprawę – zapewniła pani Coulter. – Zdołałam złamać ten nóż, ale chłopiec go naprawił.

Uśmiechała się. Chyba nie polubiła tego wstrętnego szczeniaka?

– Wiemy – odparł krótko Przewodniczący.

-No, no – rzuciła. – Brat Pavel widocznie nabrał szybkości. Kiedy go znałam, odczytanie tego wszystkiego zabrałoby mu co najmniej miesiąc.

Pociągnęła łyk czekolady, rozwodnionej i słabej; jakie to typowe dla tych nudnych księży, pomyślała, narzucać swoją świętoszkowatą abstynencję również gościom.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)