Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Poczuła, jak gdzieś w środku, za mostkiem, coś w niej pękło.
– Ciociu...
Opadła na kolana.
– Mamo? – Eso’bar był pierwszy przy matce, ukląkł, dotknął szyi, ust, spojrzał na dłoń pokrytą czerwienią z taką miną, jakby widział krew po raz pierwszy w życiu. – Mamo?! Maaamoooo!!!
Kowal stał jak skamieniały. Pierwszy trwał niczym posąg. Obaj, zgodnie z najlepszymi wozackimi tradycjami, skryli swoje uczucia głęboko, w środku, tylko dłonie And’ewersa zaciśnięte na trzonku młota pobielały, jakby obsypał je mąką.
Zza węgła wypadła Nee’wa, pisnęła dziko, rzuciła się do matki. Dziewczynom wolno, bez utraty twarzy, płakać publicznie. Kailean skorzystała z tego przywileju.
Nie widziała, co zaszło. Miała zamknięte oczy, sól na policzkach i wargach. Nagle ktoś krzyknął i upadł. Usłyszała kilka szybkich, zbliżających się kroków, ktoś biegł, uniosła powieki i w ostatniej chwili zasłoniła twarz ręką.
Jeniec, ostatni z drużyny porywaczy, wyrwał się Laskolnykowi i runął w stronę koni. Krwawił, zaciskał wolną dłoń na rozrąbanym przedramieniu, ale biegł po życie. Kopnął ją czubkiem wojskowego buta, gdyby nie zasłoniła się odruchowo, cios zmiażdżyłby jej gardło.
Poczuła paraliżujące mrowienie, idące od ręki w górę, w stronę barku, i zaraz uderzył ból – potężny, odbierający oddech. Przewróciła się na plecy, próbowała wstać, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Jeden dziki sus i zabójca był już w siodle.
Poderwała się, najechał na nią koniem, przewrócił i nagle wszędzie wokół były kopyta, wielkie, podkute żelazem, łomoczące o ziemię, tak blisko miękkiego ciała. Skuliła się, osłaniając rękami głowę, któreś z kopyt trafiło ją w żebra, krzyknęła. Koń zawrócił i pomknął w stronę przejścia między wozami, prosto w step.
Ktoś przebiegł obok, drugi koń zarżał i ruszył w pościg.
Zakaszlała, spróbowała się podnieść, wspierając na dłoniach. Ręka, uszkodzona kopnięciem, załamała się, Kailean prawie zaryła nosem w piach.
Nikt nie podszedł, żeby jej pomóc.
Uniosła głowę. W kuźni wszyscy tkwili nieruchomo jak kamienne figury.
Laskolnyk, podnosząc się z ziemi, zamarł w pół ruchu, dziewczyny, wszystkie pełne nieopisanej grozy, utkwiły wzrok gdzieś ponad nią. Eso’bar tulił do piersi głowę matki i wydawało się, że nic innego go nie obchodzi. Bliźniacy, Det’mon i Mer’danar, zamarli w jakichś dziwnych pozycjach, jakby nagły czar sparaliżował ich w biegu.
Pierwszego nie było.
Przez chwilę wpatrywała się w całą scenę, usiłując, mimo bólu, rozpaczliwego łomotu serca i brudnego piachu pod powiekami, zrozumieć, co to znaczy.
Pojechał. Konno.
And’ewers stracił dziś żonę i syna.
Laskolnyk poderwał się wreszcie z ziemi.
– Kailean, na koń! Jak opatrunek się zsunie, on w parę chwil się wykrwawi.
Podniosła się, złapała najbliższego konia za uzdę. Wojskowe zwierzę niechętnie poddało się obcemu dotykowi, ale od razu wyczuło, że ma na grzbiecie prawdziwego jeźdźca.
Laskolnyk siedział już w siodle. Zawrócili konie i pomknęli w ślad za Der’ekiem.
* * *
Dogonili go jakieś pół mili za miastem. Wiózł zabójcę przerzuconego przez siodło. Na ich widok uśmiechnął się sinymi wargami.
– Eso miał rację – wychrypiał. – Z końskiego grzbietu widać więcej.
Schwytany kawalerzysta wisiał bezwładnie jak jakiś pakunek.
– Dobre cięcie, generale. Niemal się wykrwawił. – Der’eko zachwiał się, pobladł jeszcze bardziej. – Inaczej nigdy bym go nie dogonił.
Kailean podjechała do niego z lewej strony. Siodło, puślisko, popręg i strzemię spływały krwią.
– Zsiądź – zarządziła.
Pokręcił głową.
– Ściskam mu boki z taką siłą, że ledwo dyszy... Opatrunek się poluzował, gdy biegłem... Jak odkleję nogę od siodła... siknie dwa razy i padnę.
Laskolnyk podjechał do niego, szybko, brutalnie związał jeńca, traktując więzy jak opaskę uciskową. Potem rzucił okiem na Pierwszego. Bez słowa przełożył rzemień tuż przy jego pachwinie, zawiązał w pętlę, wsunął w nią kawałek drewna, zaczął kręcić. Der’eko zasyczał, zagryzł wargi.
– Nic lepszego nie wymyślę – głos kha-dara był spokojny i obojętny. – Może stracisz nogę, ale nie umrzesz mi tu, chłopcze.
Ochrypły śmiech zabrzmiał jak rzężenie.
– Po co... jeszcze jeden banita na Stepach... na do... dodatek bez nogi? – Der’eko zachwiał się i byłby spadł, gdyby Kailean go nie podtrzymała.
– Potem – uciął kha-dar. – Potem porozmawiamy. Teraz wracamy do domu.
– Ale... ja już nie... mam domu.
Laskolnyk bez słowa zawrócił konie i skierował je do Lithrew.
* * *
Poczekali, aż zapadnie zmrok, kiedy na pewno żaden klient nie pojawi się u kowala. Opatrzyli jeńca, pozwolili mu odpocząć i zaczęli przesłuchanie.
Kailean spodziewała się, że Laskolnyk postawi na nogi cały czaardan, ba, całe miasto, ale nie. Zabronił. Gdy schwytanego porywacza rozkrzyżowali na podłodze w kuźni, tylko rodzina kowala, ona i kha-dar wiedzieli, co zaszło.
Chciała być przy przesłuchaniu, ale jej zabronili. And’ewers i kha-dar, obaj, jakby kierowani jedną wolą.
– Nie, córuchna. Nie będziesz na to patrzeć.
Laskolnyk stał tyłem do więźnia, który nagi i spocony, łypał w jego stronę wybałuszonymi oczami. Wydawało się, że lada chwila przegryzie kawałek drewna, wciśnięty między zęby.
– On zabił ciotkę.
Nie wiedziała, co więcej można powiedzieć, zresztą te słowa właściwie nic w tej chwili nie znaczyły. „Zabił ciotkę” brzmiało tak samo jak „upiekł chleb” czy „napoił konie”. Zamknęła się na to, co ze sobą niosły, bo gdyby pozwoliła ukrytej za nimi prawdzie wedrzeć się w głąb duszy, to szlochałaby zwinięta w kłębek przy marach. Jeszcze nie teraz, jeszcze miała robotę do wykonania, nawet jeśli musiałaby osobiście obedrzeć tego sukinsyna ze skóry.
Jeniec spojrzał jej w oczy i napiął mięśnie tak, że aż zatrzeszczały rzemienie.
Laskolnyk delikatnie złapał ją za podbródek, obrócił twarz. Popatrzył w oczy.