Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 210
Перейти на страницу:

Twarz Kor’bena wy­pięk­nia­ła uśmie­chem.

— Tak mó­wi­li?

— Wła­śnie tak.

La­skol­nyk od­wró­cił się i za­brzę­czał szyb­ko w gar­dło­wej, twar­dej mo­wie Se-koh­land­czy­ków. Ko­czow­nik od­po­wie­dział ci­cho, po­tem par­sk­nął śmie­chem i wy­cią­gnął rękę. Ka­ile­an zna­ła ten ję­zyk po­bież­nie, jej se-koh­landz­ki słow­nik ogra­ni­czał się do kil­ku prze­kleństw, ale tu­taj chy­ba żad­ne nie pa­dło, bo obaj męż­czyź­ni tyl­ko uści­snę­li so­bie dło­nie.

— Mo­że­my mó­wić w me­ekhu — po­wie­dział na ko­niec Bły­ska­wi­ca. — Znam go do­brze.

— Ja też. — Wo­zak pod­szedł do sto­łu i oparł się o nie­go.

— Jak więk­szość lu­dzi w tym obo­zie. — Ka­hel-saw-Kir­hu za­mknął dłoń La­skol­ny­ka w swo­jej. — Me­ekh stał się w cią­gu ostat­nich dwu­dzie­stu kil­ku lat dru­gim po su­ana­ri ję­zy­kiem w Ko­no­we­ryn.

— Sły­sza­łem o tym. — Kha-dar ski­nął gło­wą. — Kciuk mó­wił, że ma to wię­cej wad niż za­let. Ni­g­dy nie wia­do­mo, kto cię słu­cha i ile ro­zu­mie.

— Kciuk?

— Ogar.

Przy­wód­ca nie­wol­ni­ków skrzy­wił się, jak­by mu­siał prze­łknąć ku­bek skwa­śnia­łe­go wina.

— Może o tym póź­niej. Przed­sta­wisz nam swo­ich lu­dzi?

Po­de­szli do sto­łu, na któ­rym le­ża­ło kil­ka spo­rych ar­ku­szy pa­pie­ru, po­kry­tych li­nia­mi i zna­ka­mi. La­skol­nyk do­ko­nał krót­kiej pre­zen­ta­cji, imię, na­zwi­sko, przy Ko­ci­mięt­ce do­rzu­cił jesz­cze sto­pień woj­sko­wy. Ka­hel-saw-Kir­hu przy­glą­dał się każ­de­mu z nich przez ude­rze­nie ser­ca, ki­wał gło­wą, ści­skał dłoń. Miał za­ska­ku­ją­co de­li­kat­ny, ale nie mięk­ki uścisk.

— Miło mi was go­ścić — rzu­cił na ko­niec. — Gdy do­tar­ła tu wieść, kogo spo­tkał nasz pa­trol, nie mo­głem uwie­rzyć. Sły­sza­łem o szar­ży pod mia­stem w cza­sie Bi­twy o Me­ekhan. I o roz­bi­tej i zdzie­siąt­ko­wa­nej ko­czow­ni­czej hor­dzie. Sły­sza­łem też o wszel­kich moż­li­wych za­szczy­tach i ho­no­rach, któ­re spa­dły po­tem na Gen­no La­skol­ny­ka, ge­ne­ra­ła i twór­cę me­ekhań­skiej Kon­nej Ar­mii. Po­wia­da­li, że gdy­by ten cho­ler­ny bar­ba­rzyń­ca chciał się wże­nić w naj­sza­cow­niej­sze im­pe­rial­ne rody, to ich cór­ki na wy­ści­gi od­wie­dza­ły­by jego sy­pial­nię, by mógł je wy­pró­bo­wać i wy­brać so­bie naj­lep­szą.

Ka­ile­an wy­mie­ni­ła spoj­rze­nia z Dag. Coś w gło­sie Ka­he­la ka­za­ło im się mieć na bacz­no­ści.

— Dla­te­go nie mo­głem uwie­rzyć, po­wtó­rzę, że ktoś taki, je­den z kil­ku naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi Me­ekha­nu, włó­czy się pół świa­ta od Im­pe­rium, ma­jąc za to­wa­rzy­stwo le­d­wo garść na­jem­ni­ków. To głu­pie. Nie­roz­waż­ne i głu­pie tak, że bra­ku­je mi słów.

Oho, czy­li do tego zmie­rzał. Wódz nie­wol­ni­czej ar­mii nie lu­bił dłu­gich pod­cho­dów, szedł ni­czym pułk cięż­kiej pie­cho­ty do ata­ku na wprost.

La­skol­nyk wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Je­stem ko­nia­rzem. Ata­ku­ję wro­ga, sie­dząc na grzbie­cie wiel­kie­go, zło­śli­we­go i śmier­dzą­ce­go by­dlę­cia, któ­re może mnie zrzu­cić i stra­to­wać. Nie spo­dzie­waj się po mnie roz­wa­gi. Ale poza tym wie­rzysz, że je­stem tym, za kogo się po­da­ję, praw­da?

— Wi­dzia­łem cię, ge­ne­ra­le, i za prze­pro­sze­niem, ta­kiej gęby się nie za­po­mi­na. Nasz pułk szedł na pół­noc, pod La­sa­we­rię, a ty przy­je­cha­łeś z roz­ka­za­mi, że te dwie cho­rą­gwie kon­ni­cy, któ­re mie­li­śmy jako wspar­cie, mają zo­stać. Pięć dni póź­niej pę­dzi­li mnie już ba­to­ga­mi na wschód.

— Masz żal?

— Nie. Na­wet dwa puł­ki jaz­dy by nam nie po­mo­gły, na­wet pięć. Na­tknę­li­śmy się na sa­me­go Yawe­ny­ra, nikt się go tam nie spo­dzie­wał, zresz­tą, to sta­re dzie­je. Ale pa­mię­tam cię, a i kil­ku in­nych lu­dzi, któ­rzy wi­dzie­li na wła­sne oczy Gen­na La­skol­ny­ka, po­twier­dzi­ło, że to ty. W tym Luka, a jemu ufam bez za­strze­żeń. No więc na­su­wa się py­ta­nie. Co tu ro­bisz, ge­ne­ra­le?

Ka­ile­an wy­mie­ni­ła spoj­rze­nie z Da­ghe­ną. Może na­resz­cie się do­wie­dzą. Kha-dar był ostat­nio bar­dziej ma­ło­mów­ny niż zwy­kle: je­dzie­my na po­łu­dnie, trze­ba się ro­zej­rzeć, ga­sić po­ża­ry, słu­żyć Im­pe­rium, i ta­kie tam pier­do­ły. Więc po­je­cha­ły, choć ich służ­ba jak na ra­zie po­le­ga­ła na od­pa­rza­niu so­bie tył­ków i od­pę­dza­niu chmar la­ta­ją­cych krwio­pij­ców. Więc może te­raz…

— Roz­glą­dam się — ge­ne­rał zga­sił ich na­dzie­je tymi dwo­ma krót­ki­mi sło­wa­mi. — W Im­pe­rium są lu­dzie, któ­rzy z du­żym nie­po­ko­jem śle­dzą wy­da­rze­nia na Da­le­kim Po­łu­dniu. Zwłasz­cza spo­sób, w jaki trak­tu­je się tu nie­wol­ni­ków. Nie tyl­ko me­ekhań­skich.

Omiótł wzro­kiem Bły­ska­wi­cę, wo­zac­kie­go do­wód­cę ta­bo­rów i czar­ne­go wo­jow­ni­ka.

Pore Lun Dha­ro par­sk­nął i przez chwi­lę wy­glą­da­ło na to, że splu­nie na stół.

— Dłu­go ci lu­dzie cze­ka­li. Dłu­go. Jak krwa­wi­li­śmy pod ba­ta­mi nad­zor­ców, jak nasi sy­no­wie tra­fia­li do ko­palń, a cór­ki do bur­de­li, jak Trzci­ny urzą­dza­ły na nas po­lo­wa­nia, to nikt się nie in­te­re­so­wał. Nie nie­po­ko­ił. Do­pie­ro te­raz, gdy nie ma komu przy­praw zbie­rać i je­dwab­ni­ków do­glą­dać, na­gle się nie­po­ko­ją. Me­ekhań­scy kup­cy mar­twią się, że ka­ra­wa­ny nie po­ja­dą na pół­noc, że stat­ki nie opusz­czą por­tów z ła­dow­nia­mi peł­ny­mi pie­przu, sza­fra­nu i je­dwa­biu?

La­skol­nyk spoj­rzał mu w oczy. Twar­do.

— Mu­sie­li­śmy się po­zbie­rać po wi­zy­cie pew­nych dzi­kich go­ści ze Wscho­du. Od­bu­do­wać mia­sta i wsie, ob­siać na nowo pola, za­lud­nić zdzie­siąt­ko­wa­ne pro­win­cje. Ale, jak ro­zu­miem, tu­taj to już prze­szłość.

— Zga­dza się — Ka­hel-saw-Kir­hu po­ło­żył rękę na ra­mie­niu ko­czow­ni­ka. — I nie wra­ca­my do tego. Ale wie­lu lu­dzi może mieć żal, ge­ne­ra­le, że Im­pe­rium tak dłu­go cze­ka­ło na wy­ko­na­nie ja­kie­go­kol­wiek ru­chu. I nie cho­dzi im o wy­sła­nie ar­mii, nie je­ste­śmy głup­ca­mi. Ale mo­gło zro­bić coś… co­kol­wiek, na pew­no były inne dro­gi, by wpły­nąć na tu­tej­szą po­li­ty­kę wo­bec nie­wol­ni­ków.

Jego uśmiech wy­glą­dał jak wy­cię­ty na twa­rzy tę­pym ostrzem.

Na­stęp­ne sło­wa kha-dara wstrzą­snę­ły nie tyl­ko Ka­ile­an.

— A kto wspie­rał tu­tej­sze­go księ­cia i jego młod­sze­go bra­ta w dro­dze do tro­nu? Są­dzisz, że za­de­cy­do­wa­ła tyl­ko czy­stość krwi Sa­me­re­sa Trze­cie­go? Jak to się sta­ło, że po tylu la­tach po­ja­wił się ksią­żę, któ­ry za­czął lu­zo­wać nie­wol­ni­cze ob­ro­że? Czy­je noże pil­no­wa­ły, by jego naj­więk­si wro­go­wie i kon­ku­ren­ci za­pu­ka­li do Domu Snu? Czy­je zło­to spra­wia­ło, że nie­chęt­na szlach­ta mię­kła, a ce­chy rze­mieśl­ni­cze nie pro­te­sto­wa­ły zbyt­nio, gdy wpro­wa­dzał pra­wa ła­go­dzą­ce los nie­wol­ni­ków? A dru­gi z bra­ci? La­we­ne­res? Śle­piec na kop­cu żmij, a prze­cież utrzy­mał się dość dłu­go, by jego ko­chan­ka ob­ję­ła wła­dzę.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)