Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Twarz Kor’bena wypiękniała uśmiechem.
— Tak mówili?
— Właśnie tak.
Laskolnyk odwrócił się i zabrzęczał szybko w gardłowej, twardej mowie Se-kohlandczyków. Koczownik odpowiedział cicho, potem parsknął śmiechem i wyciągnął rękę. Kailean znała ten język pobieżnie, jej se-kohlandzki słownik ograniczał się do kilku przekleństw, ale tutaj chyba żadne nie padło, bo obaj mężczyźni tylko uścisnęli sobie dłonie.
— Możemy mówić w meekhu — powiedział na koniec Błyskawica. — Znam go dobrze.
— Ja też. — Wozak podszedł do stołu i oparł się o niego.
— Jak większość ludzi w tym obozie. — Kahel-saw-Kirhu zamknął dłoń Laskolnyka w swojej. — Meekh stał się w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat drugim po suanari językiem w Konoweryn.
— Słyszałem o tym. — Kha-dar skinął głową. — Kciuk mówił, że ma to więcej wad niż zalet. Nigdy nie wiadomo, kto cię słucha i ile rozumie.
— Kciuk?
— Ogar.
Przywódca niewolników skrzywił się, jakby musiał przełknąć kubek skwaśniałego wina.
— Może o tym później. Przedstawisz nam swoich ludzi?
Podeszli do stołu, na którym leżało kilka sporych arkuszy papieru, pokrytych liniami i znakami. Laskolnyk dokonał krótkiej prezentacji, imię, nazwisko, przy Kocimiętce dorzucił jeszcze stopień wojskowy. Kahel-saw-Kirhu przyglądał się każdemu z nich przez uderzenie serca, kiwał głową, ściskał dłoń. Miał zaskakująco delikatny, ale nie miękki uścisk.
— Miło mi was gościć — rzucił na koniec. — Gdy dotarła tu wieść, kogo spotkał nasz patrol, nie mogłem uwierzyć. Słyszałem o szarży pod miastem w czasie Bitwy o Meekhan. I o rozbitej i zdziesiątkowanej koczowniczej hordzie. Słyszałem też o wszelkich możliwych zaszczytach i honorach, które spadły potem na Genno Laskolnyka, generała i twórcę meekhańskiej Konnej Armii. Powiadali, że gdyby ten cholerny barbarzyńca chciał się wżenić w najszacowniejsze imperialne rody, to ich córki na wyścigi odwiedzałyby jego sypialnię, by mógł je wypróbować i wybrać sobie najlepszą.
Kailean wymieniła spojrzenia z Dag. Coś w głosie Kahela kazało im się mieć na baczności.
— Dlatego nie mogłem uwierzyć, powtórzę, że ktoś taki, jeden z kilku najpotężniejszych ludzi Meekhanu, włóczy się pół świata od Imperium, mając za towarzystwo ledwo garść najemników. To głupie. Nierozważne i głupie tak, że brakuje mi słów.
Oho, czyli do tego zmierzał. Wódz niewolniczej armii nie lubił długich podchodów, szedł niczym pułk ciężkiej piechoty do ataku na wprost.
Laskolnyk wzruszył ramionami.
— Jestem koniarzem. Atakuję wroga, siedząc na grzbiecie wielkiego, złośliwego i śmierdzącego bydlęcia, które może mnie zrzucić i stratować. Nie spodziewaj się po mnie rozwagi. Ale poza tym wierzysz, że jestem tym, za kogo się podaję, prawda?
— Widziałem cię, generale, i za przeproszeniem, takiej gęby się nie zapomina. Nasz pułk szedł na północ, pod Lasawerię, a ty przyjechałeś z rozkazami, że te dwie chorągwie konnicy, które mieliśmy jako wsparcie, mają zostać. Pięć dni później pędzili mnie już batogami na wschód.
— Masz żal?
— Nie. Nawet dwa pułki jazdy by nam nie pomogły, nawet pięć. Natknęliśmy się na samego Yawenyra, nikt się go tam nie spodziewał, zresztą, to stare dzieje. Ale pamiętam cię, a i kilku innych ludzi, którzy widzieli na własne oczy Genna Laskolnyka, potwierdziło, że to ty. W tym Luka, a jemu ufam bez zastrzeżeń. No więc nasuwa się pytanie. Co tu robisz, generale?
Kailean wymieniła spojrzenie z Dagheną. Może nareszcie się dowiedzą. Kha-dar był ostatnio bardziej małomówny niż zwykle: jedziemy na południe, trzeba się rozejrzeć, gasić pożary, służyć Imperium, i takie tam pierdoły. Więc pojechały, choć ich służba jak na razie polegała na odparzaniu sobie tyłków i odpędzaniu chmar latających krwiopijców. Więc może teraz…
— Rozglądam się — generał zgasił ich nadzieje tymi dwoma krótkimi słowami. — W Imperium są ludzie, którzy z dużym niepokojem śledzą wydarzenia na Dalekim Południu. Zwłaszcza sposób, w jaki traktuje się tu niewolników. Nie tylko meekhańskich.
Omiótł wzrokiem Błyskawicę, wozackiego dowódcę taborów i czarnego wojownika.
Pore Lun Dharo parsknął i przez chwilę wyglądało na to, że splunie na stół.
— Długo ci ludzie czekali. Długo. Jak krwawiliśmy pod batami nadzorców, jak nasi synowie trafiali do kopalń, a córki do burdeli, jak Trzciny urządzały na nas polowania, to nikt się nie interesował. Nie niepokoił. Dopiero teraz, gdy nie ma komu przypraw zbierać i jedwabników doglądać, nagle się niepokoją. Meekhańscy kupcy martwią się, że karawany nie pojadą na północ, że statki nie opuszczą portów z ładowniami pełnymi pieprzu, szafranu i jedwabiu?
Laskolnyk spojrzał mu w oczy. Twardo.
— Musieliśmy się pozbierać po wizycie pewnych dzikich gości ze Wschodu. Odbudować miasta i wsie, obsiać na nowo pola, zaludnić zdziesiątkowane prowincje. Ale, jak rozumiem, tutaj to już przeszłość.
— Zgadza się — Kahel-saw-Kirhu położył rękę na ramieniu koczownika. — I nie wracamy do tego. Ale wielu ludzi może mieć żal, generale, że Imperium tak długo czekało na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. I nie chodzi im o wysłanie armii, nie jesteśmy głupcami. Ale mogło zrobić coś… cokolwiek, na pewno były inne drogi, by wpłynąć na tutejszą politykę wobec niewolników.
Jego uśmiech wyglądał jak wycięty na twarzy tępym ostrzem.
Następne słowa kha-dara wstrząsnęły nie tylko Kailean.
— A kto wspierał tutejszego księcia i jego młodszego brata w drodze do tronu? Sądzisz, że zadecydowała tylko czystość krwi Sameresa Trzeciego? Jak to się stało, że po tylu latach pojawił się książę, który zaczął luzować niewolnicze obroże? Czyje noże pilnowały, by jego najwięksi wrogowie i konkurenci zapukali do Domu Snu? Czyje złoto sprawiało, że niechętna szlachta miękła, a cechy rzemieślnicze nie protestowały zbytnio, gdy wprowadzał prawa łagodzące los niewolników? A drugi z braci? Laweneres? Ślepiec na kopcu żmij, a przecież utrzymał się dość długo, by jego kochanka objęła władzę.