Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 111
Перейти на страницу:

Rano przed mymi drzwiami zjawił się wychudły chłopak z potwornie krzywo zrośniętą nogą i obliczem, które mogłoby być nawet sympatyczne, gdyby mu tak oczy nie latały z przerażenia. Posłaniec od pana Bandarilla. Bardzo był nieswój, a kiedy zauważył, że mimo iż dostarczył mi wezwanie od naszego wspólnego chlebodawcy, ja w dalszym ciągu nie kwapiłem się do tego, by wyleźć z łóżka, zaczął dosłownie podskakiwać w miejscu na zdrowej nodze.

Kiedy jadłem śniadanie, nie spuszczał ze mnie wzroku. Musiał mieć strasznego pecha, że mu się ta noga zrosła tak paskudnie.

- Długo już pracujesz dla Bandarilla?

Pokręcił głową.

- Wcześniej żebrałem, ale jak podrosłem, dostawałem mniej i mniej. Bardzo się ucieszyłem, że mnie pan Bandarillo wziął do siebie.

Czyli że ta noga to nie musiał być koniecznie wypadek. Ktoś mógł chłopaka tak urządzić specjalnie, żeby wzbudzał litość.

- Ile ci płaci?

- Mam gdzie mieszkać, czasem dostanę odzienie, czasem napiwek, jak przyniosę dobre wieści.

- No to nie za wiele. - Pokręciłem głową, wgryzając się w kawał mięsa.

Gapił się na mnie łapczywie, inaczej chyba nawet nie umiał.

- Pewnie spędzasz sporo czasu koło Bandarilla.

- No. Mam dobrą pamięć, przekazuję wiadomości szybko i dokładnie.

Ze zdrowym kulasem byłby jeszcze szybszy.

- Bardzo by mnie interesowało, z kim Bandarillo w najbliższych dniach będzie rozmawiał - powiedziałem. - Nie ciekawi mnie, o czym - dodałem prędko, widząc, że się skulił. - To przecież żadna zdrada - upewniłem go.

Musiał się poczuwać wobec swego pana do głębokiej lojalności, której ja nie zamierzałem nadwyrężać.

- To, z kim rozmawia, to przecież żadna tajemnica, a ja po prostu nie mogę być w zbyt wielu miejscach naraz. - Uspokajałem go dalej. Jak się wydawało, z powodzeniem.

- A za ile? - Podjął męską decyzję.

- Pięć srebrnych za każdy dzień, kiedy mi powiesz coś ciekawego.

Wytrzeszczył na mnie oczy. Dla niego to musiała być astronomiczna suma.

- I to tylko za to, z kim rozmawia? - upewniał się.

- A ty co? Nie dość, że kulawy, to i głuchy też jesteś?

- Nie jestem - żachnął się. - Umowa stoi.

- Jak się nazywasz?

- Bavajo.

Lepsze takie imię niż żadne, pomyślałem i wzruszyłem ramionami.

- Tu masz zaliczkę. - Rzuciłem mu dwa drobniaki. - Ja tylko coś jeszcze załatwię i zaraz podążę za władcą gnojownika.

Nawet jeśli zrozumiał, co miałem na myśli, nie dał po sobie poznać.

W związku z tym, że moja popularność w Damarkandzie wydawała się coraz bardziej wątpliwa, postanowiłem rozejrzeć się za kawałkiem jakiegoś eleganckiego żelastwa. Po kolei sprawdzałem miejscowych płatnerzy, bez pośpiechu każąc sobie pokazać, co mieli najlepszego, i ruszając dalej. W większości rzeczywiście były to co najmniej przyzwoite okazy. W Damarkandzie nietrudno było o dobrych rzemieślników oraz dopływ towarów z innych zakątków świata, jednak cena nie chciała iść w parze z jakością, już raczej odzwierciedlała przesadną ilość zdobień. Oczekiwałem, iż mogłoby to wzbudzić szereg podejrzeń, gdybym się zjawił gdzieś w jakiejś mordowni z mieczem, którego rękojeść została wyłożona szafirami, a pochwa ozdobiona złotem. Złota zresztą nie lubię. Dosyć się już za nim przez całe życie naganiałem.

W piątym z kolei warsztacie zacząłem przeglądać odrobinę mniej eleganckie zabawki niż miecze. Morgenszterny, cepy, siekiery i takie tam… Pewnie powinienem w ogóle od nich zacząć, bo raz, że łatwiej je ukryć, a dwa, że człowiek nie ryzykował kłopotu ze stróżami prawa i porządku.

Znalazłem przedniej jakości kiścień, którego bijak, zawieszony na cienkim łańcuchu, wydawał się mieć wagę taką w sam raz. Jednak przy tego typu broni przydałaby się tarcza. Zanim człowiek zdoła zamachnąć się do drugiego ciosu, chwilę to jednak trwa. Rozglądałem się za czymś wygodnym, a sprzedający próbował namówić mnie na jedno z tych drogich, okrągłych cudeniek wykonanych z prasowanej plecionki, kiedy mój wzrok padł na stojący w rogu ciężki, dwuręczny miecz. Był dłuższy niż normalnie, z rękojeścią odpowiadającą głowni i masywnym jelcem.

- A to co takiego? - spytałem, odkładając kiścień.

- Kawał starego szmelcu, nie nadaje się do niczego. Za ciężki i za wolny, przeciw szabli nie mielibyście szans.

Obsługiwał mnie młody chłopak, więc jego błąd aż tak bardzo mnie nie zaskoczył. Jego ojciec czy mistrz, u którego terminował, nigdy przed kimś takim jak ja nie nazwałby dwuręcznego miecza szmelcem. Choćby był nie wiem jak stary.

Chwyciłem miecz i podrzuciłem w dłoni. Wyważony świetnie, bez dwóch zdań. Może odrobinę cięższy, niż nosiło się dzisiaj, ale to mi nie przeszkadzało. Gorzej, że spod warstwy rdzy nie mogłem dostrzec, w jakim stanie jest klinga. Na próbę zamachnąłem się do ciosu, uniosłem do zastawy. Wydawał się w porządku.

- Biorę. I do tego jakiś kawał płótna, żeby mnie zaraz na progu nie chcieli zatrzymać.

Właściciel kramu dopiero teraz zorientował się, że jego pomocnikowi transakcja wymknęła się spod kontroli, i podszedł do nas.

Starał się, to mu należało przyznać, jednak najpierw odparłem, iż jego własny pracownik nazwał miecz starym szmelcem, a potem zmyłem głowę za pozostawienie mnie sam na sam z gówniarzem, który się nie znał na rzemiośle, więc zrezygnował. Odbił sobie, zdzierając ze mnie za płótno. Niech mu będzie, było mi potrzebne.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)