Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Rano przed mymi drzwiami zjawił się wychudły chłopak z potwornie krzywo zrośniętą nogą i obliczem, które mogłoby być nawet sympatyczne, gdyby mu tak oczy nie latały z przerażenia. Posłaniec od pana Bandarilla. Bardzo był nieswój, a kiedy zauważył, że mimo iż dostarczył mi wezwanie od naszego wspólnego chlebodawcy, ja w dalszym ciągu nie kwapiłem się do tego, by wyleźć z łóżka, zaczął dosłownie podskakiwać w miejscu na zdrowej nodze.
Kiedy jadłem śniadanie, nie spuszczał ze mnie wzroku. Musiał mieć strasznego pecha, że mu się ta noga zrosła tak paskudnie.
- Długo już pracujesz dla Bandarilla?
Pokręcił głową.
- Wcześniej żebrałem, ale jak podrosłem, dostawałem mniej i mniej. Bardzo się ucieszyłem, że mnie pan Bandarillo wziął do siebie.
Czyli że ta noga to nie musiał być koniecznie wypadek. Ktoś mógł chłopaka tak urządzić specjalnie, żeby wzbudzał litość.
- Ile ci płaci?
- Mam gdzie mieszkać, czasem dostanę odzienie, czasem napiwek, jak przyniosę dobre wieści.
- No to nie za wiele. - Pokręciłem głową, wgryzając się w kawał mięsa.
Gapił się na mnie łapczywie, inaczej chyba nawet nie umiał.
- Pewnie spędzasz sporo czasu koło Bandarilla.
- No. Mam dobrą pamięć, przekazuję wiadomości szybko i dokładnie.
Ze zdrowym kulasem byłby jeszcze szybszy.
- Bardzo by mnie interesowało, z kim Bandarillo w najbliższych dniach będzie rozmawiał - powiedziałem. - Nie ciekawi mnie, o czym - dodałem prędko, widząc, że się skulił. - To przecież żadna zdrada - upewniłem go.
Musiał się poczuwać wobec swego pana do głębokiej lojalności, której ja nie zamierzałem nadwyrężać.
- To, z kim rozmawia, to przecież żadna tajemnica, a ja po prostu nie mogę być w zbyt wielu miejscach naraz. - Uspokajałem go dalej. Jak się wydawało, z powodzeniem.
- A za ile? - Podjął męską decyzję.
- Pięć srebrnych za każdy dzień, kiedy mi powiesz coś ciekawego.
Wytrzeszczył na mnie oczy. Dla niego to musiała być astronomiczna suma.
- I to tylko za to, z kim rozmawia? - upewniał się.
- A ty co? Nie dość, że kulawy, to i głuchy też jesteś?
- Nie jestem - żachnął się. - Umowa stoi.
- Jak się nazywasz?
- Bavajo.
Lepsze takie imię niż żadne, pomyślałem i wzruszyłem ramionami.
- Tu masz zaliczkę. - Rzuciłem mu dwa drobniaki. - Ja tylko coś jeszcze załatwię i zaraz podążę za władcą gnojownika.
Nawet jeśli zrozumiał, co miałem na myśli, nie dał po sobie poznać.
W związku z tym, że moja popularność w Damarkandzie wydawała się coraz bardziej wątpliwa, postanowiłem rozejrzeć się za kawałkiem jakiegoś eleganckiego żelastwa. Po kolei sprawdzałem miejscowych płatnerzy, bez pośpiechu każąc sobie pokazać, co mieli najlepszego, i ruszając dalej. W większości rzeczywiście były to co najmniej przyzwoite okazy. W Damarkandzie nietrudno było o dobrych rzemieślników oraz dopływ towarów z innych zakątków świata, jednak cena nie chciała iść w parze z jakością, już raczej odzwierciedlała przesadną ilość zdobień. Oczekiwałem, iż mogłoby to wzbudzić szereg podejrzeń, gdybym się zjawił gdzieś w jakiejś mordowni z mieczem, którego rękojeść została wyłożona szafirami, a pochwa ozdobiona złotem. Złota zresztą nie lubię. Dosyć się już za nim przez całe życie naganiałem.
W piątym z kolei warsztacie zacząłem przeglądać odrobinę mniej eleganckie zabawki niż miecze. Morgenszterny, cepy, siekiery i takie tam… Pewnie powinienem w ogóle od nich zacząć, bo raz, że łatwiej je ukryć, a dwa, że człowiek nie ryzykował kłopotu ze stróżami prawa i porządku.
Znalazłem przedniej jakości kiścień, którego bijak, zawieszony na cienkim łańcuchu, wydawał się mieć wagę taką w sam raz. Jednak przy tego typu broni przydałaby się tarcza. Zanim człowiek zdoła zamachnąć się do drugiego ciosu, chwilę to jednak trwa. Rozglądałem się za czymś wygodnym, a sprzedający próbował namówić mnie na jedno z tych drogich, okrągłych cudeniek wykonanych z prasowanej plecionki, kiedy mój wzrok padł na stojący w rogu ciężki, dwuręczny miecz. Był dłuższy niż normalnie, z rękojeścią odpowiadającą głowni i masywnym jelcem.
- A to co takiego? - spytałem, odkładając kiścień.
- Kawał starego szmelcu, nie nadaje się do niczego. Za ciężki i za wolny, przeciw szabli nie mielibyście szans.
Obsługiwał mnie młody chłopak, więc jego błąd aż tak bardzo mnie nie zaskoczył. Jego ojciec czy mistrz, u którego terminował, nigdy przed kimś takim jak ja nie nazwałby dwuręcznego miecza szmelcem. Choćby był nie wiem jak stary.
Chwyciłem miecz i podrzuciłem w dłoni. Wyważony świetnie, bez dwóch zdań. Może odrobinę cięższy, niż nosiło się dzisiaj, ale to mi nie przeszkadzało. Gorzej, że spod warstwy rdzy nie mogłem dostrzec, w jakim stanie jest klinga. Na próbę zamachnąłem się do ciosu, uniosłem do zastawy. Wydawał się w porządku.
- Biorę. I do tego jakiś kawał płótna, żeby mnie zaraz na progu nie chcieli zatrzymać.
Właściciel kramu dopiero teraz zorientował się, że jego pomocnikowi transakcja wymknęła się spod kontroli, i podszedł do nas.
Starał się, to mu należało przyznać, jednak najpierw odparłem, iż jego własny pracownik nazwał miecz starym szmelcem, a potem zmyłem głowę za pozostawienie mnie sam na sam z gówniarzem, który się nie znał na rzemiośle, więc zrezygnował. Odbił sobie, zdzierając ze mnie za płótno. Niech mu będzie, było mi potrzebne.