Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Słusznie postąpiłeś, Perrinie Aybara — powiedziała cicho. — Mądrym wcale się nie podobało zmuszanie, by przychodziły do ciebie. Tylko dureń staje się przyczyną gniewu Mądrych, a ja ciebie nie uważam za durnia.
Perrin podrapał się po brodzie. Jak tylko mógł, trzymał się z dala od Mądrych — i od Aes Sedai — wcale nie miał zamiaru zmuszać je, by doń przyszły. Chodziło po prostu o to, że w ich towarzystwie czuł się nieswojo, mówiąc najoględniej.
— Cóż, muszę się zobaczyć z Edarrą — wyjaśnił. — W sprawie Aes Sedai.
— Być może jednak się pomyliłam — stwierdziła sucho Sulin. — Ale przekażę jej. — Odwróciła się i zatrzymała. — Powiedz mi jedną rzecz. Teryl Wynter i Furen Alharra są blisko z Seonid Traighan... tak jak pierwsi-bracia z pierwszą-siostrą, ona nie lubi mężczyzn jako mężczyzn... a jednak zaofiarowali, że poniosą należną jej karę. Jak mogli narazić ją na taką hańbę?
Otwarł usta, ale nie wydobył z nich słowa. Na przeciwległym zboczu pojawiło się dwóch gai’shain — odziani na biało mężczyźni — którzy wiedli juczne muły Aielów do strumienia. Nie mógł mieć pewności, ale uznał, że to Shaido. Obaj szli ze spuszczonymi głowami, ledwie widząc, dokąd idą. Mieli idealną sytuację do ucieczki, nikt ich bowiem nie pilnował, kiedy wykonywali tego typu prace. Osobliwy naród.
— Widzę, że tobą też to wstrząsnęło — stwierdziła Sulin. — A już miałam nadzieję, że mi rzecz całą wyjaśnisz. Zapowiem cię Edarrze. — Ruszyła w stronę namiotów, ale dodała jeszcze przez ramię: — Wy, mieszkańcy bagien, jesteście bardzo dziwni, Perrinie Aybara.
Perrin odprowadził ją wzrokiem, marszcząc czoło, a kiedy zniknęła we wnętrzu jednego z namiotów, odwrócił się, by popatrzeć na dwóch gai’shain prowadzących konie do wodopoju. Mieszkańcy bagien są dziwni? Światłości! A więc to, co usłyszał Nurelle, było prawdą. Najwyższy czas wściubić nos w to, co się działo między Mądrymi i Aes Sedai. Powinien był zrobić to wcześniej. Żeby jeszcze potrafił pozbyć się wrażenia, że wtyka go wprost w gniazdo szerszeni.
Oczekiwanie na Sulin przeciągało się, a kiedy wreszcie wyszła z namiotu, w niczym to nie poprawiło jego nastroju. Przytrzymując dla niego klapę wejścia, z pogardą prztyknęła w jego nóż, kiedy pochylał się, by wejść.
— Powinieneś lepiej się uzbroić do tego tańca, Perrinie Aybara — powiedziała.
W środku, zaskoczony, zobaczył wszystkie sześć Mądrych, które siedziały ze skrzyżowanymi nogami na poduszkach okolonych kolorowymi frędzlami, z szalami zawiązanymi wokół talii, w spódnicach starannie ułożonych w kształt wachlarzy na warstwach dywaników. Miał nadzieję, że spotka tylko Edarrę. Żadna nie wyglądała na starszą od niego o więcej niż o cztery czy pięć lat, niektóre mogły wręcz być równe mu wiekiem, a jednak jak zawsze miał wrażenie, że oto stoi przed najstarszymi członkiniami Koła Kobiet, czyli tymi, które spędziły lata całe na wykrywaniu tego, co człowiek starał się ukryć. Nie był w stanie odróżnić jednej kobiety od drugiej po zapachu, ale w tym przypadku i tak na nic by mu się to nie zdało. Sześć par oczu — od pogodnego nieba Janiny po zmierzch Marline, nie wspominając już wyrazistej zieleni Nevarin — wpiło się w niego drapieżnie: Każde z tych oczu kłuło niczym szpikulec rożna.
Edarra szorstko wskazała mu poduszkę, na której usiadł z wdzięcznością, ale tylko po to, by przekonać się, że ma je wszystkie przed sobą. Może Mądre specjalnie tak zaprojektowały te namioty, żeby mężczyźni musieli schylać karki wtedy, kiedy chcieli stać prosto. O dziwo, cały się pocił, mimo że w ciemnym wnętrzu było znacznie chłodniej. Nie potrafił odróżnić jednej od drugiej, a jednak te kobiety pachniały tak jak pachną wilki zapatrzone na spętanego kozła. Gai’shain o kanciastej twarzy, dwakroć roślejszy od Perrina, przykucnął obok i podał mu na zdobnej srebrnej tacy złoty puchar napełniony ciemnym winnym ponczem. Mądre trzymały już w dłoniach srebrne kubki i puchary. Niepewny, co oznacza zaoferowane jemu złote naczynie — może nic, ale kto to mógł wiedzieć, gdy szło o Aielów? — Perrin ujął ostrożnie puchar, znad którego rozchodziła się woń śliwek. Mężczyzna skłonił się pokornie, kiedy Edarra klasnęła w dłonie, i zgięty w pół wyszedł tyłem z namiotu. Tej w połowie zaleczonej blizny na twardej twarzy musiał się dorobić pod Studniami Dumai.
— Skoro już tu jesteś — zagaiła Edarra, gdy tylko klapa wejścia opadła za gai’shain — raz jeszcze sobie wyjaśnimy, dlaczego musisz zabić mężczyznę zwanego Masema Dagar.
— Bynajmniej nie ma potrzeby znów tego wyjaśniać — wtrąciła się Delora. Włosy i oczy miała niemal takiej samej barwy jak Maighdin, ale nikt nie nazwałby jej ściągniętej twarzy urodziwą. A sposobem bycia przywodziła na myśl czysty lód. — Masema Dagar to zagrożenie dla Car’a’carna. Musi umrzeć.
— Spacerujące po snach nam to powiedziały, Perrinie Aybara. — Carelle z pewnością była piękna i zawsze łagodna, mimo włosów ognistej barwy i przeszywającego wzroku, które nadawały jej wygląd osoby bardzo pobudliwej. Rzecz jasna, była łagodna, jak na Mądrą. I z pewnością nie miękka. — Odczytały pewien sen. Ten mężczyzna musi umrzeć.
Perrin upił łyk śliwkowego ponczu, by zyskać na czasie. Poncz jakimś cudem był chłodny. Z nimi zawsze tak było. Rand nie wspomniał o żadnym ostrzeżeniu ze strony spacerujących po snach. Perrin raz o tym napomknął. Tylko raz, a one już uznały, że rzuca cień zwątpienia na ich słowa, i nawet Carelle się nasrożyła. Nie, żeby Perrin uważał, że one kłamią. Nie całkiem, w każdym razie. Tak czy owak, na żadnym kłamstwie ich dotąd nie przyłapał. Ale to, czego one chciały w przyszłości, i to, czego chciał Rand — tudzież czego on sam chciał, skoro już o tym mowa — mogło się bardzo różnić. Może zresztą to Rand miał jakieś swoje tajemnice.
— Gdybyście tak zechciały określić, na czym polega to zagrożenie — odparł w końcu. — Światłość jedna wie, że Masema to szaleniec, ale jednak wspiera Randa. Pięknie by to wyglądało, gdybym zaczął zabijać tych, którzy są po naszej stronie. Na pewno przekonałbym tym ludzi, że powinni licznie ciągnąć pod sztandar Smoka Odrodzonego.
W ogóle nie dostrzegły sarkazmu. Wpatrywały się w niego, nie zmrużywszy powiek.
— Ten mężczyzna musi umrzeć — odezwała się wreszcie Edarra. — Wystarczy, że orzekły tak trzy spacerujące po snach, a tobie powinno wystarczyć zdanie sześciu Mądrych. — To samo, co zawsze. Może nic innego do nich nie docierało. Chyba zwyczajnie powinien przejść do sprawy, z którą tu przyszedł.
— Chciałem porozmawiać o Seonid i Masuri — oświadczył i sześć twarzy zamarło. Światłości, te kobiety wygrałyby pojedynek na spojrzenia z kamieniem! Odstawił puchar i pochylił się zdecydowanie w ich stronę. — Ludzie chcą zobaczyć Aes Sedai, które przysięgły lojalność Randowi. — Tak naprawdę to miał im pokazać Masemę, ale wydawało się, że to dobry moment, aby o tym wspomnieć. — Nie staną się bardziej skłonne do współpracy, jeśli będziecie je bić! Na Światłość! Toż to przecież Aes Sedai! Zamiast kazać im nosić wodę, dlaczego nie uczycie się od nich? Przecież na pewno znają się na rzeczach, o których wy nie macie pojęcia. — Ugryzł się w język, ale zbyt późno. Chyba się jednak nie obraziły, w każdym razie nic nie okazały.