Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Jeśli mi szczęście dopisze, uniknę spotkania z Białymi Płaszczami — odparł Perrin. — Lepiej, gdybyś mógł mi powiedzieć, gdzie jest Prorok. Albo Seanchanie. — Na to oczywiście nie liczył, jednak Balwer zaskoczył go.
— Oczywiście nie jestem do końca przekonany, niemniej uważam, że Seanchanie dotychczas rozpełzli się tylko po Amadorze. Trudno odsiać fakty od plotek, mój panie, ale ja bacznie nadstawiam ucha. Seanchanie, jak wiadomo, przemieszczają się z nadspodziewaną szybkością. To niebezpieczni ludzie, wspomagani wielkimi rzeszami taraboniańskich żołnierzy. Wierzę panu Gillowi, że mój lord wie o nich sporo, ale ja przyjrzałem im się uważnie w Amadorze i mój pan może skorzystać z moich spostrzeżeń. A co do Proroka, to krąży o nim tyle samo plotek co o Seanchanach, ale ufam, że nie pomylę się, twierdząc, że ostatnio był w Abila, dość sporym mieście jakieś czterdzieści lig na południe stąd. — Balwer uśmiechnął się blado, przelotnym grymasem samozadowolenia.
— Na jakiej podstawie jesteś tego taki pewien? — spytał Perrin.
— Jak już powiedziałem, mój lordzie, pilnie nadstawiam ucha. Prorok rzekomo zamknął wiele oberż i tawern, a te, które uznał za zbytnio podejrzane, kazał zrównać z ziemią. Kilka wymieniono z nazwy, a ja przypadkiem wiem, że są to oberże z Abila. Moim zdaniem, istnieje niewielka szansa, że w innym mieście też mają oberże o takich samych nazwach. — Jeszcze raz uśmiechnął się blado. To zadowolenie z siebie samego stało się wyraźne.
Perrin podrapał się po brodzie, zgłębiając te rewelacje. Ten człowiek przez przypadek pamiętał, gdzie znajdują się oberże, które rzekomo zniszczył Masema. A jeśli się okaże, że Masemy jednak tam nie ma, cóż, w dzisiejszych czasach plotki wyrastały niczym grzyby po deszczu. Z tonu Balwera wynikało, że wyraźnie zależy mu na umocnieniu własnej pozycji.
— Dziękuję ci, panie Balwer. Będę miał na uwadze to, coś mi rzekł. Jeśli coś jeszcze wyjdzie na jaw, daj mi znać. — Kiedy już się odwracał, by odejść, mężczyzna złapał go za rękaw.
Balwer natychmiast niemalże rozwarł swoje kościste palce, jakby się poparzył, po czym wykonał jeszcze jeden z tych ptasich ukłonów, jednocześnie wykonując gest naśladujący mycie dłoni.
— Wybacz mi, mój panie, że ośmielam się naciskać, ale nie traktuj Białych Płaszczy zbyt niefrasobliwie. Unikając ich, postępujesz roztropnie, wszelako twoje starania mogą spełznąć na niczym. Są znacznie bliżej niż Seanchanie. Tuż przed upadkiem Amadoru Eamon Valda, nowy Lord Kapitan Komandor, poprowadził ich prawie całą siłą ku terenom północnej Amadicii. On też polował na Proroka, mój lordzie. Valda to niebezpieczny człek, a w porównaniu z Rhadamem Asunawą, Wielkim Inkwizytorem, zdaje się przemiły. I obawiam się, że żaden z twych dwu nie żywi ciepłych uczuć względem Lorda Smoka. Wybacz mi. — Ukłonił się znowu, zawahał i gładko podjął temat: — Jeśli mi wolno tak rzec, wystawianie na pokaz sztandaru Manetheren może być uznane za prowokację. Ale mój pan z pewnością okaże się co najmniej równym przeciwnikiem dla Valdy i Asunawy, pod warunkiem wszak, że będzie mu na tym zależało.
Perrin przyglądał się odchodzącemu w ukłonach Balwerowi i zrozumiał, że poznał pewną część historii życia tego człowieka. Najwyraźniej on także popadł w jakiś konflikt z Białymi Płaszczami. Rzecz jasna, nie było o to trudno, wystarczało, że człowiek znalazł się na tej samej ulicy co oni albo spojrzał krzywo w nieodpowiednim momencie, a jednak zdawało się, że uraza Balwera ma głębsze podłoże. A poza tym z pewnością miał bystry umysł, skoro natychmiast pojął, co oznacza Czerwony Orzeł i ostry język, co zademonstrował kosztem pana Gilla.
Gill klęczał obok Maighdin i coś do niej mówił gwałtownie, mimo wysiłków Lini, próbującej go uciszyć. Maighdin z kolei odwróciła się i odprowadzała wzrokiem Balwera, który szedł spiesznie między drzewami w stronę wozów, ale co jakiś czas jej wzrok padał na Perrina. Pozostali zbili się przy niej w ciasną gromadkę, popatrując to na Balwera, to na Perrina. Rzadko kiedy widywał ludzi bardziej przejętych tym, co ktoś inny powiedział. Tylko cóż takiego miałby usłyszeć od Balwera, co ich tak zdenerwowało? Zapewne podejrzewali jakieś złośliwości. Opowieści o urazach i niecnych uczynkach, prawdziwych albo zmyślonych. Ludzie zgromadzeni w jednym miejscu za sprawą losu zazwyczaj zaczynali się wzajem podgryzać. Jeśli tak było, to może mógłby położyć temu kres, zanim popłynie krew. Tallanvor znowu gładził rękojeść swojego miecza! Na cóż Faile ten człowiek?
— Aram, pogadaj z Tallanvorem i resztą towarzystwa. Powtórz im to, co powiedział mi Balwer. Włącz to jakoś do rozmowy, ale powtórz dokładnie. — To powinno uspokoić obawy, że ktoś gada za ich plecami. Faile twierdziła, że służbę powinno się tak traktować, by czuła się częścią rodziny. — Zaprzyjaźnij się z nimi, jeśli potrafisz, Aram. Jeżeli jednak postanowisz wzdychać do którejś z kobiet, to dopilnuj, aby to była Lini. Pozostałe dwie są zajęte.
Aram potrafił ładnie mówić do pięknych kobiet, niemniej zdziwiona i równocześnie urażona mina wypadła mu całkiem przekonująco.
— Jak sobie życzysz, lordzie Perrin — mruknął ponuro. — Niebawem cię dogonię.
— Będę u Aielów.
Aram zamrugał.
— A tak. Cóż, zaprzyjaźnianie się z nimi może trochę potrwać. Mnie tam się nie wydaje, by byli do tego skorzy. — I to mówił człowiek, który spoglądał podejrzliwie na wszystkich z wyjątkiem Faile, czcił ją bowiem niemal na równi z Perrinem, i który nigdy się nie uśmiechał do nikogo, kto nie nosił spódnicy.
Poszedł jednak w tamtą stronę i przykucnął na piętach w miejscu, gdzie mógł porozmawiać z Gillem i pozostałymi. Nawet z daleka było widać ich powściągliwość. Wykonywali dalej swoją pracę, jedynie od czasu do czasu odpowiadając Aramowi jakimś słowem, a nadto spoglądali na siebie równie często jak na niego. Płochliwi jak zielone przepiórki w lecie, kiedy lisy uczą swoje szczenięta polować. Ale przynajmniej rozmawiali.
Perrin był ciekaw, w co też Aram mógł wplątać się z Aielami — przecież zupełnie nie miał na to czasu! — ale nie zastanawiał się długo. Wszelkie poważne kłopoty z Aielami zazwyczaj kończyły się tak, że ktoś padał trupem i zazwyczaj nie był to Aiel. Po prawdzie to wcale się nie palił do spotkania z Mądrymi. Obszedł wzgórze, ale nie wspiął się na zbocze, bo nogi zawiodły go prosto do Mayenian. Od ich obozowiska też starał się trzymać jak najdalej, i to nie tylko z powodu Berelain. Istniały pewne ujemne strony posiadania zbyt czułego zmysłu powonienia.
Świeże podmuchy wiatru na szczęście rozwiewały prawie cały smród, choć nie przynosiły szczególnej ochłody. Z twarzy konnych wartowników odzianych w czerwone zbroje ściekały strumienie potu. Na widok Perrina jeszcze bardziej zesztywnieli w siodłach, co już samo w sobie było znaczące. Mężczyźni z Dwu Rzek dosiadali koni w taki sposób, jakby wyprawiali się na pola, Mayenianie natomiast zazwyczaj przypominali posągi. Ale umieli walczyć. Niech Światłość sprawi, by już więcej nie było potrzeby odwoływania się do ich umiejętności.
Perrin nie zdołał jeszcze na dobre minąć linii wart, kiedy nadbiegł Havien Nurelle, zapinając po drodze guziki kaftana. Tuż za Nurelle podążało kilkunastu innych oficerów, wszyscy w kaftanach, niektórzy dopinali paski czerwonych napierśników. Dwóch albo trzech niosło pod pachami hełmy zdobione cienkimi czerwonymi piórami. Większość dużo starsza od Nurelle, niektórzy nawet po dwakroć — siwiejący mężczyźni o twardych twarzach pokrytych bliznami — ale nagrodą dla Nurelle za pomoc w oswobodzeniu Randa był awans na zastępcę Gallenne, czyli, wedle oficjalnej nomenklatury, jego Pierwszego Porucznika.