Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Aram, który do tej pory siedział ze skrzyżowanymi nogami obok namiotu, powstał i nie mówiąc słowa, wyczekująco spojrzał na Perrina. Gdyby mu pozwolić, Druciarz spałby w samym wejściu. Tego ranka miał na sobie kaftan w czerwono-białe paski, przy czym te białe były nieco przybrudzone i nawet teraz zza ramienia wystawała mu rękojeść miecza ozdobiona wilczym łbem. Perrin zostawił topór w namiocie, zadowolony, że na razie może się z nim rozstać. Tallanvor też był uzbrojony, pas z mieczem przypiął wprost do katana, w panu Gillu i pozostałej dwójce otoczenie najwyraźniej wzbudzało więcej zaufania.
Faile musiała obserwować namiot, bo ledwie Perrin zeń wyszedł, wykonała drobny gest, wydając umówiony z pewnością wcześniej rozkaz. Maighdin i Breane przemknęły obok niego i Arama z latarniami w dłoniach, zaciskając szczęki. Wyczuwało się od nich determinację. Żadna nie dygnęła, co stanowiło przyjemną niespodziankę. W odróżnieniu od Lini, która prędko ugięła nogę w kolanie i dopiero wtedy pomknęła śladem tamtych, mrucząc coś o tym, że „należy znać swoje miejsce”. Perrin podejrzewał, że Lini jest jedną z tych kobiet, które uważają, że ta „znajomość swego miejsca” jest równoznaczna z prawem dyrygowania innymi. Kiedy się nad tym głębiej zastanowił, uznał, że większość kobiet tak myślała. Tak było chyba na całym świecie, nie tylko w Dwu Rzekach.
Tallanvor i Lamgwin bezzwłocznie ruszyli śladem kobiet, przy czym ukłon Lamgwina miał w sobie tyleż powagi co nieomal posępny gest Tallanvora. Perrin westchnął i odkłonił się, a oni obaj drgnęli i wytrzeszczyli oczy. Dopiero ponagleni szorstkim okrzykiem Lini, szybko weszli do wnętrza namiotu.
Dostrzegł jeszcze tylko błysk uśmiechu Faile, a później już widział tylko jej plecy, gdy maszerowała w stronę wozów, przemawiając to do Baela Gilla, to do Sebbana Balwera. Obaj mężczyźni oświetlali jej, drogę latarniami. Oczywiście dookoła pełno było młodych durniów, którzy na dźwięk jej głosu natychmiast przyspieszali krok, prężyli się dumnie jak pawie, gładząc rękojeści mieczy i wbijając spojrzenia w mrok, jakby się spodziewali ataku albo wręcz nań liczyli. Perrin szarpnął krótką brodę. Faile zawsze znajdowała sobie liczne zajęcia, całkowicie wypełniające jej czas, i nikt jakoś specjalnie nie starał się jej ulżyć. Nikt się nie ośmielał.
Linię horyzontu muskały dopiera pierwsze palce jutrzenki, ale Cairhienianie już krzątali się przy wozach, i to coraz żwawiej, w miarę jak Faile zbliżała się do nich. Nim dotarła na miejsce, nieomal biegali, światła latarń podskakiwały zaś i kołysały się w ciemnościach. Mężczyźni z Dwu Rzek, nawykli do farmerskiego życia, szykowali już śniadanie, jedni śmiali się i przepychali wokół swych ognisk, inni gderali, ale większość sprawnie radziła sobie z obowiązkami. Kilku próbowało wylegiwać się jeszcze pod kocami, ale na nic się to nie zdało. Grady i Neald też już wstali i jak zwykle trzymali się na uboczu; pośród drzew wyglądali jak duchy odziane w czarne kaftany. Perrin nie pamiętał, by kiedykolwiek ich widział bez tych kaftanów, zawsze zapiętych pod szyję, o świcie zawsze czystych i bez jednej fałdki, niezależnie od stanu, w jakim znajdowały się poprzedniego wieczoru. Obaj jak co rano ćwiczyli szermierkę na miecze, harmonijnie przechodząc od formy do formy. Było to znacznie przyjemniejsze widowisko niż ich wieczorne ćwiczenia, kiedy siadywali z podwiniętymi nogami, dłonie wsparłszy na kolanach, wpatrzeni w jakiś oddalony, nie istniejący punkt. Nikt nigdy nie zauważył, by w takich chwilach coś konkretnego robili, a jednak wszyscy wiedzieli, o co naprawdę chodzi, i starali się trzymać z daleka. Nawet Panny ich omijały.
Coś było nie tak, uświadomił sobie Perrin i wzdrygnął się. Faile zawsze pilnowała, by ktoś go przywitał misą gęstej owsianki, którą zwykli jadać na śniadanie, jednak tego ranka w nawale zajęć chyba zapomniała. Rozpromieniwszy się, podbiegł do jednego z ognisk, w nadziei że przynajmniej raz sam o siebie zadba. Nadzieja okazała się płonna.
Flann Barstere, chudy mężczyzna z dołkiem w podbródku, spotkał go w pół drogi i wepchnął w ręce rzeźbioną misę. Flann pochodził z okolic Wzgórza Czat i choć Perrin z pewnością nie mógłby nazwać go bliskim znajomym, to jednak kilkakrotnie polowali razem, a poza tym Perrin pomógł mu ongiś wydostać krowę ojca z bagna w Wodnym Lesie.
— Lady Faile kazała, żebym ci to przyniósł, Perrin — oznajmił nerwowym tonem Flann. — Nie powiesz jej, że zapomniałem, prawda? Nie powiesz? Znalazłem miód i dodałem sporą łyżkę. — Perrin postarał się nie westchnąć. Flann pamiętał przynajmniej jego imię.
No cóż, być może w najprostszych codziennych czynnościach będzie już zawsze zdany na innych, z pewnością jednak nikt nie zdejmie z jego ramion brzemienia odpowiedzialności za ludzi, którzy teraz posilali się pod drzewami. Gdyby nie on, byliby razem z rodzinami na swoich farmach i doili krowy lub rąbali drewno na opał, zamiast się zastanawiać, czy będą musieli zabijać albo czy sami nie zostaną zabici przed zachodem słońca. Kiedy się posilił osłodzoną miodem owsianką, kazał Aramowi, by sam zjadł śniadanie, ale tamten zaraz zrobił tak nieszczęśliwą minę, że ulitował się nad nim i pozwolił mu sobie towarzyszyć podczas obchodu obozu, za co bynajmniej nie zabierał się z przyjemnością.
Mężczyźni odstawiali swoje misy, kiedy do nich podchodził, a niektórzy nawet wstawali. Zgrzytał zębami, gdy ktoś, z kim razem dorastał, albo co gorsza, ktoś, dla kogo jako chłopiec biegał na posyłki, tytułował go lordem Perrinem. Nie wszyscy tak czynili, ale i tak było ich wielu. Zbyt wielu. Po jakimś czasie przestał im to wypominać — zwyczajnie go to zmęczyło — zbyt często bowiem słyszał w odpowiedzi: „Och, jako rzeczesz, lordzie Perrinie”. Wystarczało tego, by człowiekowi zachciało się wyć!
Mimo to przy każdym przystawał, by zamienić kilka słów. Zazwyczaj jednak tylko patrzył uważnie dookoła. I węszył. Wszyscy jego ludzie znali się na rzeczy, więc stale reperowali łuki, a także dbali o upierzenie i groty strzał, ale niektórzy, bywało, potrafili zedrzeć sobie podeszwy butów albo siedzenia spodni, nie zauważając tego, albo pozwalali, by jątrzyły im się pęcherze, bo im się nie chciało nic z nimi zrobić. Garstka lubiła przysysać się do brandy przy pierwszej lepszej okazji, wśród nich dwóch czy trzech miało niezwykle słabe głowy. Po drodze do Bethal napotkali wioskę, w której znajdowały się aż trzy oberże.
Wszystko to było bardzo dziwne. Zawsze czuł zażenowanie, kiedy pani Luhhan albo jego matka mówiły mu, że potrzebuje nowych butów albo że powinien zacerować sobie spodnie, i był pewien, że nieźle by się zirytował, słysząc coś takiego z ust kogoś obcego, a tymczasem wszyscy z Dwu Rzek, poczynając od siwowłosego Jondyna Barrana, odpowiadali tylko: „A jakże, masz rację, lordzie Perrinie, zaraz tego dopatrzę” albo coś podobnego. Zauważył, że kilku z nich uśmiechało się do siebie, kiedy szedł dalej. I na dodatek pachnieli zadowoleniem! Kiedy wygrzebał gliniany dzban z gruszkową brandy z sakiew Jori Congara — chudego mężczyzny, który jadł za dwóch i zawsze wyglądał tak, jakby od tygodnia nic nie miał w ustach, dobrego łucznika, który niestety, gdyby dać mu szansę, piłby tak długo, aż nie mógłby ustać o własnych siłach, i który miał lepkie ręce. Jori spojrzał na niego niewinnymi oczyma i rozłożył ręce, jakby nie wiedział, skąd się ten dzban tam wziął. Ale kiedy Perrin poszedł dalej, wylewając zawartość słoja na ziemię, Jori roześmiał się: „Przed lordem Perrinem nie da się niczego ukryć!” W jego głosie słyszało się dumę! Czasami Perrin nie na żarty podejrzewał, że jest jedynym człowiekiem we własnym otoczeniu, który zachował zdrowe zmysły.