Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 95
Перейти на страницу:

Zdarzają się przelotne deszcze, ale już po godzinie ziemia wysycha i wzbija się kurz. W tym sezonie spadło tu o połowę mniej deszczu niż przeciętnie w roku. Wszyscy mamy spękane wargi, podrażnione spojówki, leci nam krew z nosów i kaszlemy. Wśród mieszkańców Czerwonych Źródeł jest wiele przypadków pyliczego kaszlu. Szczególnie ciężkie chwile przeżywają dzieci, wiele z nich widuje się z zapaleniem skóry i oczu. Zastanawiam się, czy pół roku temu dostrzegłbym to. Kiedy ma się dziecko, człowiek staje się bardziej spostrzegawczy. Praca jak to praca, wszyscy są bardzo koleżeńscy, ale suche wiatry dają się nam nieźle we znaki. Ostatniej nocy myślałem o Ne Theras, szum wiatru przypomina nocą szmer strumienia. Nie będę żałował tej rozłąki. Otworzyła mi oczy na fakt, że coraz mniej zacząłem dawać — jakbym cię posiadał, jakbyś ty mnie posiadła i jakby już o nic więcej nie chodziło. A przecież to nie ma nic wspólnego z posiadaniem. To, co robimy, jest potwierdzaniem pełni Czasu. Napisz mi, co porabia Sadik. W wolne dni daję wykłady grupce osób, które mnie o to prosiły; jedna z dziewcząt okazała się urodzonym matematykiem, zarekomenduję ją Instytutowi.

Twój brat, Szevek.

Takver odpisała mu:

Martwi mnie pewna dziwna okoliczność. Trzy dni temu wywieszono rozkład wykładów na trzeci kwartał, poszłam zobaczyć, jaki będziesz miał plan zajęć w Inst., i okazało się, że nie przewidziano dla ciebie żadnych wykładów ani sali. Sądziłam, że cię pominęli przez pomyłkę, wybrałam się więc do Synd. Członków, gdzie mi powiedziano, że chcieliby, byś prowadził wykłady z geom. Udałam się więc do biura Koord w Instytucie, do tej starej nosatej baby; nic nie wiedziała — nie, nie, ja nic nie wiem, idź do Centralnego Urzędu Skierowań! Ani myślę, ja jej na to i poszłam do Sabula. Nie zastałam go jednak w dziekanacie fiz i do tej pory nie udało mi się go złapać, choć już dwa razy zachodziłyśmy tam z Sadik. Sadik nosi cudowny biały kapelusz, który Terrus zrobiła jej na drutach z czesanki; wygląda zabójczo. Nie mam zamiaru polować na Sabula w jego pokoju, w roboczej jamce czy gdzie on tam mieszka. Może zgłosił się na ochotnika do pracy i wyjechał — ha! ha! ha! Może powinieneś zatelefonować do Instytutu i wyjaśnić pomyłkę7 Prawdę mówiąc, pofatygowałam się i sprawdziłam w Centralnym Urzędzie Skierowań Kompopracu, lecz nie mieli tam żadnego nowego przydziału dla ciebie. Ludzie są przychylnie usposobieni, z wyjątkiem tej starej nosatej, która jest niewydolna, nieuczynna i nic jej nie obchodzi. Bedap ma słuszność, kiedy mówi, że pozwoliliśmy rozpanoszyć się biurokracji. Proszę cię, wracaj (z tą dziewczyną — geniuszem matematycznym, skoro to konieczne), rozłąka jest kształcąca, zgoda, aleja się wolę kształcić w twojej obecności.

Dostaję pół litra soku owocowego dziennie plus przydział wapnia, bo mi zaczęło brakować mleka. S. urządzała dzikie wrzaski. Zacni starzy doktorowie!

Twoja na zawsze, T.

Szevek nigdy nie odebrał tego listu. Wyjechał z Południowyżu, nim ów dotarł do składu pocztowego w Czerwonych Źródłach.

Miejscowość ta oddalona była od Abbenay o około dwa tysiące pięćset mil. Samotny podróżny mógłby przebyć tę odległość po prostu okazją, wszystkie bowiem dostępne środki transportu osobowego były przepełnione do granic możliwości; ponieważ jednak przeniesienie do stałych miejsc pracy na Północnym Wschodzie dotyczyło czterystu pięćdziesięciu ludzi, podstawiono dla nich specjalny pociąg, składający się z wagonów pasażerskich, a w każdym razie takich, których w danym czasie jako pasażerskich używano. Najmniejszą popularnością cieszył się kryty wagon towarowy, w którym przewożono ostatnio transport wędzonych ryb.

Po roku trwania suszy normalne linie komunikacyjne — mimo gorliwych wysiłków pracowników transportu, by sprostać zapotrzebowaniu — przestały wystarczać. Transportowcy tworzyli największy związek w odońskim społeczeństwie: zorganizowany, rzecz jasna, w okręgowe syndykaty, których działanie koordynowali wyznaczeni przedstawiciele, spotykający się i współpracujący z lokalnymi i centralnymi komórkami KPR. W normalnych czasach — i nie tak nagłych potrzebach — sieć obsługiwana przez związek transportowców zdawała egzamin; była elastyczna, dopasowywała się do okoliczności, syndykowie transportu stanowili liczny, odznaczający się silnym poczuciem zawodowej dumy, klan.

Swoim lokomotywom i sterowcom nadawali imiona, takie jak Nieustraszony, Niestrudzony, Pożeracz Wiatru; mieli swoje hasła — „Zawsze docieramy na miejsce”, „Nic ponad nasze siły!” — teraz wszakże, kiedy całym obszarom planety zaglądał w oczy głód, gdy nie dostarczano żywności z innych regionów, kiedy trzeba było przerzucać z miejsca na miejsce wielkie zespoły robotników z naboru, wymagania, jakie stanęły przed środkami transportu, przerosły ich siły. Nie starczało pojazdów; nie było dość ludzi do ich obsługi. Związek rzucił do służby wszystko, co miało skrzydła i koła; uczniowie, emeryci, ochotnicy i pracownicy z naboru pomagali obsługiwać ciężarówki, pociągi, statki, porty i stacje rozrządowe.

Pociąg, którym jechał Szevek, poruszał się krótkimi zrywami, przedzielonymi długimi postojami, jako że wszystkie pociągi dostawcze miały przed nim pierwszeństwo. Później w ogóle stanął na dwadzieścia godzin. Jakiś przepracowany a niedostatecznie wyszkolony dyspozytor popełnił błąd i uszkodził linię.

W stołówkach i magazynach małej mieściny, gdzie wypadł ten postój, nie było dodatkowej żywności. Była to wspólnota przemysłowa, nierolnicza, produkująca beton i piankowiec, zbudowana korzystnie na styku złóż wapna i żeglownej rzeki. Mieli tam co prawda ogródki warzywne, ale pod względem żywnościowym miasteczko było zależne od dostaw. Gdyby czterystu pięćdziesięciu ludzi z pociągu zaspokoiło apetyt, stu sześćdziesięciu miejscowych nie miałoby co jeść. W idealnych warunkach podzieliliby się — wspólnie cierpieliby niezbyt dotkliwy głód, bądź też najedliby się, ale nie do syta. Gdyby pociągiem jechało pięćdziesiąt, a nawet i sto osób, wspólnota prawdopodobnie wygospodarowałaby dla nich choć pieczony chleb. Ale czterysta pięćdziesiąt? Gdyby takiej masie dali choć po odrobinie, sami przez wiele dni nie mieliby co włożyć do ust. A wiadomo, czy po upływie tego czasu zjawiłby się następny pociąg z prowiantem? I ile ziarna by przywiózł? Nie dali nic.

Podróżni nie otrzymali tego dnia śniadania i pościli od sześćdziesięciu godzin. A i potem me dostali żadnego posiłku, dopóki linia nie została uruchomiona i pociąg, przejechawszy sto pięćdziesiąt mil, nie dotarł do stacji, której stołówka zaopatrzona była w żywność dla pasażerów. Szevek po raz pierwszy w życiu zaznał głodu. Przegładzał się czasem, kiedy pracował, a nie chciał tracić czasu na jedzenie, ale dwa pełne posiłki dziennie zawsze miał zapewnione: tak pewne jak wschód i zachód słońca. Nigdy nawet nie pomyślał, jak by to było, gdyby przyszło się bez nich obejść. Nikt w jego społeczeństwie — ani na całym świecie — nie był zmuszony się bez nich obywać.

Gdy coraz sroższy głód skręcał mu kiszki, a pociąg sterczał godzinami na bocznicy pomiędzy rozrytym i pylistym kamieniołomem a jakimś zamkniętym zakładem przemysłowym, zaczęły go nachodzić ponure myśli na temat realiów tej głodówki i nie dającej się wykluczyć niezdolności jego społeczeństwa do przetrwania klęski, jaka na nie spadła, bez zatraty etosu solidarności, która stanowiła jego siłę. Łatwo było się dzielić, kiedy było czym, a nawet gdy ledwo starczało. Lecz kiedy nie starczało? Wtedy wkraczała siła, prawo pięści, moc i jej narzędzie — przemoc, wreszcie najwierniejszy sprzymierzeniec — odwrócone oczy.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)