Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Książę zwilżył wargi.
— Co do kriokomory…
Mark uniósł czujnie głowę jak koń, który zwietrzył cukier. Ludzie z CesBezu nie rozmawiali z nim, książę też z nim nie rozmawiał; bliski szaleństwa z powodu tej izolacji informacyjnej, w końcu załamał się i zaczął dręczyć księżnę, choć robił to z ciężkim sercem. Ale nawet ona mogła mu tylko udzielać odpowiedzi negatywnych. CesBez wiedział, że w czterystu miejscach na pewno nie ma kriokomory. To na początek. Czterysta sprawdzonych, do przeszukania reszta wszechświata… niemożliwe, niewykonalne, daremne…
— CesBez ją odnalazł. — Książę otarł twarz.
— Co?! — Mark gwałtownie przystanął. — Odzyskali ją? Niech mnie… A więc już po wszystkim! Kiedy… dlaczego pan nic… — Słowa uwięzły mu w gardle, bo zrozumiał, że książę musiał mieć powody, by nic mu nie powiedzieć o znalezisku. I nie był pewien, czy chce o tym usłyszeć. Książę miał ponurą minę.
— Była pusta.
— Och. — Co za głupia odżywka. Och. Mark poczuł się niewiarygodnie głupio. — Jak… nie rozumiem. — Wyobrażał sobie wiele wersji, ale takiej nie przewidział. Pusta? — Gdzie?
— Agent CesBezu znalazł ją w spisie towarów firmy medycznej w Hegen Hub. Czystą i zregenerowaną.
— Są pewni, że to ta?
— Jeśli komandor Quinn i Dendarianie podali nam prawidłowe dane identyfikacyjne, to ta. Agent, jeden z naszych bystrzej szych ludzi, po prostu dyskretnie ją kupił. Teraz jest w drodze na pokładzie statku kurierskiego lecącego do kwatery CesBezu na Komarze, gdzie przeprowadzą dokładną analizę śladów. Choć zapewne nie ma zbyt wiele materiału do analizy.
— Ale nareszcie jest jakiś trop! Firma medyczna musi mieć jakąś dokumentację. Na tej podstawie CesBez określi miejsce pochodzenia… — W zasadzie jaką?
— I tak, i nie. Według dokumentów ślad urywa się tuż przed tą firmą medyczną. Kriokomorę kupili od niezależnego przewoźnika, który prawdopodobnie handluje kradzionym mieniem.
— Z Obszaru Jacksona? To przecież ogranicza terytorium poszukiwań!
— Mhm. Należy pamiętać, że Hegen Hub to wielkie centrum. Możliwość, że kriokomora została przewieziona z Obszaru Jacksona do Cesarstwa Cetagandy, a potem w drugą stronę przez Hegen Hub, jest… niewielka, ale całkiem realna.
— Nie. A czas?
— Istotnie, wszystko musiałoby się odbyć bardzo szybko, ale to możliwe. Illyan wszystko obliczył. Ograniczenia czasowe zawężają obszar poszukiwań do… dziewięciu planet, siedemnastu stacji i wszystkich statków, które między nimi kursowały. — Książę się skrzywił. — Chyba wolałbym mieć do czynienia z cetagandańskim spiskiem. Gemmowie przynajmniej znaliby prawdziwą wartość ładunku komory. Do rozpaczy doprowadza mnie koszmarna wizja, że kriokomora wpadła w ręce jakiegoś jacksońskiego złodziejaszka, który po prostu wyrzucił jej zawartość, żeby odsprzedać samo urządzenie. Za ciało zapłacilibyśmy okup… kilkanaście razy przekraczający wartość kriokomory. Za zamrożonego Milesa, którego dałoby się reanimować — zapłacilibyśmy każdą cenę. Do szaleństwa doprowadza mnie myśl, że Miles leży gdzieś martwy — przez pomyłkę.
Mark przycisnął dłonie do pulsującego czoła. Szyja tak mu zesztywniała, że zdawało mu się, jakby miał tam kawał drewna.
— Nie… to szaleństwo. Spokojnie. Mamy obydwa końce, brakuje tylko środka. Musi istnieć jakieś połączenie. Norwood — Norwood był lojalny wobec admirała Naismitha. I inteligentny. Zdążyłem go poznać. Oczywiście nie miał zamiaru dać się zabić, ale nie wysłałby kriokomory w żadne niebezpieczne ani przypadkowe miejsce. — Czy rzeczywiście był tego pewien? Norwood przypuszczał, że będzie mógł odebrać komorę z miejsca przeznaczenia najpóźniej nazajutrz. Gdyby została dostarczona… gdziekolwiek… z jakąś zaszyfrowaną informacją w rodzaju „zatrzymać do chwili zgłoszenia się po odbiór”, a nikt się nie zgłosił… — Czy komora została zregenerowana przez firmę medyczną przed jej zakupem czy po nim?
— Przed.
— Wobec tego gdzieś po drodze znajduje się jakaś ukryta instytucja medyczna. Może kriocentrum. Może… może Miles został przeniesiony do czyjegoś stałego kriobanku i tam jest przechowywany. — Niezidentyfikowany i pozbawiony komory? Na Escobarze mógłby się zdarzyć podobny akt dobroczynności, ale w Obszarze Jacksona? Nadzieja co najmniej rozpaczliwa.
— Modlę się o to. Takie punkty da się policzyć, można to więc sprawdzić. CesBez bada ten trop. Tylko postępowanie z… zamrożonymi zmarłymi wymaga specjalistycznych umiejętności. Oczyścić pustą kriokomorę potrafią w każdym szpitalu pokładowym na byle statku. Albo w sekcji mechaników. Trudniej zlokalizować nieoznaczony grób. Albo w ogóle nie będzie grobu, tylko porzucone jak śmieci zwłoki… — Książę utkwił spojrzenie między drzewami.
Mark mógłby przysiąc, że książę nie widzi drzew, że widzi to sarno co on: zamrożone drobne ciało z wielką raną w piersi — nie trzeba by nawet ręcznego ciągnika, aby je podnieść — niedbale i bezmyślnie wepchnięte do przetwornika odpadków. Czy przez chwilę zastanowiliby się, kim był ten niski człowieczek? A może po prostu traktowali go jak obrzydliwy przedmiot? I w ogóle kim byli ci oni?
Jak długo myśli księcia krążyły wokół tej sprawy i jak książę mógł normalnie chodzić i rozmawiać?
— Od kiedy pan o tym wie?
— Raport nadszedł wczoraj wieczorem. Rozumiesz zatem… muszę znać twoją postawę. Chodzi mi o stosunki, w jakich pozostajesz z Barrayarem. — Znów ruszył szlakiem, po czym skręcił w boczną odnogę, która zwężała się i zaczynała stromo wznosić wśród wyższych drzew i gęściej rosnących krzewów.
Mark piął się z widocznym trudem.
— Nikt z własnej woli nie pozostawałby w żadnych stosunkach z Barrayarem, tylko uciekał od niego jak najdalej.
Książę uśmiechnął się i obejrzał przez ramię.
— Obawiam się, że za dużo rozmawiałeś z Cordelia.
— Tak, cóż, chyba tylko księżna ma ochotę ze mną rozmawiać. — Zrównał się z księciem, który zwolnił kroku.
Książę skrzywił się z bólem.
— To prawda. — Znów zaczął się wspinać kamienistym szlakiem. — Przykro mi. — Po kilku krokach dodał ze szczyptą czarnego humoru: — Ciekawe, czy mój ojciec przechodził podobne męki z powodu niebezpieczeństw, jakich zaznałem w życiu. Jeśli tak, to został doskonale pomszczony. — Mark ocenił, że więcej w tym jednak czerni niż humoru. — Ale teraz najważniejsze to wiedzieć…
Książę gwałtownie przystanął, po czym usiadł na skraju szlaku i oparł się plecami o drzewo.
— Dziwne — mruknął. Jego twarz, jeszcze przed chwilą zaróżowiona i pokryta kropelkami potu od wspinaczki i coraz cieplejszego poranka, nagle pobladła.
— Co takiego? — spytał ostrożnie Mark, dysząc. Wsparł dłonie o kolana i przyglądał się temu człowiekowi, który nagle zniżył się do jego poziomu. W twarzy księcia odmalowało się roztargnienie; wzrok miał nieobecny.
— Chyba… lepiej przez chwilę odpocznę.
— Zgoda. — Mark również usiadł na kamieniu obok. Książę nie od razu podjął przerwaną rozmowę. Mark poczuł w żołądku ściśnięcie niepokoju. Co się z nim dzieje? Coś na pewno jest nie tak. Niech to szlag… Niebo zrobiło się przejrzyście błękitne, w górze zaszumiał delikatny wietrzyk, strącając kilka złotych liści. Chłodny dreszcz, jaki przebiegł Markowi po plecach, nie miał nic wspólnego z pogodą.