Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 137
Перейти на страницу:

— To nie pęknięty wrzód — rzekł książę bezosobowym, naukowym tonem. — Miałem już coś takiego i bolało inaczej. — Skrzyżował ręce na piersi. Jego oddech stał się przyspieszony i płytki, zamiast uspokajać się jak u Marka.

Dzieje się coś bardzo niedobrego. Mark uznał, że dzielny człowiek, który bardzo się stara nie okazać strachu, to jeden z najbardziej przerażających widoków. Dzielny, ale nie głupi; książę nie udawał, że nic się stało, i nie wracał pędem na szlak, aby to udowodnić.

— Nie wygląda pan dobrze.

— Nie czuję się dobrze.

— Co pan czuje?

— Ee… obawiam się, że ból w piersi — przyznał szczerze zakłopotany. — Tępy, ciągły ból. Bardzo… dziwne… wrażenie. Pojawił się między jednym krokiem a drugim.

— To nie może być niestrawność, prawda? — Podobna do tej, od której w żołądku Marka bulgotały teraz kwasy?

— Obawiam się, że nie.

— Może lepiej wezwie pan pomoc przez komunikator — podsunął nieśmiało Mark. On na pewno niewiele mógł zrobić, jeśli to rzeczywiście jakaś nagła niedyspozycja.

Książę zaśmiał się, suchym, chrypliwym głosem.

— Zostawiłem w domu.

— Co? Jest pan przecież premierem, nie może pan chodzić bez…

— Chciałem mieć pewność, że nikt nam nie przeszkodzi w rozmowie. Dla odmiany. Żeby połowa ministrów z Vorbarr Sultany nie niepokoiła mnie pytaniami, gdzie zostawili swoje listy zadań na konkretny dzień. Zwykle robiłem tak… dla Milesa. Czasem, kiedy atmosfera poważnie gęstniała. Wściekali się na mnie, wszyscy, ale w końcu… pogodzili się… z tym. — Z ostatnim słowem jego głos zabrzmiał dziwnie wysoko i lekko. Osunął się zupełnie na kamienie i zeschłe liście. — Nie… wcale nie jest lepiej. — Wyciągnął rękę, a Mark, ogarnięty śmiertelną paniką, pomógł mu usiąść z powrotem.

Paraliżująca toksyna… niewydolność serca… miałem zostać z tobą sam na sam… zaczekać dwadzieścia minut, kiedy będziesz umierać… Jak to się stało? Czarna magia? Może rzeczywiście został zaprogramowany i jakaś część jego wykonywała zadanie, o którym inna część nie miała pojęcia, jak u osób o rozszczepionej osobowości. Ja to zrobiłem? Boże. Niech to szlag.

Książę zdobył się na przeraźliwie blady uśmiech.

— Nie bój się tak, chłopcze — szepnął. — Po prostu idź do domu i sprowadź moich strażników. Jeszcze nie jest tak źle. Przyrzekam, że nigdzie się stąd nie ruszę. — Zachichotał ochryple.

Nie zwracałem uwagi na drogę, szedłem za tobą. Mógłby go zanieść…? Nie. Mark nie był technikiem medycznym, lecz podświadomie wiedział, że próba ruszania księcia z miejsca to kiepski pomysł. Chociaż przytył, i tak był znacznie lżejszy od księcia.

— Dobrze. — Przecież droga nie rozwidlała się aż tyle razy, by mógł zabłądzić. — Tylko proszę… — Tylko nie umieraj! Nie teraz!

Mark odwrócił się i pobiegł truchtem, potem skręcił i ruszył w dół ścieżką. W prawo czy w lewo? W lewo, szerokim szlakiem. Tylko którędy, u diabła, weszli na tę drogę? Przedzierali się przez jakiś gąszcz — krzewy rosły wzdłuż trasy, poprzecinane w kilku miejscach. Zobaczył jedną z przeszkód dla koni, które mijali. To tu? Wiele z nich wyglądało tak samo. Zgubię się w tym cholernym lesie i będę biegał w kółko przez… dwadzieścia minut, tymczasem jego mózg umrze, ciało stężeje i wszyscy pomyślą, że zrobiłem to celowo… Potknął się i odbił od drzewa, lecz po chwili odzyskał równowagę i odnalazł kierunek. Czuł się jak pies, który pobiegł po pomoc; kiedy dotrze na miejsce, będzie mógł tylko ujadać, skamleć i tarzać się na grzbiecie — nikt nie zrozumie… Przylgnął do drzewa, łapiąc oddech i rozglądając się dookoła. Czy mech porasta pień drzewa od północy, czy dzieje się tak tylko na Ziemi? Drzewa w większości pochodziły z Ziemi. W Obszarze Jacksona od południowej strony wszystko, w tym także budynki, pokrywał rodzaj oślizłych porostów, które trzeba było wydłubywać z rowków drzwi… ach, jest strumyk! Ale czy szli w górę, czy w dół nurtu? Głupi, głupi, głupi. Poczuł kolkę w boku. Skręcił w lewo i zaczął biec.

Alleluja! Przed sobą zobaczył wysoką kobiecą sylwetkę, idąc ścieżką. To Elena, która zmierzała do stodoły. Nie tylko był na właściwej drodze, ale jeszcze znalazł kogoś do pomocy. Próbował krzyknąć. Wyszedł mu zduszony skrzek, lecz Elena usłyszała; spojrzała przez ramię, dostrzegła go i zatrzymała się. Podszedł do niej, zataczając się.

— Co ci się stało? — Początkowy chłód i irytacja ustąpiły miejsca ciekawości i narastającemu zaniepokojeniu.

— Książę — wydyszał Mark — źle się poczuł… w lesie. Możesz sprowadzić… tam jego strażników?

Ściągnęła podejrzliwie brwi.

— Źle się poczuł? Jak to możliwe? Godzinę temu nic mu nie było.

— Naprawdę źle z nim. Proszę, pospiesz się!

— Coś ty zrobił… — zaczęła, lecz widząc jego autentyczną rozpacz, porzuciła nieufność. — W stajni jest komunikator, to najbliżej. Gdzie go zostawiłeś?

Mark gestem wskazał nieokreślone miejsce za sobą.

— Gdzieś… nie wiem, jak to nazywacie. Na ścieżce do waszego miejsca pikników. Mówi ci to coś? Ci cholerni strażnicy z CesBezu mają jakieś skanery? — Zniecierpliwiony jej brakiem pośpiechu przestępował z nogi na nogę. — Masz dłuższe nogi. Idź!

Wreszcie uwierzyła i pobiegła, rzucając mu spojrzenie, od którego ścierpła mu skóra.

To nie ja… Odwrócił się i powlókł z powrotem do miejsca, gdzie zostawił księcia. Zastanawiał się, czy nie powinien szukać ratunku dla siebie. Gdyby ukradł lotniaka i wrócił do stolicy, może któraś z ambasad galaktycznych udzieliłaby mu azylu politycznego? Ona myśli, że ja… wszyscy pomyślą, że ja… do diabła, nawet on sobie nie ufał, dlaczego Barrayarczycy mieliby mu ufać? Może powinien oszczędzić sobie fatygi i zabić się tu i teraz, w tym lesie. Ale nie miał broni, a choć teren był dość wyboisty, nie widział wysokich i stromych skał, z których mógłby się rzucić pewien, że na dole czeka go śmierć.

Z początku Mark pomyślał, że znów pomylił drogę. Książę nie mógł o własnych siłach wstać i odejść — nie ma mowy. I rzeczywiście, leżał na wznak obok zwalonej kłody. Oddychał z trudem, łapiąc powietrze małymi haustami, między którymi następowały długie przerwy. Ręce przyciskał do piersi jeszcze mocniej — widocznie ból się nasilił. Ale żył. Przynajmniej na razie.

— Hej, chłopcze — wysapał na powitanie.

— Elena zaraz sprowadzi pomoc — obiecał Mark, patrząc na niego z niepokojem. Uniósł głowę, nasłuchując. Ale jeszcze ich tu nie ma.

— To dobrze.

— Niech pan… nie próbuje mówić.

Słysząc to, książę usiłował parsknąć śmiechem, lecz ze względu na urywany oddech efekt zabrzmiał okropnie.

— Tylko… Cordelii udało się… mnie zamknąć.

Potem jednak zamilkł. Mark roztropnie pozwolił mu dokończyć, aby książę nie próbował zaczynać jeszcze raz.

Żyj, do diabła. Nie zostawiaj mnie tak.

Mark spojrzał w górę, słysząc znajomy świst. Problem transportu między drzewami Elena rozwiązała, biorąc motolot. Razem z nią przyleciał żołnierz CesBezu w zielonym mundurze. Elena szybko obniżyła motolot i cieńsze gałęzie drzew zaczęły trzaskać. Nie zwracała uwagi na siekące gałązki, które pozostawiały na jej twarzy czerwone pręgi. Żołnierz CesBezu zsiadł z motolotu, gdy ten wisiał jeszcze pół metra nad ziemią.

— Cofnij się — warknął do Marka. Przynajmniej miał ze sobą zestaw medyczny. — Co mu zrobiłeś?

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)