Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Ivan — powiedział wolno książę — z pewnością bez kłopotu zdobyłby popularność w Okręgu. Mimo że, moim zdaniem, nie jest najlepszym kandydatem, chyba potrafi podjąć wyzwanie i zdobędzie tytuł księcia. Nie będzie ani najgorszy, ani najlepszy, lecz przynajmniej przeciętny.
— Właśnie tak prześlizgiwał się przez szkołę, Cesarską Akademię Wojskową i kolejne stopnie kariery. Nierzucający się w oczy i doskonale przeciętny — powiedziała księżna.
— Żal na to patrzeć. Przecież stać go na wiele więcej.
— Ponieważ znajduje się tak blisko władzy, nie odważy się błyszczeć. Mógłby przyciągnąć uwagę potencjalnych konspiratorów, tak jak snop światła przyciąga owady. Różne frakcje miałyby ochotę uczynić z niego swoją marionetkę, przyznaję, że dość przystojną. Tylko gra nierozgarniętego młodziana. W rzeczywistości może być bardziej rozgarnięty od nas.
— Niezwykle optymistyczna teoria, ale jeśli Ivan istotnie jest tak wyrachowany, to dlaczego nie zdradził się z tym od dnia, w którym zaczął chodzić? — zapytał ze smutkiem w głosie książę. — Nie przypominam sobie przebiegłego, makiawelicznego pięciolatka, droga pani kapitan.
— Nie upieram się przy swojej interpretacji — odparła spokojnie księżna. — Chodzi o to, że gdyby Mark postanowił wybrać życie, powiedzmy, na Kolonii Beta, Barrayar znalazłby sposób, aby jakoś poradzić sobie bez niego. Nawet okręg prawdopodobnie by przetrwał. A Mark nie byłby ani trochę mniej naszym synem.
— Ale chciałem zostawić po sobie o wiele więcej… Wciąż wracasz do tego pomysłu z Kolonią Beta.
— Owszem. Jesteś ciekaw dlaczego?
— Nie. — Jego głos nagle przycichł. — Ale jeżeli go zabierzesz na Kolonię Beta, nigdy go nie poznam.
Księżna milczała, lecz po chwili odparła stanowczo:
— Ten argument wywarłby na mnie większe wrażenie, gdybyś choć jednym gestem dał do zrozumienia, że w ogóle chcesz go poznać. Unikasz Marka niemal równie starannie, jak on stara się nie wchodzić ci w drogę.
— Nie mogę porzucić spraw państwowych z powodu kłopotów rodzinnych — odrzekł sztywno książę. — Nawet gdybym miał na to ochotę.
— O ile sobie przypominam, zrobiłeś to dla Milesa. Przypomnij sobie, ile czasu spędziłeś z nim w Vorkosigan Surleau… kradłeś czas jak złodziej, żeby mu go ofiarować, godzinę, ranek, dzień, ile udało się uszczknąć, a tymczasem przeprowadziłeś kraj jako regent przez sześć poważnych kryzysów politycznych i militarnych, ani na chwilę nie wypuszczając steru władzy z rąk. Nie możesz odmawiać Markowi tego, co dałeś Milesowi, a później odwracać się do niego plecami i oskarżać go, że nie umie grać Milesa.
— Och, Cordelio — westchnął książę. — Wtedy byłem młodszy. Nie jestem już tym samym dobrym tatą, jakiego Miles miał dwadzieścia lat temu. Tamtego człowieka już nie ma, wypalił się.
— Wcale cię nie proszę, żebyś był takim dobrym tatą jak wtedy; co za niedorzeczność. Mark nie jest dzieckiem. Proszę cię tylko, abyś był ojcem, którym jesteś teraz.
— Droga pani kapitan… — Znużony głos księcia wyraźnie przycichł.
Po chwili ciszy księżna powiedziała znacząco:
— Miałbyś więcej czasu i energii, gdybyś odszedł na emeryturę. Zostawił wreszcie premierostwo.
— Teraz? Cordelio, tylko pomyśl! Nie odważę się stracić kontroli w takim momencie. Illyan i CesBez podlegają mi nadal jako premierowi. Gdybym się wycofał, zostając zwykłym księciem, wypadłbym z kręgu dowodzenia. Stracę możliwość kierowania poszukiwaniami.
— Nonsens. Miles jest oficerem CesBezu. Wszystko jedno, czy będzie synem premiera, czy nie, i tak będą go tropić. Jedną z niewielu dobrych cech CesBezu jest lojalność wobec własnych ludzi.
— Podczas poszukiwań pewnych granic rozsądku nie przekroczą. Tylko jako premier będę mógł ich do tego zmusić.
— Nie sądzę. Moim zdaniem Simon Illyan dwoiłby się i troił, nawet gdybyś umarł, kochany.
Kiedy książę odezwał się ponownie, w jego głosie nareszcie zabrzmiało śmiertelne zmęczenie.
— Byłem gotów ustąpić trzy lata temu i oddać władzę Quintillanowi.
— Tak. Nie mogłam się doczekać.
— Gdyby tylko nie zginął tak głupio w wypadku lotniaka. Co za bezsensowna tragedia. To nawet nie był zamach!
Księżna zaśmiała się ponuro.
— Według norm barrayarskich rzeczywiście zupełnie niepotrzebna śmierć. Ale mówię serio. Czas się wycofać.
— Najwyższy czas — zgodził się książę.
— Oddaj władzę.
— Kiedy tylko stanie się bezpiecznie.
Zamilkła.
— Kochany, podobnie jak Mark nigdy nie będziesz pewien, czy jesteś już gotów. Mimo to oddaj władzę.
Mark siedział skulony, czując paraliżujące mrowienie w jednej nodze. Czuł się zupełnie przeorany, wywrócony na lewą stronę. Księżna zmasakrowała go bardziej fachowo niż tamci trzej w bocznej uliczce. Niewątpliwie przystąpiła do dzieła naukowo.
Książę parsknął krótkim śmiechem. Tym razem jednak nie odpowiedział. Ku uldze Marka oboje wstali i razem opuścili bibliotekę. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, zsunął się z fotela na podłogę, poruszając zdrętwiałymi kończynami i usiłując pobudzić w nich krążenie. Drżał na całym ciele. Gardło miał zupełnie za pchane. Wreszcie mógł odkaszlnąć i zrobił to, odzyskując w końcu oddech. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać — miał ochotę na jedno i drugie. Rzęził tylko, obserwując, jak jego brzuch unosi się i opada. Czuł się potwornie gruby. I szalony. Miał wrażenie, że skóra stała się przezroczysta i każdy może dokładnie obejrzeć jego narządy wewnętrzne.
Kiedy po ataku kaszlu odzyskał nareszcie normalny oddech, zdał sobie sprawę, że nie czuje strachu. W każdym razie nie przed księciem ani księżną. Ich wizerunki — publiczny i prywatny — okazały się… nieoczekiwanie zgodne. Wszystko wskazywało na to, że może im zaufać — nie do tego stopnia, by wierzyć, że go nie skrzywdzą — ale na tyle, by mieć pewność, że naprawdę są tacy, na jakich wyglądają. Z początku nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa na określenie owej jedności. Po chwili olśniło go. Aha. A więc tak wygląda uczciwość. Nie wiedziałem.
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
Księżna dotrzymała obietnicy (lub groźby), że pozwoli Markowi zwiedzać miasto w towarzystwie Eleny. W ciągu kilku następnych tygodni odbyli wiele wycieczek o profilu historyczno — kulturalnym do Vorbarr Sultany i sąsiednich okręgów, a także zwiedzili Rezydencję Cesarską. Ku uldze Marka, tego dnia Gregora nie było w domu. Musieli odwiedzić wszystkie muzea w mieście. Elena, stosując się zapewne do poleceń, zaciągnęła go także do chyba ponad dwudziestu college’ów, akademii i szkół technicznych. Mark nabrał nieco otuchy, kiedy się przekonał, że nie każda instytucja na tej planecie kształci oficerów wojskowych; największą i najbardziej zatłoczoną szkołą w stolicy wydawał się chyba Instytut Rolnictwa i Inżynierii Okręgu Vorbarra.
Elena wobec Marka pozostawała oficjalnym i bezosobowym totumfackim. Z nieruchomej maski rzadko można było wyczytać uczucia, jakie wzbudzała w niej ojczyzna po dziesięcioletniej nieobecności w kraju. Jedynie od czasu do czasu wydawała okrzyk zdumienia na widok jakiejś nieoczekiwanej zmiany: nowo wzniesionych budynków, wyburzonych starych fragmentów zabudowy, zmienionych ulic. Mark podejrzewał, że szalone tempo zwiedzania jest podyktowane niechęcią Eleny do rozmowy z nim; zamiast milczeć, wygłaszała wykłady. Mark zaczynał żałować, że bardziej nie przypochlebiał się Ivanowi. Może kuzyn pomógłby mu się wymknąć z domu i obejrzeliby dla odmiany kilka pubów.