Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Odmiana nastąpiła pewnego wieczoru, gdy książę nieoczekiwanie wrócił do Domu Vorkosiganów i oznajmił, że wszyscy pojadą do Vorkosigan Surleau. W ciągu godziny Mark został zapakowany razem ze swoimi rzeczami do lotniaka, a towarzyszyli mu Elena, książę Vorkosigan i Pym, jego strażnik przyboczny. Polecieli na południe, kierując się w stronę letniej rezydencji Vorkosiganów. Księżna z nimi nie poleciała. Rozmowa w drodze brzmiała sztucznie i często przerywało ją milczenie, tylko czasem książę wymieniał z Pymem jakieś lakoniczne uwagi. Wreszcie z ciemności wyłoniło się pasmo Gór Dendarii — czarna plama na tle cieni chmur i gwiazd. Okrążyli połyskujące czernią jezioro i wylądowali na zboczu wzgórza, przed domem z kamienia. Krzątająca się w środku służba oświetliła na ich powitanie cały budynek. Straż CesBezu towarzysząca dyskretnie premierowi wysiadła z drugiego lotniaka, który podążał ich śladem.
Zbliżała się północ, więc książę tylko pobieżnie oprowadził Marka po domu, przydzielając mu na końcu gościnną sypialnię na drugim piętrze, skąd rozpościerał się widok na jezioro. Mark, nareszcie sam, oparł się o parapet i zatopił spojrzenie w mroku. Od czarnej powierzchni wody odbijały się światła wioski leżącej nad jeziorem oraz kilku samotnych posiadłości położonych na drugim brzegu. Po co mnie tu przywiozłeś? — pytał księcia w myślach. Vorkosigan Surleau było najbardziej prywatną rezydencją Vorkosiganów, pilnie strzeżonym sercem świata księcia, który darzył to miejsce szczególnym uczuciem. Czyżbym pomyślnie przeszedł jakiś test, że zostałem tu wpuszczony? A może Vorkosigan Surleau ma być testem? Nie rozwiązawszy tej zagadki, poszedł do łóżka i zasnął.
Obudziły go promienie światła wpadające przez okno, którego wieczorem nie zasłonił okiennicami. Jakiś służący zdążył wypełnić szafę w pokoju mniej oficjalną garderobą. Mark znalazł w korytarzu łazienkę, umył się, ubrał i ostrożnie ruszył na poszukiwanie śladów życia. Gospodyni w kuchni poinformowała go, że znajdzie księcia poza domem, lecz niestety nie zaproponowała mu śniadania.
Szedł wybrukowaną kamiennymi płytami alejką w stronę gaju zadbanych drzew przytransportowanych tu z Ziemi. Ich soczyście zielone liście pokryły się już rdzawymi plamkami rozpoczynającej się jesieni. Wielkie drzewa, bardzo stare. Książę i Elena przebywali niedaleko gaju, w ogrodzonym murem ogrodzie, który pełnił teraz funkcję cmentarza rodzinnego Vorkosiganów. W kamiennej rezydencji mieściły się niegdyś koszary straży, która strzegła zrujnowanego dziś zamku nad brzegiem jeziora; strażnicy znaleźli swoje miejsce spoczynku na zamkowym cmentarzu.
Mark uniósł w zdumieniu brwi. Książę miał na sobie mieniący się wielobarwnie najbardziej oficjalny mundur wojskowy — niebiesko — czerwony cesarski strój galowy. Elena ubrana była w nieco mniej zdobny, ale mimo to elegancki dendariański uniform z szarego aksamitu, ze srebrnymi guzikami i białą lamówką. Kucała przy płytkim stojącym na trójnogu palenisku z brązu. Migały w nim drobne, jasnopomarańczowe płomyki, w złotej porannej mgiełce rozwiewały się smużki dymu. Mark zorientował się, że palą ofiarę za zmarłego. Przystanął niepewnie przed żelazną bramą w kamiennym murku. Dla kogo ta ofiara? Nikt go tu nie zaprosił.
Elena wstała; rozmawiała z księciem, a tymczasem ofiara, cokolwiek to było, spaliła się na popiół. Po chwili Elena złożyła płócienną serwetkę, zdjęła palenisko z trójnogu i rozsypała szare i białe płatki nad grobem. Wytarła tacę z brązu, po czym schowała ją razem z trójnogiem do haftowanej brązowosrebrnej torby. Książę spojrzał w stronę jeziora, dostrzegł stojącego przy bramie Marka i skinął mu głową; nie było to wprawdzie czytelne zaproszenie, ale na pewno nie odprawa.
Zamieniwszy jeszcze słowo z księciem, Elena wyszła z ogrodu. Książę zasalutował. Mijając Marka, zaszczyciła go krótkim skinieniem głowy. Minę miała poważną, lecz Markowi wydawało się, że jej twarz nie przypomina już nieruchomej maski, którą obnosiła od przyjazdu na Barrayar. Teraz książę dał Markowi wyraźny znak, by wszedł na cmentarz. Czując się trochę niezręcznie, zaintrygowany Mark wsunął się przez bramę, pokonał żwirową alejkę i stanął obok księcia.
— Co… się dzieje? — zapytał w końcu. Zabrzmiało to trochę nonszalancko, ale książę najwyraźniej nie odczytał tego niewłaściwie.
Książę Vorkosigan wskazał grób u ich stóp: „Sierżant Constantine Bothari”, daty i napis „Fidelis”.
— Odkryłem, że Elena nigdy nie spaliła ofiary dla swojego ojca. Przez osiemnaście lat należał do mojej straży przybocznej, a wcześniej służył pod moją komendą w siłach kosmicznych.
— Ochrona Milesa. Wiedziałem. Ale zginął, zanim jeszcze Galen zaczął mnie szkolić. Nie poświęcił mu zbyt dużo czasu.
— A powinien. Sierżant Bothari był bardzo ważną osobą dla Milesa. I dla nas wszystkich. Bothari był… trudnym człowiekiem. Nie sądzę, by Elena kiedykolwiek się z tym pogodziła. Potrzebuje takiej akceptacji, jeśli chce sama ze sobą dojść do ładu.
— Trudny? Podobno był przestępcą.
— To określenie wydaje mi się… — Książę zawahał się. Mark spodziewał się, że powie „niesprawiedliwe” albo „nieprawdziwe”, ale usłyszał: — …niepełne.
Książę zaczął oprowadzać Marka po cmentarzu. Krewni, wierni słudzy domu… kim był major Amor Klyeuvi? Markowi przypomniały się wszystkie odwiedzone muzea. Historia rodziny Vorkosiganów od czasów Izolacji stanowiła historię Barrayaru w miniaturze. Książę wskazywał mogiły swego ojca, matki, brata, siostry i swoich dziadków Vorkosiganów. Prawdopodobnie wszyscy, którzy umarli wcześniej, zostali pogrzebani w dawnej stolicy okręgu, Vorkosigan Voshnoi, i wraz z miastem zostali stopieni przez najeźdźców z Cetagandy.
— Pragnę tu zostać pochowany — rzekł książę, spoglądając na gładką taflę jeziora i wzgórza w oddali. Poranna mgła już się rozwiała i zaczęło przeświecać słońce. — Nie wśród tego tłumu na Cmentarzu Cesarskim w Vorbarr Sułtanie. Chcieli złożyć tam mojego biednego ojca. Musiałem się z nimi kłócić, chociaż jego ostatnia wola nie pozostawiała żadnych wątpliwości. — Wskazał kamień z napisem „Generał Książę Piotr Pierre Vorkosigan” i datami. Widocznie książę wygrał w sporze. Postawił na swoim, jak to książęta.
— Spędziłem tu najszczęśliwszy czas swojego życia, całe dzieciństwo. Potem odbył się tu mój ślub i tu spędziłem miesiąc miodowy. — Twarz rozjaśnił mu przelotny uśmiech. — Tu został poczęty Miles. W pewnym sensie także i ty. Spójrz wokół siebie. Stąd właśnie pochodzisz. Po śniadaniu przebiorę się i pokażę ci znacznie więcej.
— Ach, to znaczy, że nikt jeszcze nie jadł.
— Przed spaleniem ofiary należy pościć. Podejrzewam, że właśnie z tego powodu uroczystości odbywały się często o świcie. — Książę znów lekko się uśmiechnął.
Nie było chyba innej okazji, dla której książę zabrał paradny mundur, a Elena swój szary dendariański uniform. Spakowali te stroje specjalnie w tym celu. Mark zerknął w swoje własne ciemne i zdeformowane odbicie w wyglansowanych butach księcia. Wypukła powierzchnia rozszerzała jego twarz do groteskowych rozmiarów. Tak będzie kiedyś wyglądać?
— Dlatego tutaj wszyscy przyjechaliśmy? Żeby Elena mogła dopełnić ceremonii.
— Między innymi.
Zabrzmiało groźnie. Mark poszedł za księciem z powrotem do wielkiego domu, czując nieokreślony niepokój.
Śniadanie podano na słonecznym patiu przylegającym do domu, uczyniono je przytulniejszym, obsadzając kwitnącymi krzewami i pozostawiając wolne miejsce, z którego rozciągał się widok na jezioro. Książę tym razem pojawił się w starych czarnych spodniach i luźnej tunice w wiejskim stylu, ściągniętej pasem. Elena nie przyszła.