Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 137
Перейти на страницу:

— Chciała zrobić sobie dłuższy spacer — wyjaśnił krótko książę. — My też się przejdziemy.

Mark roztropnie odłożył do koszyczka trzecią słodką bułeczkę.

Niedługo potem cieszył się w duchu ze swego umiaru, ponieważ książę poprowadził go na wzgórze. Wspięli się na szczyt, gdzie przystanęli, by odpocząć. Panorama jeziora wijącego się pomiędzy wzgórzami była warta chwili oddechu. Po drugiej stronie dolinka spłaszczała się, tuląc jak matka dziecko stare kamienne budynki stajni i pastwiska porośnięte trawą z Ziemi. Po pastwisku spacerowało leniwie kilka koni, które widocznie nie miały w tej chwili żadnego zajęcia. Książę poprowadził Marka do ogrodzenia i oparł się o nie. Wyglądał na zamyślonego.

— Tamten duży deresz należy do Milesa. Od kilku lat nie ma zbyt wiele do roboty. Miles nie zawsze znajdował czas na przejażdżkę, nawet gdy przebywał w domu. Koń zwykle przybiegał na wołanie Milesa. Naprawdę zdumiewający był widok tego wielkie go, leniwego zwierzęcia w biegu. — Książę zamilkł. — Mógłbyś spróbować.

— Czego? Mam zawołać konia?

— Ciekaw jestem, jak się zachowa. Może koń wyczuje różnicę. Dla mnie twój głos jest… bardzo podobny do głosu Milesa.

— Zostałem wyćwiczony.

— Ma na imię, hm, Ninny. — Widząc pytający wzrok Marka, dodał: — To takie pieszczotliwe zdrobnienie.

Naprawdę nazywacie go Gruby Ninny. Wyrzuciłeś pierwszą część. Ha.

— Co więc mam zrobić? Stanąć tu i krzyknąć: „Chodź, Ninny, Ninny”? — Już się czuł co najmniej głupio.

— Trzy razy.

— Słucham?

— Miles zawsze powtarzał jego imię trzy razy.

Koń stał po drugiej stronie pastwiska i przyglądał się im, nastawiwszy uszu. Mark głęboko nabrał powietrza i z najlepszym barrayarskim akcentem, na jaki go było stać, zawołał:

— Chodź, Ninny, Ninny, Ninny. Chodź, Ninny, Ninny, Ninny!

Koń parsknął i kłusem zbliżył się do ogrodzenia. Nie był to właściwie bieg, choć kilka razy zwierzę wyrzuciło wysoko kopyta, podskakując. Zbliżyło się i sapnęło, obryzgując Marka i księcia kroplami wilgoci. Ninny wsparł się całym ciałem o ogrodzenie, które zatrzeszczało i przechyliło się niebezpiecznie. Z bliska koń wydawał się ogromny. Wysunął łeb nad ogrodzeniem. Mark cofnął się pospiesznie.

— Witaj, stary. — Książę poklepał konia po karku. — Miles zawsze daje mu cukier — poinformował Marka przez ramię.

— Nic dziwnego, że pędzi do niego w podskokach! — odparł z oburzeniem Mark. A on sądził, że to kolejny objaw powszechnej przypadłości pod tytułem „kocham Naismitha”.

— Owszem, ale kiedy Cordelia i ja dajemy mu cukier, wtedy nie podbiega. Zbliża się bez pośpiechu.

Mark mógłby przysiąc, że koń patrzy na niego zupełnie skonsternowany. Jeszcze jedna zawiedziona dusza, którą rozczarował tym, że nie okazał się Milesem. Pozostałe dwa konie, jak gdyby w braterskiej rywalizacji, również zbliżyły się do ogrodzenia. Trzy potężne ciała tłoczyły się i potrącały w nerwowym oczekiwaniu. Zalękniony Mark spytał żałosnym tonem:

— Wziął pan jakiś cukier?

— Owszem — odparł książę. Z kieszeni wydobył kilka białych kostek i podał Markowi. Ten ostrożnie położył dwie na otwartej dłoni i wyciągnął rękę najdalej, jak mógł. Ninny wydał z siebie pisk, położył uszy po sobie, zakołysał się na boki, odtrącając rywali, a potem delikatnie zgarnął cukier szerokimi, sprężystymi wargami, pozostawiając na dłoni Marka trawiastozielony ślad śliny. Mark wytarł część kleistej substancji o ogrodzenie, przez chwilę pomyślał o nogawce spodni, lecz w końcu otarł rękę do czysta o błyszczący kark koński. Wyczuł ukrytą pod sierścią wypukłą bliznę. Ninny ponownie zarzucił łbem w jego stronę, więc Mark odsunął się poza zasięg jego pyska. Książę przywrócił spokój wśród koni, rozdzielając wśród nich krzyki i klapsy — zupełnie jak w barrayarskiej polityce, pomyślał z lekceważeniem Mark — i zadbał, by obaj maruderzy też otrzymali swoją porcję cukru. Później bez skrępowania otarł dłonie w spodnie.

— Chciałbyś się na nim przejechać? — zaproponował książę. — Tylko że ostatnio nie miał za dużo treningu i pewnie sporo zapomniał.

— Nie, dziękuję — wykrztusił Mark. — Może innym razem.

— Ach, tak.

Szli wzdłuż ogrodzenia, a Ninny towarzyszył im po drugiej stronie, dopóki jego nadziei nie powstrzymał narożnik padoku. Gdy odchodzili, zarżał cicho i okropnie smutno. Mark zgarbił się, jakby ktoś go uderzył. Książę uśmiechnął się, lecz czując, że próba wypadła okropnie, natychmiast spoważniał. Obejrzał się przez ramię.

— Staruszek ma już ponad dwadzieścia lat. Jak na konia, to bardzo dużo. Zaczynam się z nim identyfikować.

Szli w stronę lasu.

— Tamtędy biegnie szlak, którym zawsze jeździliśmy… zatacza koło aż do miejsca, z którego widać dom z drugiej strony. Często organizowaliśmy tam piknik. Chciałbyś zobaczyć?

Spacer. Mark nie miał zbyt wielkiej ochoty na spacer, ale wcześniej już odmówił księciu, gdy ten wykonał przyjazny gest, proponując przejażdżkę konną. Nie śmiał odmówić mu jeszcze raz… książę mógłby to uznać za oznakę nieuprzejmości i arogancji.

— Dobrze.

W pobliżu nie dostrzegł nikogo ze straży przybocznej ani żadnego ochroniarza z CesBezu. Książę bardzo się starał, aby nikt im nie przeszkadzał. Mark skulił się w duchu na myśl o zbliżającej się nieuchronnie rozmowie osobistej.

Gdy dotarli na skraj lasu, pod ich stopami zaszeleściły pierwsze opadłe liście, wydzielające organiczną, lecz miłą woń. Jednak hałas ich kroków nie mógł wypełnić ciszy. Książę, mimo udawanej „wiejskiej” swobody, był sztywny i spięty, wytrącony z równowagi. Zniecierpliwiony jego zachowaniem Mark wyrzucił z siebie:

— Księżna zmusiła pana do tego. Prawda?

— Niezupełnie — rzekł książę — …tak.

Mieszana i zapewne szczera odpowiedź.

— Czy przebaczy pan kiedykolwiek Bharaputranom, że strzelili do niewłaściwego admirała Nasimitha?

— Zapewne nie. — W łagodnym tonie księcia nie było cienia wrogości.

— Czy gdyby to odwrócić — gdyby tamten Bharaputranin wycelował w niskiego człowieka z lewej — czy teraz CesBez szukałby kriokomory ze mną? — A Miles, czy w ogóle wyrzuciłby z komory Phillipi, aby włożyć mnie na jej miejsce?

— Ze względu na to, że Miles byłby wówczas przedstawicielem CesBezu obecnym na miejscu, sądzę, że odpowiedź brzmi: tak — rzekł półgłosem książę. — Ponieważ nie znałem cię wcześniej, moje zainteresowanie miałoby zapewne charakter… trochę akademicki. Ale naciski twojej matki z pewnością byłyby równie silne — dodał w zamyśleniu.

— Bądźmy ze sobą absolutnie szczerzy — powiedział z goryczą Mark.

— Na innej podstawie nie zbudujemy niczego trwałego — odparł cierpko książę. Mark zaczerwienił się i odchrząknął, co miało oznaczać zgodę.

Szlak konny ciągnął się wzdłuż strumienia, potem przecinał wzniesienie i prowadził czymś w rodzaju wypłukanego przez wodę wąwozu, którego dno pokrywały luźne i śliskie kamienie. Na szczęście przez pewien czas droga biegła niemal płasko, od czasu do czasu zahaczając o las. W wielu miejscach Mark widział specjalnie zbudowane z drewnianych kłód i krzewów przeszkody dla koni; szlak ciągnął się obok nich i nad nimi. Skąd wiedział, że Miles wybrałby drogę górą? Musiał przyznać, że w lesie było coś odwiecznie kojącego. Cień i blask słońca na zmianę, wysokie drzewa pochodzące z Ziemi i miejscowe lub przywiezione z daleka krzewy dawały złudzenie wiecznego odosobnienia. Gdyby nie wiedziało się nic o terraformowaniu, można by sobie wyobrazić, że cała planeta jest taką bezludną głuszą. Skręcili w szerszą drogę, którą mogli iść obok siebie.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)