Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Ja przyszedłem znikąd, a moim celem była dalsza wędrówka w nieznane. Rozkaz mojego ojca, którego nie rozumiałem.
Zaczepiłem przechodzącą obok dziewczynę i zapytałem ją, gdzie jest szpital. Spojrzała na mnie wielkimi, fiołkowymi oczami, w których czaiło się zdumienie. Zwyczajem Kirenenek na wojnie miała na sobie męskie ubranie, fioletowe włosy splotła z tyłu, ale solidnie wypchany przód kurty nie pozwalał na wątpliwości, z kim mam do czynienia.
— Coś ty za jeden? — fuknęła, ostentacyjnie opierając dłoń na rękojeści klanowego noża. — Jak można nie wiedzieć, gdzie jest szpital. I czego chcesz od wielebnego Mroka? Myślisz, że on nie ma nic do roboty? Dlaczego sam się za coś nie weźmiesz?
— Przestań mnie łajać — warknąłem. — Nic ci do tego, kim jestem i czego szukam. Po prostu grzecznie zapytałem cię o drogę. Jestem Filar, syn Oszczepnika, tohimon klanu Żurawia. A kim ty jesteś, żeby od razu na mnie ujadać?
— Jestem Woda, córka Tkaczki, pochodzę z klanu Ryby. I nie wierzę, że jesteś tohimonem. Ledwo odrosłeś od ziemi. Nawet nie masz noża. I dlaczego w ogóle nie masz włosów?
— Jesteś bezczelna, pyskata i niewychowana — wycedziłem. — Najgorszy rodzaj dziewczyny. Wydaje ci się, że możesz każdego bezkarnie obrażać. Jest wojna. Mój ojciec zginął. Jestem tohimonem, lecz z mojego klanu być może ocalałem tylko ja i jeden człowiek. Człowiek ten jest teraz w lazarecie. Chcę się z nim widzieć i sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje. Przybyliśmy dopiero wczoraj, więc nie wiem, gdzie jest lazaret.
— Zaprowadzę cię — powiedziała, przygryzając wargę. — Nie jestem pewna, ale może tu są jeszcze jacyś ludzie z klanu Żurawia.
— Gdzie tu można dostać coś do jedzenia? — zapytałem, gdy szliśmy wzdłuż wozów.
— Nawet tego nie wiesz? — zapytała podejrzliwie. — Skąd ty się w ogóle wziąłeś?
— Nic ci nie przyjdzie z tego wypytywania. Ci, którzy powinni o mnie wiedzieć, Węzeł, syn Ptasznika, Knot, syn Kowala i Mrok, wiedzą. I niech ci to wystarczy. Czy nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie inaczej niż tylko kolejnym pytaniem?
— Po prostu nie rozumiem, dlaczego ci nie powiedziano, skąd wziąć posiłek?
— Ktoś miał mi przynieść — odparłem. — Tak zdecydowano.
Znowu przygryzła wargę.
— To byłeś ty? Nie miałam czasu. W szpitalu są dziesiątki rannych. Nie wiem, dlaczego miałabym nosić jedzenie komuś, kto może pójść o własnych siłach.
— Dlatego, że ci to polecono — powiedziałem cierpliwie. — Na tym polega wojsko. Właśnie dlatego z dziewcząt na wojnie jest więcej zamieszania niż pożytku.
— A co miałabym robić? Jestem Kirenenką, więc walczę. Było wiele niewiast, które okryły się chwałą na wojnie. Nie słyszałeś nigdy o Bryzie, córce Wieszczki?
— Słyszałem — odparłem ze znużeniem. — Ale to nie jest bohaterski epos, a wojna. I to paskudna. Nie spodziewaj się tu chwały, tylko bólu, smrodu, strachu i cierpienia.
— Zabiłam już Amitraja! — zawołała. — A ty?
— Ja zabiłem kilku. W tym skrytobójcę. Jednak nie stałem się od tego lepszy. To tylko konieczność. Go-hanmi.
— Prawdziwy Kirenen jest mężny i pełen honoru. Z radością oddaje życie za swój klan, naród i Stworzyciela. Zabija jak wilk i śmieje się ze zwycięstwa, a nie maże się i opowiada o go-hanmi. W „Pieśni o Bryzie" jest wyraźnie powiedziane...
Machnąłem ręką i zamilkłem. Przeszliśmy jeszcze kawałek. Woda poczuła się zlekceważona, więc obraziła się na mnie, ale po drodze zrugała kilka przypadkowych osób i pouczyła ich, jak mają się zachowywać prawdziwi Kireneni. Czterech żołnierzy piechoty, popijających wino palmowe z jednej tykwy i grających w kości, zamiast poszukać pożytecznego zajęcia; jakąś przystojną kobietę siedzącą na wozie, która czesała się i stroiła, jakby wybierała się na wesele, podczas gdy ludzie cierpią i walczą; a na koniec złajała dzieciaka, siedzącego na dyszlu i płaczącego bezgłośnie z oczami wbitymi w przestrzeń. Ten z kolei był już prawie mężczyzną i powinien okazywać męstwo wojownika. Miałem już Wody serdecznie dosyć.
Przykucnąłem przy chłopaku i ostrożnie dotknąłem jego ramienia.
— Mogę obejrzeć flet, który masz za pasem? Umiesz grać?
Pokręcił głową.
— To flet mojej siostry. Tylko ona mi została, a teraz leży chora w lazarecie. Ma żółtą gorączkę. Mówią, że może umrzeć. Przecież ma dopiero osiem lat!
— Ale dotąd nie umarła — powiedziałem. — A w lazarecie próbują ją leczyć, więc jeszcze jej nie opłakuj. Może wyzdrowieje i twój ból okaże się niepotrzebny. Podaj mi flet, nie zabiorę ci go przecież.
Wziąłem flet, zwykły, trzcinowy sakukami i dmuchnąłem na próbę. Miał miły, prosty dźwięk, więc zagrałem jakąś melodyjkę, potem następną i jeszcze jedną. Nie byłem mistrzem fletu, lecz proste, ludowe piosenki potrafiłem zagrać.
Zauważyłem, że gromadzi się przy nas więcej dzieci. Umorusanych, w podartych kurtach, ale z klanowymi obszyciami i nożykami u biodra. Usiadły wokół mnie na ziemi, patrząc ogromnymi, wilgotnymi oczami, niczym spłoszone zwierzątka. Oczami, w których zobaczyłem pożogę, krew i poniewierkę.
Woda stała nad nami ze zniecierpliwioną miną i ostentacyjnie założonymi rękami.
Grałem jeszcze jakiś czas i miałem wrażenie, że na ściągniętych twarzach małych słuchaczy zaczynają pojawiać się cieplejsze uczucia. Mniej przypominały przerażone szczeniaczki, a bardziej normalne dzieci, które powinny teraz uczyć się znaków albo rzucać do siebie piłką, a nie brnąć przez pustkowia, ścigane przez wszystkie tymeny imperium.
W pewnym momencie nie wiedziałem już sam, co gram, gdy nagle zorientowałem się, że melodia, która wypływa spod moich palców, jest tą samą „Pieśnią o bohaterstwie", którą podnosiłem na duchu moje tresowane bystretki.
To był zwykły flet i zwykłe dzieciaki, nie mogłem mieć nad nimi dziwnej władzy, jaką nad zwierzętami dawał mi tamten instrument, a mimo to coś w nich się zmieniło. Przestały pochlipywać, zaczęły też prostować plecy, a na twarzyczkach pojawił się wyraz jakiejś dziwnej, spokojnej zaciętości.
Przestałem grać i oddałem flet chłopcu.
— Zanim powiesz, że prawdziwy Kirenen używa fletu tylko do tego, by tłuc nim po łbie Amitrajów, pokaż mi ten lazaret.
Poszliśmy więc do lazaretu, część maluchów podreptała za nami.
— Czyje to dzieci? — zapytałem. — Czy nie mają rodziców albo innych krewnych? Kto się nimi opiekuje?
— To dzieci wojny — odparła nadal obrażona. — Dołączyły do nas i wszyscy się nimi opiekujemy, ale nie wiem nawet, czy wszystkie są Kirenenami.
— Z czasem staną się Kirenenami — powiedziałem. — O ile w ogóle przeżyjemy.
Lazaret otaczały rozstawione wszędzie parawany, ale składał się głównie z mat rozłożonych pod płóciennymi daszkami, na których leżeli ludzie, roju much, latających wszędzie pomimo dymu kadzideł, i smrodu. Brusa jednak nigdzie nie widziałem. Pytałem o niego na różne sposoby, opisywałem jako Kirenena i Amitraja, lecz nikt nie umiał mi pomóc. Medyków było tylko pięcioro, dwoje akurat spało, pozostała trójka krzątała się pomiędzy parawanami, nosząc pokrwawione opatrunki, lekarstwa w małych imbryczkach i naczynia z wodą.
Trzęsły mi się ręce, w środku czułem nagły strach, jakby wielki wąż połykał moje wnętrzności.
A potem zobaczyłem Kebiryjczyka. Upiornie wysokiego i smukłego, o wielkich, białych jak cukier zębach, lśniącej, wygolonej czaszce i miedzianobrązowej skórze pokrytej tatuażami. Siedział w kucki pod zamkniętym, wojskowym namiotem, odziany tylko w przepaskę i dziwaczne sandały i grał na dwustronnym bębenku.