Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 137
Перейти на страницу:

— Kiedy byłem małym chłopcem, chciałem zostać terrorystą — wyznał Joseba Urizarbarrena. — To tradycja rodzinna… moje obie babki należały do ETA. Nazywaliśmy się bojownikami wolności, rzecz jasna. Lepiej?

— Tak — wydyszał Sandoz.

— Dobrze. Teraz spróbujemy z drugą. — Sandoz wyciągnął drugą rękę i pozwolił, by Bask oparł jego przedramię na swoim uniesionym kolanie. — To nie zawsze działa — ostrzegł Joseba, uciskając kciukami przestrzeń między kośćmi długimi, póki nie odnalazł miejsca, w którym mięsień przechodził w ścięgno. — Kiedy miałem osiem lat, mój wuj stracił prawie całą prawą rękę. Wiesz, jak nazywają zbyt wczesny wybuch bomby? Przedwczesne zdemontowanie.

Sandoz parsknął śmiechem, co ucieszyło Josebę. Mimo że był otumaniony lekiem, dostrzegał zabawność gry słów, choć na inne przejawy dowcipu zupełnie nie reagował.

— Moja ciotka uważała, że wuj udaje ból, żeby wymusić współczucie — rzekł Joseba, naciskając teraz mocno. — Często powtarzała: Zdechłe psy nie gryzą. Przecież ręki już nie ma. Jak może boleć coś, czego nie ma? Wuj odpowiadał: Ból jest jak Bóg. Niewidzialny, niepojęty, wszechmocny…

— I trudno z Nim wytrzymać — wyszeptał Sandoz drżącym głosem. — Jak z twoją ciotką.

— Masz całkowitą rację — odpowiedział z przekonaniem Joseba, pochylony nad jego ręką.

Przesunął nieco kciuki i wzmocnił ucisk, wciąż nieco zdzi wiony, że znalazł się w takiej sytuacji. Obudził się o drugiej w nocy z pełnym pęcherzem i znalazł Sandoza miotającego się po wspólnym pomieszczeniu jak zwierzę po klatce. „Co ci jest?”, zapytał, ale reakcją na jego zatroskanie było gniewne warknięcie. Sandoz należał do ludzi, którym niełatwo pomóc, a Joseba wiedział z doświadczenia, że tacy najbardziej pomocy potrzebują.

Obawiając się, że pozostawi mu siniaka i czując straszliwe parcie na pęcherz, Joseba zamierzał już przerwać masaż, kiedy usłyszał krótki, głośny szloch.

— Tak? — zapytał, chcąc się upewnić.

Sandoz zamarł w bezruchu. Oczy miał zamknięte, twarz ściągniętą, nie oddychał. Joseba siedział spokojnie, dobrze znając tę reakcję; jego wuj potrzebował zwykle kilkunastu sekund, by uwierzyć, że ból naprawdę ustąpił. W końcu Sandoz odetchnął i otworzył oczy. Sprawiał wrażenie oszołomionego, ale wystękał: „Dzięki”. Potem zamrugał oczami, wyprostował się i opadł na oparcie krzesła.

— Nie mam pojęcia, dlaczego to działa — powiedział Joseba.

— Może bezpośredni nacisk na nerwy w górnej części ręki przerywa sygnały promieniowe? — podsunął Sandoz. Głos miał wciąż trochę rozedrgany.

— Może. — Nawet jeśli to tylko siła sugestii, pomyślał Joseba, to działa, bo działa. — Gdybyś mi o tym powiedział wczoraj, mógłbym ci pomóc wcześniej.

— Skąd miałem wiedzieć, że w twojej rodzinie byli niezdarni zamachowcy? — zapytał rozsądnie Sandoz.

— Mój wujek zwykle płakał. Po prostu siedział i płakał. A ty chodzisz.

— Czasami. — Sandoz wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. — Najlepsza jednak jest praca.

— Teraz nie pracujesz — zauważył Joseba.

— Chyba bym nie mógł. Quell zwykle pomaga… w końcu połowa bólu to strach. Ale tym razem było ostro.

Joseba wstał, czując, że dłużej nie wytrzyma.

— Czy wiesz — zapytał, ruszając w kierunku toalety — że jutrznię wymyślili starzy mnisi mający kłopoty z prostatą? Skoro i tak trzeba wstać, to można się pomodlić…

I odszedł, kołysząc się jak niedźwiedź, ale kiedy wrócił, czując błogosławioną ulgę, Sandoz wciąż siedział w ciemnej mesie. Gdyby chciał być sam, poszedłby do swojej kabiny, pomyślał Joseba. Trzeba korzystać z okazji.

— Właśnie czytałem sobie Księgę Hioba. „Czy widziałeś drzwi do ciemności? Czy połączysz gwiazdy Plejad? Rozluźnisz więzy Oriona?” — Oparty o przegrodę, machnął ręką ku zagadkowej ciemności, która ich otaczała. — Dzisiaj człowiek mógłby odpowiedzieć: Prawie tak. Dotarliśmy do źródeł morza, doszliśmy do dna otchłani. Zbadaliśmy przestworza Ziemi, wymierzyliśmy ją. „Czy wysyłać możesz błyskawice? Czyś w życiu rozkazał rankowi?” A my jesteśmy tuj pośród gwiazd!

Pokręcił głową, ogarnięty szczerym zdumieniem, a po chwili powiedział:

— Wiesz, ta muzyka się zmieniła. Po waszej wyprawie na Rakhat.

— Jeśli chodzi o Hioba, to osobiście wolę przekład Wolfera — stwierdził Sandoz. — Więc dlaczego terroryzm stracił dla ciebie urok?

— Aha. Zmieniamy temat — zauważył spokojnie Joseba. — Nie stracił, w każdym razie nie na długo. Hiszpania i Francja w końcu uznały: Niech szlag trafi tych Basków, komu oni są potrzebni! No więc przez jakiś czas walczyliśmy między sobą. Weszło nam to w krew. — Spojrzał na Sandoza. — Czy wiesz, że głos Hlavina Kitheriego słyszano jeszcze prawie przez rok po twoim wylocie z Rakhatu, a potem zamilkł na dobre?

— Może umarł — odpowiedział Sandoz kpiącym tonem — a przedtem długo się męczył. Czym się zająłeś, kiedy terroryzm przestał być drogą do kariery?

Polowałem. W tym zakątku świata, z którego pochodzę, wciąż się poluje. Żyłem w górach, otoczony tym, co jeszcze zostało z przyrody. Myśliwy… dobry myśliwy… często identyfikuje się ze zwierzyną. Jedno prowadzi do drugiego. Zacząłem studiować ekologię.

— A jak z uniwersytetu trafiłeś do seminarium? Może zakochałeś się w cudzie Bożego stworzenia?

Cichy, spokojny głos był dziwnie bezbarwny. Nieruchomą twarz ledwo było widać w słabej poświacie żółtych i zielonych wskaźników sączącej się z pulpitu sterowni.

— Nie — przyznał szczerze Joseba. — Ostatnio trudno jest dostrzec cud stworzenia, w każdym razie na Ziemi. W czasie twojej nieobecności bardzo się pogorszyło. Ekologia zamieniła się w naukę o degradacji przyrody. Teraz zajmujemy się głównie tym, co było, próbując zrekonstruować zniszczone systemy i przywrócić zachwianą równowagę. Ale presja przeludnienia jest tak silna, że za każdy krok do przodu płacimy dwoma krokami do tyłu. W tej dyscyplinie trudno o satysfakcję.

Przeszedł przez ciemne pomieszczenie i usiadł w pobliżu Sandoza; plastikowe krzesło zatrzeszczało pod jego ciężarem.

— Kiedy widzisz jakiś uszkodzony system, szukasz przyczyny i cieszysz się, jak ją znajdziesz, bo wtedy wydaje ci się, że łatwo to uszkodzenie usunąć. Jako student przyglądałem się nocnym zdjęciom Ziemi zrobionym przez satelitę. Połączone nitkami dróg i przedmieściami skupienia świateł miejskich przypominały mi kolonię streptokoków wyhodowaną w laboratorium. Doszedłem do wniosku, że Homo sapiens był chorobą, która zaatakowała Gaję. Ziemia chętnie by się od nas uwolniła. Miałem dziewiętnaście lat, a w ciągu mojego życia ludność Ziemi powiększyła się dwukrotnie, z siedmiu do czternastu miliardów. Znienawidziłem ten gatunek, który nazwał się rozumnym. Chciałem wyleczyć Gaję z choroby naszego gatunku. Zacząłem się poważnie zastanawiać, jak dokonać eksterminacji dużej liczby ludzi, oczywiście w taki sposób, żeby mnie nikt nie złapał. Uwierzyłem, że jestem bohaterskim altruistą, samotnym obrońcą planety. Zmieniłem specjalizację. Uznałem, że najpożyteczniejszą dyscypliną będzie wirusologia.

Sandoz wpatrywał się w niego, milcząc. Dobry znak, pomyślał Joseba. Jest pod działaniem leku, ale zachował zdolność oceny moralnej.

— Jak już powiedziałem — ciągnął rzeczowym tonem — terroryzm nie stracił dla mnie uroku. Miałem wtedy dziewczynę. Zerwałem z nią. Chciała mieć dzieci, a mnie dzieci napełniały obrzydzeniem. Nazywałem je wektorami choroby. Patrzyłem na takich ludzi jak Nico i myślałem: Oto skutki nieudanej aborcji. Jeszcze jeden wirus, który potrafi tylko jeść i myśleć o sobie.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)