Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
John prychnął kpiąco i powrócił do obgryzania jednego z paznokci, co stanowiło istotną część jego diety w ostatnich dniach.
— Ale mimo to — dodał Frans przyjaznym tonem i z rozpoznawalnym akcentem rodowitego mieszkańca Johannesburga — twój problem uważam za dość interesujący. Osobiście nie mam wyrobionego zdania na temat Boga, ale muszę ci powiedzieć, że dla mnie cały Kościół katolicki to jedno wielkie oszustwo, razem z jego wszystkimi diabełkami, elfami i czarnymi papieżami jako szczególnymi przypadkami ogólnej oferty światopoglądowej.
— Ja ciebie też pieprzę — powiedział wesoło John i zabrał się do drugiego paznokcia.
— Oto prawdziwy dżentelmen i uczony — zauważył Frans, wznosząc w toaście filiżankę z kawą. — No cóż, wobec tego może powinniśmy poszukać jakiegoś aksjomatu, na który moglibyśmy się obaj zgodzić? — Przez chwilę wpatrywał się w sufit. — Odczuwasz potrzebę odkrycia jakiegoś ukrytego sensu tego wszystkiego, tak? Czegoś, co uwolni cię od tego żałosnego bałaganu, który masz w sobie.
John odchrząknął, pracując nad palcem wskazującym.
— To wcale nie jest trudne! — pocieszył go Frans. — Jeśli tylko ma się dość szerokie horyzonty myślowe, jeśli ma się zmysł historyczny albo dostatecznie sprawną wyobraźnię, można odnaleźć ukryty sens we wszystkim. Weźmy, na przykład, sny. Słyszałeś o Libro delia Smorfial — John pokręcił głową. — Neapolitanczycy, nawet ci po wyższych studiach, zawsze mają przy łóżku sennik. Pierwszą rzeczą, jaką robią rano, nawet przed wysiusianiem się, jest sprawdzenie, co oznacza sen, który mieli w nocy. Długie podróże, nieznajome osoby, unoszenie się w powietrzu… Wszystko coś oznacza.
— Zabobon — powiedział lekceważąco John. — Herbaciane fusy i karty tarota.
— Nie bądź prostakiem, Johnny. Nazwijmy to psychologią.
— Frans wyszczerzył zęby, obfite fałdy rozlały mu się wokół ust.
Zadaniem uczonego jest odnalezienie wzorów w przyrodzie lub cyklów w historii. Nie jest trudno odnaleźć wizerunki zwierząt i herosów na gwieździstym niebie. Powstaje jednak pytanie: Czy odkryłeś jakąś odwieczną prawdę? albo: Czy nadajesz jakieś arbitralne znaczenie wszystkiemu, co bierzesz pod rozwagę?
— Tak. Może i na jedno, i na drugie — odpowiedział John.
— Nie wiem.
Przestał gryźć paznokcie i spostrzegł, że jeden z palców krwawi.
— Aha. Nie wiem. Oto prawda, na której można polegać. — Frans uśmiechnął się dobrodusznie; w nalanej, pastelowej twarzy pojawiły się drobne żółtawe zęby. Uwielbiał takie rozmowy, a w ciągu tych wielu lat, kiedy woził po Układzie Słonecznym bandziorów i twardzieli, rzadko mógł sobie na nie pozwolić. — Sama rozkosz. Odgrywam rolę adwokata diabła w procesie jezuity! A może — pomyślał głośno — może Abraham wynalazł Boga, bo chciał nadać znaczenie chaotycznemu, prymitywnemu światu?
A my zachowaliśmy wiarę w tego wynalezionego Boga i twierdzimy, że nas kocha, bo boimy się wielkiego i obojętnego wszechświata?
John popatrzył na niego i ocenił w myślach własną odpowiedź, ale zanim zdążył przemówić, zapomniany Nico zaskoczył ich obu uwagą:
— A może właśnie kiedy się boisz, możesz usłyszeć Boga, bo nasłuchujesz uważniej?
Było to ciekawe spostrzeżenie, ale, niestety, nie dla Johna Candottiego, który mógł zostać w każdej chwili wyssany z luku promu w przestrzeń kosmiczną, co kojarzyło mu się tylko z krwawą plamą.
— Nie wiem — powtórzył po długim milczeniu.
— Kondycja ludzka — westchnął Frans z teatralną przesadą.
— Jakże cierpimy z powodu naszych lęków i naszej niewiedzy!
— Rozpromienił się nagle. — I dlatego żarcie i seks sprawiają tyle przyjemności. Jadłeś już? — zapytał i nie czekając na odpowiedź, wstał i powlókł się w stronę kuchni, pozostawiając Johna wysysającego krew z palca.
Candottiego już nie było, kiedy Frans wrócił do stołu z pełnym talerzem. Uśmiechnął się do Nica siedzącego w kącie i nucącego Questo o ąuella z Rigoletto — jedynej opery, która się Fransowi naprawdę podobała.
— Nico — zaczął Frans, kiedy usiadł za stołem — ostatnie kilka tygodni spędziłem na uważnej obserwacji naszych podróżników i w przeciwieństwie do Candottiego, którego dręczą lęki egzystencjalne, doszedłem do nieuniknionego wniosku. Chciałbyś to usłyszeć? — Nico przestał nucić i spojrzał na niego: nie z oczekiwaniem, ale uprzejmie. Nico zawsze był uprzejmy. — Oto moja konkluzja, Nico. Uwierzę w cuda, jeśli ktokolwiek z nas wróci żywy z tej wyprawy — oświadczył z ustami pełnymi paglio fieno. — Nico, wiesz, kto to jest Runao?
— Marka starego samochodu?
Frans wypił łyk moscato d’Asti i nabrał kolejną porcję paglio.
— Nie, Nico, pomyliło ci się z Renault. Runao to jeden z Runów, ludu, który żyje na Rakhacie, dokąd zmierzamy. — Nico pokiwał głową. — Runao to coś w rodzaju krowy, która ma swoje zdanie. — Przez chwilę żuł w milczeniu, apotem przełknął. — Jego wysokość don Carlo jest megalomanem, którego ambicją jest zapanowanie nad narodem mówiących krów. Aby wypełnić tę zaszczytną misję, zebrał do kupy cyrkowego dziwoląga, przygłupa, czterech księży i kalekę, którego trzeba było zbić do nieprzytomności, żeby go wsadzić na pokład tego statku. — Frans pokręcił głową, ale natychmiast przestał, bo jego szczęki i podbródek poruszały się w zupełnie innym rytmie niż głowa. — Księża myślą, że lecą na Rakhat, żeby krzewić dzieło Boże, ale czy wiesz, Nico, dlaczego znaleźliśmy się tutaj my dwaj, ty i ja?
— Bo ja jestem tak cholernie gruby, że i tak nie będę się już w życiu pieprzył, więc wszystko mi jedno. A ty jesteś za głupi, żeby powiedzieć „nie”. Carlo nie zdołał namówić nikogo innego.
— Nieprawda — powiedział Nico z łagodnym przekonaniem. — Don Carlo postanowił lecieć, bo się dowiedział, że szefem ma zostać jego siostra Carmella.
Frans puścił do niego oko.
— Wiedziałeś o tym?
— Wszyscy wiedzieli, nawet japońskajakuza. Don Carlo był bardzo zakłopotany.
— Masz rację — przyznał Frans, zwłaszcza że nie chciał mieć żadnych kłopotów. Carlo był szefem, a Nico zrobiłby dla niego wszystko; kiedyś o mało nie zabił faceta, który złoił Carlowi skórę w bilardzie. — I przepraszam cię, Nico, że nazwałem cię głupcem.
— Powinieneś też cofnąć to, co powiedziałeś o Runach, Frans.
— Cofam to, co powiedziałem o Runach — zgodził się ochoczo Frans.
— Bo Runowie nie są krowami. To dobrzy ludzie — oświadczył Nico. — Źli są ci Jana.
— Ja tylko żartowałem, Nico.
Choć wieloletnie doświadczenie dowodziło czegoś zupełnie przeciwnego, Frans wciąż miał nadzieję, że Nico nauczy się kiedyś rozpoznawać ironię i sarkazm. Co wyraźnie wskazuje, kto tu naprawdę jest głupi, pomyślał Frans, nawijając na widelec nową porcję makaronu. — Modlisz się, Nico? — zapytał, żeby zmienić temat.
— Rano i przed snem. Zdrowaś Mario.
— Jak cię nauczyły siostry, co?
Nico kiwnął głową.
— Nazywam się Niccolo d’Angelli. „D’Angelli” znaczy „od aniołów”. Stamtąd właśnie przyszedłem, zanim trafiłem do domu. Aniołowie mnie podrzucili. Modlę się rano i przed zaśnięciem. Zdrowaś Mario.