Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Chodźmy, Guta, do mnie. Wypijemy, wpadniemy na dancing. Jednym słowem zabijemy czas. Bo widzę, że masz kiepski humorek.
Z Gutą nie gadam rybim językiem. Żadnych „eklerów” czy „futrzanych sejfów” — to nie ten kaliber.
Idziemy do mnie. Kątem oka widzę, jak nasi wujkowie przy-kleili się nosami do siebie, o czymś gaworzą.
— Jestem w ciąży, Red — mówi nagle Guta.
Omal mi butelka spod pachy nie wyleciała. Dobrze, że nie byłem kirny — złapałem.
Guta po swojemu tłumaczy moje milczenie. Zatrzymała się, patrzy na mnie i oświadcza:
— Tak więc, skoro postanowiłeś ze mną zerwać, zrywaj dzisiaj. Ale wiedz, że obejdę się i bez ciebie. Sama urodzę dziecko i sama je wychowam. Możesz więc spadać, razem ze swoją butelką! Wypij sobie z jakąś szmatą, masz ich dużo…
Patrzy na mnie, a przed moimi oczami wiszą zakrwawione szmaty. I zaczynam rozumieć, że właśnie teraz los mnie bierze naprawdę w obroty.
Guta wyrywa swoją rękę i już nie mówi, lecz syczy:
— Wynocha ode mnie! Dobrze matka mówi, nie potrzebuję takiego ogiera. Wynocha i żebym cię więcej nie widziała!
I nagle rozumiem, że nie zakrwawione szmaty nas połączyły.
— Poczekaj, Guta, z wieszaniem na mnie psów — mówię. — Jaskółeczko moja, czyja się od ciebie odmawiam?
A ona patrzy na mnie, ma łzy w oczach. A mnie napadł jakiś nerwowy śmiech i zaczynam rechotać, ale tak, że wujkowie nasi gapią się na siebie, i jeden z nich kręci palcem przy skroni.
— Od dziecka też się nie odmawiam — mówię przez śmiech. — Dlaczego mnie wypędzasz?
I w końcu Guta rozkwita. I staje się tak piękna, że mi serce gdzieś opada.
Co będzie dalej, Red? — mówię do siebie. Co będzie dalej?
Wiaczesław Rybakow
TRUDNO STAĆ SIĘ BOGIEM
(Rękopis do dziś nie odnaleziony)
Dobrze się stało czy źle — dialektycznie myśląc, należałoby oczywiście powiedzieć: i dobrze, i źle, a co przeważa, nie dowiem się aż do Sądu Ostatecznego — ale przeczytane w dzieciństwie książki wczesnych Strugackich ukazały mi świat, w którym, według mnie, naprawdę może żyć człowiek. Zapewne jakaś nie uświadamiana aprobata istniała i wcześniej, ale właśnie od chwili przeczytania tych książek realny świat stał mi się obcy. Podejrzewam, że sami Strugaccy w młodości również odczuwali coś podobnego; w przedmowie do drugiego wydania Południa praktycznie powiedzieli to otwarcie.
Niestety, rosyjscy wizjonerzy od wieków widzieli świat pożądany, wymarzony i niezbędny, które zasadniczo różnił się od świata realnego. W takich północnoamerykańskich Stanach sprawa jest prosta: więcej bankomatów, ekonomiczniejsze samochody, spadek przestępczości — i oto mamy świetlistą przyszłość. Przemiany mają charakter tylko ilościowy. U nas jest inaczej. Jeśli opisywany świat nie różni się od realnego jakościowo — nie jest to przyszłość, lecz jakaś parszywa fantastyka bliskiego zasięgu. Kiedy jednak organizacja społeczeństwa — najlepiej w skali świata — jest całkowicie inna, idealna, kiedy ludzie są w cudowny sposób pozbawieni kompleksów, agresji, lenistwa, obojętności… wtedy zapewne mamy do czynienia ze światem przyszłości.
Ale ten, kto jest zdolny do uczciwego i konsekwentnego myślenia, wcześniej czy później natknie się na problem: cóż to za bariera leży pomiędzy teraźniejszością i przyszłością? Między światem realnym i pożądanym?
Odsyłacze do ustroju społecznego szybko stały się jedynie martwymi dźwiękami rytualnego dzwonu czy gongu, które we wszystkich religiach towarzyszą każdej modlitwie. Rzeczywiście, ustrój zmienił się na bardziej postępowy, ale w latach sześćdziesiątych i tym bardziej siedemdziesiątych, na przekór temu oczywistemu faktowi, jasna przyszłość paradoksalnie odsuwała się. Realny świat pełzł ku dwudziestemu pierwszemu wiekowi, a sytuacja w kraju obsuwała się ku dziewiętnastemu… I teraz, kiedy ustrój ponownie zmienił się na bardziej postępowy, już na samym progu dwudziestego pierwszego wieku cały nasz kraj gruchnął — zamiast w czasy zwycięstwa humanizmu i lotów do gwiazd — w ogóle gdzieś w czternaste stulecie, w feudalne rozdrobnienie, nie kończące się spory, w bezprawie i bezbronność kmiotków, w wypraszanie kwitów na księstwa u tej czy innej kohorty…
Problem bariery między światem realnym i pożądanym stał się jednym z wiodących tematów w twórczości Strugackich. Bardzo szybko ognisko ich zainteresowania przesunęło się z rozpatrywania wzajemnego oddziaływania dobrego z natury człowieka z dobrym ustrojem na skupienie się na wzajemnym oddziaływaniu niedobrego z natury człowieka ze społeczeństwem, które z powodu takich niedobrych ludzi nie może stać się dobre. Strugaccy z całą siłą swego talentu uderzyli w mieszczucha filistra.
Ale filister nie złożył broni.
Dlatego ogniskowa ponownie zaczęła się przemieszczać — na niedobre społeczeństwo, które hoduje niedobrych ludzi, ponieważ może istnieć tylko wtedy, gdy opiera się na nich. System totalitarny pasożytuje na filistrach, dlatego produkuje filistrów. Dlatego Maja Tojwowna krzyknęła: „Precz z totalitaryzmem! Niech żyje wolność jednostki!”
Niestety, było to kolejne marzenie o jakościowej zmianie ustroju, nie bardziej produktywne niż zwiędłe dziesięć lat wcześniej marzenie „niech żyje komunizm”.
Ale w swoich najlepszych utworach, poświęconych grzechom nie społeczeństwa, lecz człowieka, Strugaccy wspaniale ukazali, dlaczego mieszczucha nie da się pokonać. Dlaczego nie da się go skusić ani promienną przyszłością, ani wdzięcznością społeczeństwa, ani rozkoszami tworzenia, ani oszałamiającymi tajemnicami Wszechświata…
Instynkt zachowania życia jest silniejszy od wszystkich tych pokus. Bardziej niż tworzyć, bardziej niż odkrywać i odgadywać, bardziej niż uszczęśliwiać wnuki, normalny człowiek chce po prostu żyć, i nic się na to nie poradzi. A wielowiekowe doświadczenie wyraźnie ukazuje, że wszystkie te pokusy nieuchronnie wiodą do tego, co ekspert sądowy nazywa uszkodzeniami ciała, prowadzącymi do utraty życia.
Stąd już zostaje tylko krok do fatalnego pytania, od czasów Hioba dręczącego porządnych ludzi: dlaczego człowiek poczciwy jest nieszczęśliwy, a nie poczciwy szczęśliwy? Na czym zasadza się pierworodne skrzywienie naszego świata? Dlaczego męty zawsze i wszędzie żyją sobie śpiewająco, a ludzie uczciwi, dobrzy, szlachetni, subtelni zbierają wszelkie kary ziemskie i niebiańskie?
Człowiek wierzący nie widzi w tym żadnej sprzeczności; w ciągu tysięcy lat genialni prorocy wspaniale zinterpretowali wszystko, co niewierzącemu wydaje się sprzecznością. Bóg bada swoje ukochane dzieci na wszelkie sposoby, by bez cienia wątpliwości przydzielić miejsce w raju, a szumowiny mogą sobie grzeszyć, burzyć, dręczyć poczciwych, ale na koniec, jeśli nie pokajaj ą się, bezapelacyjnie zostaną wtrąceni do piekła. Ale słowo daję, nawet dysponując taką podporą umysłową, trzeba mieć serce z kamienia, by mimo wszystko nie zacząć się buntować przeciwko takiemu postawieniu sprawy…
Jeśli religia nie daje ukojenia, można dokonywać interpretacji naukowych, socjologicznych; sam to robiłem. Na przykład: ludzkość powinna mieć określony procent etycznie zorientowanych osobników, a wspólny genetyczny program gatunku przewiduje ich niezawodne pojawienie się w każdym pokoleniu, ponieważ są jedynym naturalnym amortyzatorem, który chroni społeczeństwo przed całkowitym wymordowaniem się, ale sami ci osobnicy, jak to amortyzatory, zawsze znajduj ą się między młotem i kowadłem, i nie maj ą dokąd uciec — taka jest przewidziana dla nich funkcja biologiczna.