Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Przykleiłem na portret pokorę i mówię:
— Za co, sierżancie? Chociaż, proszę bardzo… Nie mam co ukrywać przed rodzoną policją, cały tu stoję. Jak na spowiedzi! — 1 udaję całkowitą i szczerą ochotę do wywrócenia bagażników.
Wyczaił, widzę, że nic nie mam. Dla widoku przejechał mi łapskami po bokach i mówi:
— Dobra, spadaj stąd… Zresztą poczekaj! Co mi tam — stój to stój.
— Chodzą — mówi — po mieście słuchy, że ty, Rudy, związałeś się z bandytami.
— Jakże tak można, sierżancie! — zdumiałem się naturalnie. Co to za fiut tak na mnie nakapował? Co to ja jestem, fioł marynowany, żeby się z bandytami wiązać?
— Az czego żyjesz? — pyta. — Ale garniturek na grzbiecie! Kra wacik…
No to ja się do jego ucha przykleiłem i szepczę:
— Przecież chłopak ze mnie jak lala, sierżancie. Czterdziestoletnie krowy same mi się na szyi wieszają. Po to i ubranko, i krawacik. Dochód może nieduży, ale żyć się da.
— Stroisz z siebie chłopa na zamówienie, tak?
No to ja skromnie spuściłem knedle. A on powiada:
— Długo z tego nie pożyjesz. Przyjdzie i do ciebie czwarta dycha. Wziąłbyś się, Rudy, za mózg. Przecież znałem twojego ojca.
Niepotrzebnie o tatulu zaczął. Orał ojciec w swojej fabryce, orał i nic nie naorał. Ani sobie, frajerowi, ani nam z maman.
— Dobrze, sierżancie — mówię. — Kapewu. Obiecuję zacząć pracę. Nie jutro, co prawda, ale obiecuję.
No i rozeszliśmy się, poszedłem dalej.
Doszedłem. Suseł już tam jest, filuje na boki. Facjatę ma do filmu, za cholerę nie pomyślisz, że to człowiek Perszerona. Schowaliśmy się za budkę telefoniczną. W budce stoi jakiś frajer, ślini się do słuchawki, ale skoro Susła to nie rusza, to i ja nie mam co się ciskać. Przekazał mi zielone — jak zwykle w milczeniu. A potem mówi:
— Perszeron prosił, żebyś zaniósł paczkę do Ernesta. Jaja sobie robi!
— A figę widziałeś?
— Nie widziałem — odpowiada. — Ale ty możesz zobaczyć. Zabieraj towar i jazda!
Widzę, że to nie żarty. Mało się nie przewróciłem.
— Co ty? — syczę. — Najmowałem się na kangura. Nie tak się umawialiśmy!
A ten patefon patrzy na mnie z dołu z takim uśmieszkiem i oświadcza:
— Przestań, Rudy! Wiedziałeś, w co się pakujesz. Perszerona też znasz! Nie lubi tych, którzy odmawiają, gdy on prosi!
No i tu się kiepsko poczułem. Myślałem sobie, że skubnę łatwo grosz, a potem Gutę zabiorę, wyrwę z tego miasta, i tyle mnie będą widzieli.
— Bójcie się Boga, chłopaki — mówię — co to, nie ma poza mną gońców?
— Nie strzęp się, Rudy — odpowiada Suseł. — Albo jesteś z nami na całość, albo… Sam rozumiesz! — Kuknął na boki, wyjął z kieszeni pakiet i wyciąga do mnie.
Pakiecik nieduży, małpki w otoczce. No to wsunąłem go, sam nie wiem dlaczego, w lewy bagażnik.
— Tylko uważaj, Rudy — powiada znowu Suseł. — Jakbyś chciał stąd wyrwać, z twojej Guty zostaną tylko ładne szmatki. A żeby cię nie kusiło i do ciebie, i do niej przykleiliśmy wujków. To wszystko, spadaj.
No to poszedłem. Zdążyłem tylko zobaczyć kątem oka, że frajer w czapce wylazł z budki, puścił oko do Susła, wypuścił mnie na dziesięć metrów i kilwateru się uczepił. Jak prawdziwa żaba…
W sumie nie pamiętam, jak dobrnąłem do Eldorado, przez cały czas miałem przed oczami szmatki Guty. Zakrwawione… Tylko raz pomyślałem, że gdyby teraz sierżant Decker mnie spotkał i zaczął penetrować — wpadłbym. Ale do lampy mi to teraz było.
Dobra, wchodzę do Eldorado. Wziąłem się w garść, twarz blacha. Ernest sterczy za barem, kuka na mnie. Uśmieszek na pysku. Zrozumiałem, że on i Perszeron są związani jednym sznureczkiem. Dlaczego wcześniej tego nie skumałem? To pewnie Ernie, suczy syn, i naprowadził na mnie Perszerona.
Ale teraz późno przeklinać los. Rozejrzałem się jeszcze raz, niby same znajome ryje, machają szuflami, czyli witają się. Nie da się tego ukryć, co nieco się z nimi wypiło…
— Hej, Rudy! — wrzeszczą z kąta. — Wiosłuj do nas! Patrzę na moich kolesiów: Szuwaks siedzi, szczerzy się — zęby białe na całą klawiaturę. Przy nim Okularnik, trzyma się szklanki. Widać nieźle już dmuchnęli. Machnąłem rączką, ale poszedłem do kontuaru: paczuszka z małpkami przypieka bok.
Przy kontuarze pusto jak głuchą nocą na miejskiej promenadzie. Podchodzę, zarzucam zad na stołek. Ernest natychmiast kapie mi na dwa palce do kolorowego kieliszka.
— Przyniosłeś towar?
— Świerzbi cię? — odpowiadam. — Mam ten twój towar.
— Zuch — mówi. — Nie kitwaś się, wypij, potem paczuszkę do szklanki włożysz.
— Co się mam kitwasić — mówię.
Ernest za plecami ma mordowizor na całą ścianę — odbijają się w nim nasze ryje. To znaczy mój ryj, a Ernesta przylizany tył głowy. Widzę więc w tym mordowizorze, jak do Eldorado wchodzi frajer w czapce. Mój nowo narodzony wujek…
Tak, wpadłeś na hak, Rudy. Za późno płakać. Dopijam, nieznacznie wkładam paczuszkę. Ernest umyślnie dał kolorową szklankę, żeby obce patrzałki nie widziały paczuszki. Siedzę dalej. W końcu Ernest przycumował przy mnie, zabrał szklankę, wsunął pod ladę.
— Dobra robota — mówi. — Jesteś wolny.
A uśmieszek na pysku ma taki, że można się powiesić. Albo na babie uwiesić. Ale nie pójdę teraz do Guty. Nie widziałem jej od pięciu dni, ale w takim nastroju nie pójdę. Natomiast mogę bryknąć do Cecylii Chalmers. Mam taką jedną. To nie krawężniara, nie. Fajna szprycha i lala jak malowanie. Jak to się mówi: dziewczyna dwudziestokaratowa. Sukienka trzeszczy na zderzakach, same się w łapy proszą. Tylny most akurat wykrojony na moje zapotrzebowanie, a najważniejsze, że czysta, dobrze to wiem. Poza tym pacierza i mnie nigdy nie odmawia. Przyjdę, cześć— cześć, gadu-gadu — i pakuj swojego eklera do futrzanego sejfu.
— Jeszcze polać? — pyta Ernest.
— Polej swojej koleżance — mówię. — Jeśli pozwoli. A dla mnie przygotuj flaszkę. I jakąś zakąskę.
— Wybierasz się do swojej Guty? — pyta Ernest. — Prawidłowo. Zrobiona sprawa, czeka zabawa.
Takiej nabrałem ochoty, by obić mu ryj, że sił brak, aby się powstrzymać. Ale utrzymałem łapy.
— Przymknij klapę — mówię. — Nie twój zasrany interes, dokąd idę.
Przytaszczył mi butelkę, spakował zakąchę w firmową torbę. Rzuciłem na bar zielonego i odcumowałem, tylko kolesiom zrobiłem pa, pa. Chłopacy zrozumieją.
Wychodzę na ulicę, za mną wujek w czapce. Znowu rzygać mi się zachciało, aż do utraty tętna. Powlokłem się do domu Cecylii.
I nagle patrzę — idzie mi na spotkanie Guta. Idzie, dziewczynka moja, obcasikami stuk-stuk, taka figurzasta, że dojki Cecylii od razu mi wyleciały z głowy. Rozumiem, że nie idzie tak sobie, po Brodwayu szpaciren, lecz że mnie szuka.
— Cześć, Guta — mówię. — Daleko się wybierasz?
A ona jak nie popatrzy na mnie, na cholerną flachę pod pachą, na torbę z zakąchą, i powiada:
— Dzień dobry, Red. Szukam ciebie.
— Po co? — pytam.
I widzę, że dwadzieścia metrów za jej plecami stoi frajer, niby gapi się na wystawę, a w naszą stronę kuka.
— Słuchaj, Red — mówi wyzywająco Guta. — Jeśli zamierzasz mnie rzucić, to rzucaj. Mam to w nosie.
Widzę, że coś nie tak, nigdy jeszcze takim tonem do mnie nie mówiła.
— A o co chodzi, Guta? — pytam. Milczy i patrzy w ziemię.
Wtedy biorę ją pod rękę i prowadzę w stronę domu. Mój frajer w czapce też tu jest, stoi, usilnie odgrywa czytanie gazety.