Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 152
Перейти на страницу:

Kenneth obejrzał się, słysząc tętent. Nadchodziła reszta podjazdu.

Jeźdźcy byli jakieś sto kroków od nich, galopowali wąską linią, by utrudnić życie kusznikom, ale rozpuszczali już konie, gotowi wpaść w krąg wozów i dokończyć dzieła.

– Pod wozy!

W chwili, gdy Kenneth rzucił rozkaz, koczownicy dostali salwę w bok. Oddział zwinął się jak wąż przyszpilony strzałą, spróbował zawrócić, by stawić czoła niebezpieczeństwu, ale było za późno. Bo w jego linię wbiła się kolumna rydwanów.

Górska Straż była pierwszy raz świadkiem takiego starcia. Rydwany przeciw konnicy. Być może w dzień, w pełnym świetle, gdy obie grupy widziałyby się z daleka, przewaga byłaby po stronie Se-kohlandczyków. Ale teraz rydwany okazały się zabójczo skuteczne.

Każdy ciągnęła para koni okrytych pikowanymi pancerzami, każdy miał dwuosobową załogę – woźnicę i łucznika – chronioną przez wysokie burty, i każdy był prawdziwą machiną wojenną. Strzelcy szyli do konnych, a woźnice, kierując jedną ręką, drugą ciskali krótkie dziryty. Przygotowani do szarży na pieszych koczownicy, bez łuków w rękach, dali się zaskoczyć.

Klin rydwanów przeciął ich kolumnę w pół, rozdzielił się z imponującą precyzją na dwie części i zawrócił. W tym starciu wygrywała masa i siła, podwójny zaprzęg był w stanie przewrócić i stratować wrogiego wierzchowca, strzały i dziryty zbierały obfite żniwo wśród jeźdźców i w kilka chwil zwarty oddział jazdy rozpadł się na pojedyncze grupki, walczące o przetrwanie.

Nagle z drugiego końca pola walki dobiegł ryk:

– Szósta! Szósta! Szósta!

I między konnymi i rydwanami pojawiły się sylwetki pieszych, doskakujące i tnące konie po pęcinach, ściągające jeźdźców na dół, szyjące z kusz. To był ostatni impuls, koczownicy zaczęli zawracać konie i uciekać w stronę równiny. Fenlo Nur stanął obok dowódcy, odchrząknął, splunął na ziemię.

– Nareszcie się zebrali – wycharczał.

– Pewnie coś ich zatrzymało, noc taka piękna, niektórzy woleliby pewnie pooglądać gwiazdy. – Kenneth starał się nie pokazać, jaką odczuł ulgę. Przez chwilę bał się, że garstka przy nim to wszystko, co zostało z kompanii. – Kłopoty z gardłem?

– Jeden suczy syn trafił mnie łokciem w szyję.

– Coś osobistego?

– Nie powiedział. Może chodziło o to, że wbijałem mu kord w brzuch.

– Takie coś potrafi sprawić, że człowiek zapomina o manierach.

– Właśnie.

Nur spojrzał mu w oczy i Kenneth poczuł chłód, to znów był ten spokojny, zimny wzrok mordercy. Z pewnością nie został jego ulubionym porucznikiem.

– To było dobre. – Młodszy dziesiętnik odezwał się pierwszy.

– Co?

– Dowodzenie. Zebrałeś ludzi, pokazałeś im, że nie są sami, poprowadziłeś do walki. Gdybyśmy mieli gorszego dowódcę, nikt nie zostałby żywy. Będą długo opowiadać sobie o tym, jak powaliłeś konia ciosem tarczy.

Cholera, a może jednak?

– Nur.

– Tak jest.

– Za odezwanie się na ty do dowódcy trzymasz podwójne warty przez najbliższe trzy noce. A teraz zajmij się rannymi.

– Tak jest!

Dziesiętnik stanął na baczność i zasalutował. Bez żadnego złośliwego grymasu na ustach.

Dopiero po chwili do Kennetha dotarło, co właściwie usłyszał. Nur widział, jak znokautował konia, i widział, jak zbierał ludzi, formując na powrót oddział. Czyli go obserwował. W czasie walki, wbijając komuś miecz w brzuch. Kim on do cholery był, że nie spuszczał wzroku z dowódcy? Od czasu do czasu słyszało się o takich żołnierzach, zgorzkniałych, żyjących w poczuciu krzywdy, uważających oficerów za zło wcielone i nienawidzących ich serdecznie. Ciekawe, czy gdyby sprawił się dzisiaj gorzej, to dostałby zabłąkanym bełtem?

Wykrzywił się i splunął tak samo siarczyście jak przed chwilą dziesiętnik. To nie był dobry czas na takie rozważania. Trzeba zająć się rannymi i pogrzebać zabitych.

* * *

Usiedli w kręgu, milcząc. Kenneth, Velergorf, Andan z głową obwiązaną szmatą, Bergh z prowizorycznie zszytym barkiem, Cerwes Fenl, którego skórzany pancerz przypominał sito, bo jeden z konnych złapał go na arkan i przeciągnął pięćdziesiąt jardów po ziemi, Versen-hon-Lawons i Omne Wenk z ręką na temblaku, Fenlo Nur. A za ich plecami reszta kompanii, kilkudziesięciu mężczyzn, każdy z kubkiem w ręku, niemal co drugi mniej lub bardziej poharatany.

Podliczyli już straty. Największe poniosły Pierwsza i Piąta dziesiątka, po czterech ludzi, w pozostałych było po jednym albo dwóch zabitych. Łącznie Szósta Kompania straciła piętnastu żołnierzy; drugie tyle było rannych. To znaczy rannych na tyle, że obniżało to ich sprawność bojową, bo takie drobiazgi, jak nadcięte ucho czy potłuczone żebra się nie liczyły. Stracili też pięć psów.

Milczeli. To był czas żałoby po towarzyszach. Tak się złożyło, że zginęło ośmiu starych i siedmiu nowych strażników, choć istniało jeszcze ryzyko, że proporcje się wyrównają, bo jeden z ludzi Omne Wenka miał ciężką ranę brzucha. Uzdrowiciele Verdanno starali się jak mogli.

And’ewers zrobił więcej, niż nakazywała przyzwoitość. Ranni strażnicy zostali otoczeni opieką nawet przed rannymi Wozakami. Być może miało to coś wspólnego z relacją zdaną przez Ger’serensa. Budowniczy opisał całe starcie, łącznie z tym, jak Velergorf zebrał połowę kompanii i osłaniał odwrót tych, którzy nie zginęli w pierwszym ataku, oraz że reszta strażników ściągnęła na siebie większość sił wroga. En’leyd obejrzał prowizoryczny krąg wozów wypełniony trupami koczowników i koni, policzył je i nic nie powiedział. Ale strażnicy mieli pierwszeństwo w opatrywaniu ran oraz opiece uzdrowicieli i czarowników.

Verdanno nie potrafili lub nie lubili dużo gadać, lecz mieli inne sposoby, by wyrazić wdzięczność i uznanie. Przed skromnym obozem Szóstej Kompanii rosła sterta podarunków. Beczułek wina, haftowanych koszul i jedwabnych kamizelek, nowych butów, pasów, broni w wysadzanych złotem i klejnotami pochwach. Co i rusz podchodziło kilka osób, kłaniało się bez słowa i zostawiało swój prezent.

Trudno o lepszy dowód uznania.

A mimo to, sącząc podarowane wino, Kenneth czuł pustkę.

Velergorf powiedział, że to pomoże. Pożegnanie. Bez słów, bez ubierania wspomnień o innych w żałobne kłamstwa, bez oszukiwania się. Ale kłamstwa nie byłyby potrzebne, bo to byli dobrzy ludzie, którzy zasłużyli sobie na tę chwilę ciszy. Kenneth podejrzewał jednak, że wcale nie chodzi o umarłych, lecz o żywych. To oni musieli uporać się ze śmiercią, z tym, że towarzysze, którzy jeszcze wczoraj śmiali się i żartowali, dziś leżą zawinięci w żałobne płótno.

Ustalili już mniej więcej przebieg starcia. Po pierwszym ataku Velergorf objął dowództwo. Udało mu się skupić przy sobie większość kompanii, dołączyć do zbierającej się gromady Wozaków i odeprzeć dwa ataki, zanim koczownicy wpadli na pomysł z ogniskami i zaczęli rozstrzeliwać obrońców. I tylko dzięki temu, że – jak to ujął – pan porucznik naszczał na gniazdo szerszeni, nie wyrżnęli wszystkich.

Kenneth w czasie walki dowodził swoją dziesiątką, która jak zwykle rozłożyła się w pobliżu, Piątą, trzymającą akurat wartę, i kilkoma innymi żołnierzami. A choć mogło się wydawać, że bitwa trwała pół nocy, nie była dłuższa niż kwadrans. Tyle zajęło Wozakom posłanie na dół setki rydwanów, bo tylko tyle mieli w gotowości. Niezły czas jak na zaskoczenie, które zgotowali im Jeźdźcy Burzy.

Bo zaatakowały ich Błyskawice Kyh Danu Kreda, trzeciego spośród dowódców Ojca Wojny. Verdanno wzięli żywcem kilku jeźdźców i już wiedzieli, że plemiona podległe Danu Kredowi wyruszyły wcześniej niż zwykle i kierowały się wzdłuż Olekadów na północ. Całe sto tysięcy dusz, oczywiście licząc kobiety, starców i małe dzieci. Danu Kredo miał pod sobą jakieś piętnaście tysięcy lekkiej jazdy i trzy tysiące Błyskawic oraz paru naprawdę potężnych Źrebiarzy, ale te wyliczenia były niedokładne, bo wśród Se-kohlandczyków prawo do posiadania konia i łuku miał każdy, bez względu na wiek i płeć. A to znaczyło, że przeciw Wozakom może stanąć trzydzieści albo czterdzieści tysięcy konnych. I tak, Kenneth uśmiechnął się gorzko, koczownicy wiedzieli. Wiedzieli, że przez Olekady przeprawia się właśnie armia Verdanno, że nieskończone, nieogarnione przeciętnym umysłem skarby w koniach, wozach, broni i ubraniach, złocie i srebrze wlewają się przez góry na wyżynę. I dlatego właśnie Kyh Danu Kredo poderwał swoje plemiona wcześniej niż zwykle, by zdobyć to bogactwo dla siebie. Był młody, ambitny, spragniony łupów i wierzył, że jego trzydzieści tysięcy jazdy zdoła ogarnąć jeśli nie wszystkie, to przeważającą większość wozackich bogactw. Bo ani bojowe wozy, ani rydwany nie wydawały mu się straszne. Był pewien, że zanim przybędzie reszta Se-kohlandczyków, zdoła pokonać prawowitych właścicieli wyżyny.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)