Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 152
Перейти на страницу:

Przynajmniej tak twierdzili jeńcy, a ponieważ przesłuchiwano ich osobno i wszyscy mówili to samo, wieści wyglądały na prawdziwe. Obozowisko u stóp rampy zaatakował tylko jeden a’keer, nie więcej niż sto dwadzieścia koni. Czoło sił Kyh Danu Kreda miały znajdować się trzy dni drogi na południe stąd.

A to oznaczało, porucznik zacisnął dłoń na kubku, aż pobielały mu kłykcie, że wszystko poszło na marne. Większość wozackiej armii tkwiła jeszcze pod Kehlorenem, Verdanno potrzebowali co najmniej dziesięciu dni, żeby przeprawić się przez góry, dziesięciu, a mieli trzy albo i mniej, bo na wieści przyniesione przez niedobitków podjazdu Syn Wojny z pewnością przyspieszy. Otoczy ich przy podnóżu gór, przyciśnie pierścieniem jazdy do Olekadów, nie pozwoli uformować się wielkim karawanom. A to właśnie te karawany, wędrujące bitewne obozy, były podstawą planu Wozaków. Jeśli nie wyruszą, wszystko przepadnie.

Całe to szaleństwo związane z przebijaniem się przez góry nie miało sensu. Wozacy powinni spalić rampę, zawalić wyrwane w trzewiach góry przejście i udać się pod zamek, niszcząc za sobą wybudowane drogi i mosty. A potem wrócić na Stepy.

Dzisiejszej nocy jego ludzie ginęli na darmo.

Nie powinno ich tu być, jego kompania nie powinna mieszać się w politykę Imperium, w zabawy przesuwające na mapie świata całe narody i zmieniające granice. Powinni siedzieć w Belenden i łapać bandytów.

Powiódł wzrokiem po swoich dziesiętnikach. Byli poważni, nieobecni, skupieni na własnych myślach. Nawet Velergorf siedział, wpatrując się w kubek, a wytatuowane czoło przecinała mu pionowa zmarszczka. Stracił w potyczce dwóch żołnierzy, z którymi służył od dziesięciu lat.

– To byli dobrzy ludzie – rzucił wreszcie.

– Dobrzy – zgodziła się reszta.

Najstarszy dziesiętnik uniósł kubek.

– Oby im się wiodło w drodze do Domu Snu i oby Matka łaskawym okiem spojrzała na ich dusze.

Wznieśli naczynia, wypili. Bo takie były stypy wśród żołnierzy Górskiej Straży, krótkie, ciche, intensywne. Kenneth odłożył kubek.

– Ilu ludzi nie da rady chodzić?

– Ośmiu. – Velergorf miał już wszystkie informacje. – Rozmawiałem z And’ewersem. Proponuje, żebyśmy ich zostawili w obozie, aż staną na nogi, albo odesłali linią noszowych do zamku. Nasz wybór. Reszta rannych da radę iść, choć niektórzy nie za bardzo nadają się do bitki.

– Dobrze. Wozak mówił, co zmierzają teraz zrobić?

– A jak pan myśli, poruczniku? – rozległ się z boku ochrypły głos.

And’ewers stał kilka kroków za ostatnimi żołnierzami. Wyglądał, jakby zaraz miał wyruszyć do walki, kolczuga o drobnych oczkach połyskiwała srebrzyście, hełm z nosalem ocieniał twarz, a lekki topór na długim stylisku obijał się o biodro. Towarzyszyło mu dwóch ludzi. Jeden wyglądał jak młodsza kopia kowala, dla żartu ubrana i uzbrojona w taki sam sposób, drugi, stojący nieco z boku, jak topielec wyciągnięty właśnie z wody. I to topielec w szarościach imperialnych Szczurów.

– Mój syn, Der’eko – dowódca karawany przedstawił młodego wojownika. – Kanewey Pierwszej Fali Obozu New’harr. Jutro poprowadzi swoje rydwany na południe. On i jeszcze osiem innych Fal. Pełne trzy Lawiny pod dowództwem Lamerei Awe’aweroh Mantoru.

Młodsza kopia And’ewersa skłoniła się sztywno, patrząc gdzieś nad głowami strażników. Kenneth odpowiedział skinieniem głowy, po czym rzucił dziesiętnikom:

– Przygotujcie ludzi do drogi. – Sam wstał i zaczął się przeciskać do kowala. Obecność Szczura znaczyła, że przyszły jakieś rozkazy.

– Więc spróbujecie – zaczął, gdy stanął przed And’ewersem.

– Oczywiście. Nie po to szliśmy taki kawał drogi. – Z twarzy Wozaka nie dało się wyczytać żadnych emocji. – Poza tym wiele się nie zmieniło, po prostu spotkamy koczowników trochę wcześniej.

Odeszli jeszcze kilka kroków na bok.

– Bez przygotowania i z większością wozów po drugiej stronie gór.

– Tylko co to zmienia?

Czarne oczy And’ewersa patrzyły spokojnie. Kenneth westchnął.

– Masz rację, to nie moja sprawa. Tak przez ciekawość, ile rydwanów wyślecie przeciw Se-kohlandczykom?

– Dziewięć Fal. Jakieś pięć tysięcy, z czego połowa ciężkich. Mniej więcej dwanaście tysięcy ludzi. Do tego Orne z kilkoma uczniami. Podobno wśród Źrebiarzy Danu Kreda jest Fendor Kawe Lahar. Ten sam, którego czary zniszczyły wiele naszych wozów w czasie Krwawego Marszu. Orne ma z nim do pogadania.

To nie wyglądało na zwykłe działania opóźniające, raczej na szykowanie się do dość poważnej bitwy.

– Będziecie chcieli trzymać ich z dala od rampy?

– To oczywiste. Podjąłeś decyzję, co z rannymi?

– Tak. Wolę, żebyście wysłali ich na tyły. Jak zacznie się walka, będziecie mieli dość problemów z własnymi.

– Dobrze.

Żaden z nich nawet nie spojrzał na przestępującego niecierpliwie z nogi na nogę Szczura. Najwyraźniej And’ewers miał takie samo zdanie o Wywiadzie Wewnętrznym, jak większość żołnierzy Górskiej Straży, bo Kenneth był gotów przysiąc, że na dnie jego oczu pojawia się błysk rozbawienia.

– Potrzebujecie czegoś? Żywności? Leków? Ubrań? Broni? Porucznik wskazał na stosy prezentów otaczające obozowisko.

– Raczej nie. I tak nie damy rady zabrać tego wszystkiego, więc dobrze by było, by nie przynoszono tu więcej rzeczy.

Kowal pokręcił głową.

– Straciliśmy w nocy prawie trzystu ludzi. A wy zabiliście połowę koczowników, mszcząc śmierć wielu z nich...

Kenneth żachnął się gniewnie.

– Nie chodziło nam o zemstę.

– Wiem. Lecz nie musieliście oznajmiać swojej obecności w ten sposób. – And’ewers wskazał na wbitą pośrodku obozu lancę, na której wciąż pobrzękiwały trzy se-kohlandzkie hełmy. – Gdybyście nie ściągnęli na siebie uwagi, zginęłoby więcej naszych. Więc przychodzą rodziny tych, którzy zginęli, i tych, którzy przeżyli. Nie mogę im tego zabronić.

Porucznik westchnął.

– Nie zabierzemy wszystkiego. Nie damy rady.

– Nie zmarnują się i nikt się nie obrazi. – Ciemne oblicze kowala rozjaśniło coś na kształt uśmiechu. – Jesteśmy wędrowcami, którzy rozumieją, że nadmiar może być kłopotem, lecz ważniejsze jest obdarowanie, a nie to, co obdarowany zrobi z prezentem. Jesteśmy też ludźmi praktycznymi. Rzeczy, których nie weźmiecie, trafią do wspólnego skarbca. Więc naprawdę niczego nie potrzebujecie?

– Kilku moich ludzi zainteresowało się waszymi nożami. – Kenneth wskazał na rękojeść kavayo wystającą zza pleców syna And’ewersa. – Na pewno się ucieszą z prawdziwej broni, a nie tych zabawek w złoconych pochwach.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)