Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Broni nie znaleźli. A zatem nie wszystko stracone. Chcą wojny, to będziemy wojowali.
– Z kim mamy wojować? Z Daniel-bekiem? – niepewnie zapytał Szlomo aptekarz.
Żydowskie szczęście II
O Czerkiesach wiadomo było, że pojawili się w Palestynie jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat temu z dekretu sułtana, który nagrodził swych wiernych baszybuzuków dobrymi ziemiami za męstwo w walkach z rosyjskimi i serbskimi giaurami. Zanim zostali tureckimi żołnierzami, ci kaukascy ludzie walczyli pod zielonymi sztandarami wielkiego Szamila, ojczyste góry zaś porzucili, nie chcąc stać się poddanymi cara. Jego osmańska wysokość, za przykładem sąsiada z północy, postanowił zafundować sobie własnych Kozaków, którzy będą oparciem dla sułtańskiej władzy w niespokojnych prowincjach podupadającego mocarstwa. Abdulhamid liczył na to, że kiedy da tym wojakom ziemię i zwolni ich z podatków, to dalej poradzą sobie sami. Będą pilnować niespokojnej arabskiej ludności, uprawiać ziemię i hodować barany. Tyle że dawni baszybuzucy nie zamienili się w Kozaków – zbyt długo, niemal przez sto lat, żyli z wojen i napadów, by teraz zająć się spokojną pracą.
Ich służba polegała na tym, że mieli pilnować porządku na drogach. Czerkiesi jednak zrozumieli tę misję na swój sposób – wkrótce okazało się, że każdy przejeżdżający musi im się opłacać. Kiedy zaś karawany handlowe zaczęły omijać czerkieskie auły i dochody zniknęły, śmiali ludzie znaleźli sobie nowe źródła zysku: zaczęli wynajmować się do tychże karawan jako strażnicy albo chwytali przestępców, za których głowę władze obiecywały nagrodę – czasami sami też zajmowali się rabunkiem albo porywali bogatych podróżnych dla okupu.
Policja nie chciała mieć z nimi do czynienia, bo każdy Czerkies od urodzenia był wojownikiem: od małości jeździł wierzchem, celnie strzelał, a szablą machał jak diabeł.
Auł, który rozłożył się nieopodal komuny „Nowe Megiddo", słynął z wojowniczości. O ile Czerkiesi z innych osad przyzwyczajali się stopniowo do osiadłego trybu życia, o tyle klan Daniel-beka uważał, że każda praca jest dla dżygita hańbą, i zarabiał na życie wyłącznie karabinem i kindżałem.
Tu chodziło o samego beka. Posunięty już w latach starzec, który całe życie spędził na koniu, mówił, że umrze także w siodle. Ale do umierania Daniel-bekowi było jeszcze daleko. Mimo ósmego krzyżyka był krzepki i żwawy – wziął sobie niedawno nową żonę, trzynastoletnią, która, jak powiadają, już jest w ciąży.
Pod swoim znakiem (sześcioramienna gwiazda z półksiężycem i końskim ogonem) Daniel-bek miał nie mniej niż pięćdziesięciu jeźdźców. Wieś urządzili tak samo jak na ojczystym Kaukazie. Na szczycie spadzistego wzgórza wystawili kamienną wieżę strażniczą, a wokół niej niskie sakle. Na wieży dniem i nocą stał wartownik, rozglądając się uważnie na wszystkie strony świata. Psów Czerkiesi nie trzymali, bo ich własne psy, które przywieźli ze sobą, nie wytrzymały palestyńskiego klimatu, a miejscowe rasy przybysze mieli za nic.
Ta właśnie okoliczność wydała się Magellanowi słabością czerkieskiej fortecy.
Kiedy członkowie komuny zrozumieli, że ich przywódca nie żartuje i że naprawdę chce wypowiedzieć wojnę Daniel-bekowi, na podwórzu chanu zapadła cisza. Wystraszyła się nawet Małke, która gotowa była popierać Magellana zawsze i we wszystkim – czy aby nie przesadził, czy nie odwrócą się od niego wszyscy pozostali?
Magellan jednak zachowywał się tak, jakby podobna możliwość nie przyszła mu nawet do głowy.
– Spójrzcie tutaj – zaczął rzeczowo, usypał kupkę ziemi i wetknął w nią patyczek. – To wzgórze, a to strażnica. Kamyki to sakle.
– A to? – zapytał ktoś, wskazując wijącą się kreskę.
– Rzeczka. Tutaj zbocze jest strome, niemal urwiste. A od południowego zachodu, o tutaj, łagodny spadek i droga...
Nieźle wymyślił z tą makietą. Wszyscy zgromadzili się wokół i zamiast spierać się i lamentować, przyglądali się Magellanowemu dziełu.
– Zadanie jasne – powiedział, wycierając ręce o spodnie. – Raz na zawsze oduczyć Czerkiesów napaści. I, rzecz oczywista, odebrać to, co zagrabili.
– Magellanie, oni przecież po dobremu nie oddadzą. Będą strzelali – odezwał się boleściwie Koloseusz.
– My też. Czy was nie uczyłem?
– Jeśli zabijemy choć jednego, uruchomimy mechanizm krwawej zemsty. Przecież opowiadano nam... I nie będzie temu końca...
Magellan przeciął dłonią powietrze.
– Postaramy się obyć bez ofiar. Jeśli jednak nie wyjdzie, trzeba będzie zlikwidować wszystkich Czerkiesów płci męskiej. Do ostatniego. Bo inaczej... Koloseusz ma rację... nigdy się z tego nie wypłaczemy.
– Naprawdę wszystkich? – zapytała Małke drżącym głosem. – Nawet małych chłopców? Rozległ się nerwowy śmiech. Sasza Briun powiedział:
– Wątpię, czy mógłbym wystrzelić do dorosłego, a co dopiero mówić o dziecku! Daj spokój,
Magellanie, to życie, a nie powieść Fenimore'a Coopera.
– W tym cały dowcip, Saszula, że to nie powieść, tylko życie. Albo postawi cię ono na czworakach, albo się nie dasz. – Magellan potrząsnął głową, a na czoło opadł mu kasztanowy kosmyk. Był teraz tak piękny, że Małke aż zamarła. – Arabowie nazywają Żydów ulad-el-mot, „synami śmierci", dlatego że wszystkiego się boimy. Pora pokazać i Arabom, i Czerkiesom, i Beduinom, że pojawili się nowi Żydzi, którzy nie boją się niczego. A ściślej, nie nowi, tylko starzy. Ci sami, do których ta ziemia należała dwa i trzy tysiące lat temu. Nie potraficie strzelać do ludzi – to się nauczycie. Kto zatem ze mną?
Małke natychmiast podniosła rękę i zawołała:
– Ja!
Po tym, jak zgłosiła się dziewczyna, tchórzyć było niezręcznie. Komunardzi jeden po drugim unieśli dłonie.
– Nie miałem wątpliwości. – Magellan wzruszył ramionami. – Będziemy działać następująco. Szlomo i Koloseusz zostaną pilnować chanu. Małke z nimi jako starsza. Baczcie, żeby nie wpadli Arabowie i nie rozkradli wszystkiego do reszty. Pozostali – za mną.
Ach, jaki chytrus! Żeby ugłaskać, wyznaczył ją jako starszą i zostawia w domu z dwoma zdechlakami!
Mowy nie ma!
– Mowy nie ma! – oświadczyła Małke. – Niechaj Szlomo i Koloseusz zamkną się i nikomu nie otwierają. A ja pójdę z wami. Jak równość, to równość!
I swoje osiągnęła, bądźcie tego pewni.
Dwudziestu czterech komunardów, wyciągniętych w łańcuszek, maszerowało pustą drogą przez rozległą dolinę. Nie było widać ani księżyca, ani gwiazd – niebo zaciągnęło się chmurami. Magellan prowadził swoje wojsko szybko, niemal biegiem – z pewnością celowo, żeby nie było kiedy rozmyślać i poddawać się zwątpieniu.
Winchestery miało tylko sześciu, reszta berdanki albo broń myśliwską. Małke zaś dostała się śrutówka, dobra jedynie na kaczki. Ledwie nadążając za Magellanem, wciąż sobie powtarzała: najpierw odwodzisz dwa małe haczyki, a potem naciskasz palcem wskazującym spust; najpierw haczyki, potem spust...
Plan (albo „rozkaz bojowy", jak po wojskowemu nazwał go Magellan) był następujący: wdrapać się na wzgórze od strony urwiska, bo tam pole widzenia z wieży jest ograniczone. Zaczaić się w krzakach i czekać na świtanie. Kiedy będzie wystarczająco jasno, żeby użyć broni, Magellan zastrzeli wartownika, a potem trzeba będzie co sił w nogach biec do wieży, zająć ją i trzymać pod ostrzałem cały auł. Jeśli ktokolwiek wysunie nos z sakli – strzelać, z góry wieś będzie widać jak na dłoni.