Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Trudniej było zrealizować inne postanowienie – mówić między sobą wyłącznie po hebrajsku. Starohebrajski znał dobrze tylko jeden spośród komunardów – Izia Jeszybotnik. Każdego wieczoru uczył pozostałych; wszyscy starali się, ale na razie rozmawiali po rosyjsku. Jak powiesz po hebrajsku „zapałki" albo „strzelba"? Izia wymyślał jakieś nowe słowa, na przykład „ogniowe patyczki" albo „grom-laska", ale nie był to już hebrajski, tylko czort wie co.
Co jeszcze postanowiono?
Nie przyjmować pomocy od barona Rothschilda, nie iść śladem innych przesiedleńców. Po pierwsze, Rothschild to kapitalista i wyzyskiwacz, a po drugie, trzeba zawsze polegać na własnych silach.
Żadnych parobków – uprawiać ziemię tylko własnymi rękami. Chyba nie po to utworzyli komunę, żeby wykorzystywać trud miejscowych proletariuszy? (Z tego powodu komuna natychmiast popsuła sobie stosunki z sąsiednią wsią arabską – fellachowie mieli nadzieję, że Żydzi dadzą im pracę).
Najbardziej brzemienna w skutki była rezygnacja z „ochrony", ponieważ Czerkiesi, Beduini i osiadli
Arabowie od dawna przywykli do tego źródła dochodów i nawet bili się między sobą o prawo opieki nad każdą żydowską osadą.
Do „Nowego Megiddo" przybyli posłańcy z obozu Beduinów, z czerkieskiego aułu i od miejscowego szejka, ale Magellan natychmiast ich odprawił: „Mamy broń, sami potrafimy się obronić".
Z tej przyczyny wypadło żyć niczym w oblężonej twierdzy.
Arabowie głównie kradli, ale Beduini i Czerkiesi okazali się prawdziwymi zbójami.
Którejś nocy zaczęli wrzeszczeć z ciemności i strzelać na oślep. Było strasznie, kule cmokały, wbijając się w glinę. Magellan rozdał broń i polecił wystrzelić salwą. Pomogło – krzyki ustały.
Rankiem zaś okazało się, że zniknęły trzy konie pociągowe, które pasły się na zewnątrz. Zniknął także obóz Beduinów. Koczownicy zwinęli namioty i oddalili się w nieznanym kierunku. Magellan chciał popędzić za nimi na jedynym ocalałym koniu, ale z trudem go powstrzymano.
Beduini odeszli, Arabowie i Czerkiesi jednak pozostali i tylko czekali na stosowną okazję.
Doktor Szerman, który mieszkał w rothschildowskiej osadzie Zichron-Jaakow, powiedział Magellanowi: „Niech pan nie upodabnia się do biblijnego króla Jozjasza, młody człowieku. Odmówił podporządkowania się faraonowi i zginął, a wraz z nim całe Królestwo Judzkie. Nawiasem mówiąc, rozstrzygająca bitwa rozegrała się w dolinie Megiddo, tu gdzie teraz stoimy".
Magellan mu na to: „Tutaj nasze królestwo zginęło, to i tutaj się odrodzi". Celnie powiedział, ładnie. Dzisiaj jednak, kiedy zakopano Rochele w gliniastej ziemi i kiedy doktor zaczął ponownie przekonywać Magellana, ów milczał, bo też nie miał co odpowiedzieć.
Doktor Szerman powiedział: „Do rozbójników można strzelać, czasami to pomaga. Do malarii jednak nie postrzelasz. Jak mogliście kupić ziemię w tak zakazanym miejscu, nie zasięgając rady nas, miejscowych? A przecież to dopiero początek, prawdziwe nieszczęście pojawi się latem, kiedy nastąpi szczyt gorączki. Oprócz ziemi ornej, leżącej w dole, należało jeszcze kupić działkę na wzgórzach. Czy nie zauważyliście, że miejscowi zasiedlają tylko tereny wyżej położone? Wiatr rozprasza tam bagienne wyziewy. Nawiasem mówiąc, ziemi na wzgórzach Arabowie za nic by wam nie sprzedali. To chytrusy, zaczekają do momentu, kiedy rozwinie się malaria i kiedy większość z was umrze, a wtedy za bezcen wykupią ziemię z powrotem. Albo po prostu zabiorą... I zepsuliśmy ich my, Żydzi. Dawniej utrzymywali się z własnej pracy – skąpo, ale uczciwie. My zaś swoimi żydowskimi pieniędzmi sprowadziliśmy ich z właściwej drogi. Po co uprawiać własną ziemię, jeśli można zarobić więcej, uprawiając cudzą? Po co się w ogóle wysilać, jeśli trafiają się tacy głupcy jak wy?"
Twarz Magellana coraz bardziej mroczniała. Popatrywał na swoich komunardów i słuchał posępnych proroctw. Aż nagle zahuczał: „Precz stąd, stary gawronie! Dosyć krakania!"
Doktor odjechał obrażony. Szkoda go, chciał jak najlepiej, ale Magellan postąpił słusznie. Składali wszak przysięgę: złożyć w tej ziemi własne kości, ale nie ustąpić ani na krok.
Rochele zaś kości już złożyła – pomyślała Małke i zadrżała, przypominając sobie, jak okropnie cmokała pod łopatami tłusta ziemia.
Pozbierała się jednak i powiedziała sobie: niechaj i tak będzie. Przyjadą inni. Już jadą. I nawet gdyby zakopano mnie w błotnistym cieście, to i tak będzie to lepsze, niż gdybym miała pozostać w domu i spędzić tam pięćdziesiąt albo nawet sto lat. Jakie to byłoby życie? Bezmyślna babska wegetacja: mąż, dzieci, codzienne troski.
A poza tym Magellan jest taki przystojny!
– Hej! Hej! Szybko do mnie! – zakrzyknął z dachu chanu Sasza Briun, który trzymał straż. – Tylko patrzcie!
Wcześniej, kiedy mieli psa, straży nie wystawiali. Magellan powiada, że koniecznie trzeba sprowadzić nowego psa, ale gdzie można znaleźć drugiego takiego jak Połkan?
Wszyscy rzucili się na górę, na punkt obserwacyjny, i zaczęli wpatrywać się w ciemność.
Nad rzeczką, tam gdzie godzinę temu pochowali Rochele, kłębiły się jakieś cienie.
– Rozkopują grób! – krzyczał Sasza. – Z początku nie wiedziałem, co oni tam... ale potem się przyjrzałem. Słowo honoru, rozkopują!
Zaczęli miotać się bez sensu, nie wiedząc, co począć. Po chwili pojawił się Magellan i zawołał: „Za mną!" Wówczas każdy chwycił, co miał pod ręką, topór albo berdankę, i pobiegł do eukaliptusa. Rochele leżała w błocie. Zupełnie naga. Zdarto z niej nawet spodnią koszulę – zdjęli wszystko.
Wściekły Magellan wyrwał rewolwer z kabury i ogromnymi susami popędził ścieżką, która prowadziła do arabskiej wsi. Było do niej dwie wiorsty.
Małke pierwsza się za nim rzuciła. Tracąc oddech, rozmazywała łzy po twarzy, ale mimo krótkich nóżek nie zostawała w tyle. Pozostali biegli za nimi.
Kiedy pokonali połowę drogi, ktoś z tyłu zawołał:
– Magellanie! Spójrz! Pożar!
Obejrzeli się i zobaczyli czarne kontury chanu, rozświetlone czerwonymi płomieniami. Natychmiast zawrócili. Teraz biec było trudniej, bo już brakowało tchu. Dom uratowali – na szczęście mieli w beczkach wodę. Spłonęła jedynie szopa dla zwierząt. Jednak worki z wyselekcjonowanymi nasionami zniknęły, nie było też obydwu krów i konia. Ze ściany wyrwano ogniotrwałą kasę wraz z żelazną rezerwą – trzema tysiącami rubli. Przepadła także nowiutka amerykańska brona, rzecz w Palestynie na wagę złota.
Na ziemi widniały ślady końskich kopyt.
– Podkute – powiedział Magellan, przyświecając latarką. – A zatem to nie Beduini. To Czerkiesi. Urządzili zasadzkę, czekali nocy. A tu taka okazja: wyskoczyliśmy sami, nie zamknęliśmy nawet bramy...
– To jest właśnie „żydowskie szczęście" – westchnął Koloseusz. – Co teraz poczniemy bez nasion, bez brony, bez pieniędzy?
Ktoś (Małke nie poznała głosu, tak był drżący) zaszlochał:
– Trzeba nam do Zichron-Jaakow. Bo tutaj zginiemy. Jedni lamentowali, inni wygrażali pięściami w bezsilnym gniewie, a jeszcze inni stali ze zwieszonymi głowami.
Małke płakała. Nie ze strachu, ale dlatego, że bardzo jej było żal Rochele i jeszcze krów, a zwłaszcza Łaciatej, która dawała całe dwa wiadra mleka.
Tylko Magellan nie przeklinał i nie wymachiwał rękami. Kiedy skończył ze śladami kopyt, poszedł sprawdzić, czy rabusie dobrali się do piwnicy, gdzie przechowywana była broń.
Gdy wrócił, powiedział spokojnie: