Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Czyli sprawa wyglądała jasno: mimo wygrania wielu potyczek i jednej czy dwóch bitew, powstańcy wciąż rozpaczliwie potrzebowali broni i pancerzy. Armia imperialna odnosiła sukcesy nie tylko dzięki dyscyplinie i taktyce, lecz również dzięki porządnemu i jednolitemu wyposażeniu. Nawet sto warstw materiału okręconych wokół głowy nie zastąpi dobrego, stalowego hełmu.
Zawróciła w chwili, gdy wejście do namiotu głównego uchyliło się i siwobrody weteran zaprosił ich do środka.
— Wejdźcie. Kahel-saw-Kirhu zaraz spotka się z generałem i jego ludźmi. Wasi przewodnicy mogą zostać.
Wnętrze było chłodniejsze, niż Kailean się spodziewała. Panował tu przyjemny półmrok, a kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do niego, zaczęła rozróżniać szczegóły. Po pierwsze, żadnego posłania, czyli dowódca niewolniczej armii traktował ten namiot jako swój sztab, a nie symbol statusu. Po drugie, stół pośrodku namiotu nie miał krzeseł ani ław, więc trzeba będzie stać. Po trzecie, przy stole ktoś postawił wysoką na jakieś siedem i pół stopy figurę z czarnego drewna.
Po jaką cholerę właściwie?
Figura błysnęła olśniewającym uśmiechem, zębami białymi jak śnieg, i przemówiła w bezbłędnym, choć dziwnie akcentowanym meekhu:
— A oto sławny pogromca ludzi-koni i jego oddział, którego prawie połowa to kobiety, ale może być. U nas też kobiety walczą, więc wiem, ile są warte. Kahelle prosił, by was powitać, więc to czynię. Witajcie w obozie Pułku Wilka, pierwszego pułku niewolniczej armii.
To był mężczyzna o skórze czarnej jak smoła, orlim nosie i ostro zarysowanych kościach policzkowych. Włosy miał ostrzyżone krótko, ledwo na palec, przy skroniach już szpakowate. Szeroki uśmiech zmiękczał jego drapieżne rysy, ale i tak ten wzrost! Na szeroki zad Szarowłosej, nawet Janne sięgałby mu ledwo do ramienia.
Kha-dar skłonił się leciutko.
— Genno Laskolnyk, jak zapewne już wiesz. A ty to…?
— Wybaczcie, och wybaczcie. — Czarny mężczyzna rozłożył szeroko ręce. — Jestem Uware Lew, pan Bawolego Rogu plemienia Guawe z Uawari Nahs. W tej chwili jestem gościem Krwawego Kahelle, podobnie jak i wy. To zaszczyt.
— Pan bawolego rogu? — Lea była chyba przekonana, że mężczyzna będzie mówił dalej i ją zagłuszy albo że ona sama dyskretnie szepcze. — Dlaczego mężczyźni zawsze zaczynają od najgłupszych przechwałek?
Kocimiętka parsknął śmiechem, po nim Faylen, Dag i sam Laskolnyk. Po chwili śmiali się wszyscy z czaardanu, tylko Lea stała, milcząc i czerwieniejąc się coraz bardziej. Wtedy rozległ się dźwięk, który musiał mieć moc odstraszania nocnych demonów. Uware Lew zaśmiał się na całe gardło, głowę odrzucił w tył i rechotał, aż zdawało się, że ściany namiotu zaczynają drżeć.
Gdy ucichł i otarł oczy, popatrzyli po sobie, przybysze z dalekiego Imperium i czarnoskóry wielkolud. Uczucie przytłaczającej obcości gdzieś się ulotniło.
— Mała jak nóż do skórowania i równie ostra — Uware zagadał pierwszy. — Jak masz na imię?
Kocimiętka otarł wąsy i zaczął:
— To jest…
— Sama powiem. Jestem Lea Kameney z Harundynów. — Lea wyprostowała się na całe swoje pięć stóp. — Łuczniczka z czaardanu Laskolnyka.
— Witaj, łuczniczko z czaardanu Laskolnyka. Oby twe dni płynęły spokojnie, a stada zawsze były tłuste. W tych czasach rzadko mam okazję do śmiechu, a ty ofiarowałaś mi go, nie żądając nic w zamian. Jestem twoim dłużnikiem.
W tej chwili jedna ze ścian namiotu uniosła się i do środka weszło trzech mężczyzn. Ten z przodu był szeroki w barach, średniego wzrostu, ubrany w lniany kaftan i takież spodnie, jego towarzysz z lewej nosił sukienne portki i skórzaną kamizelkę, a krzywe nogi mówiły więcej o jego kawaleryjskiej przeszłości niż tatuaż na piersi. Na widok tego tatuażu Kocimiętka sapnął, a Daghena parsknęła jak podrażniona kotka.
Rozwidlona błyskawica.
To był jeden z Jeźdźców Burzy Ojca Wojny. Jakim pokręconym kaprysem losu znalazł się tutaj w towarzystwie…
Aż otworzyła usta. Trzeci z wchodzących miał sześć stóp wzrostu, ciemne włosy zaplecione w krótki warkocz, a jego spodnie i koszulę ozdabiały wzory, które rozpoznałaby z zamkniętymi oczyma.
Verdanno. Jeden z Wozaków. W wieku And’ewersa lub starszy. Czyli mógł pamiętać Krwawy Marsz… I stał spokojnie ramię w ramię z Błyskawicą.
Poczuła czyjeś spojrzenie. Laskolnyk ruchem oczu wskazał jej Wozaka. Oczywiście. Jak tylko będzie okazja, kha-dar.
Ten w środku, pleczysty, odezwał się pierwszy:
— Witajcie. Jestem Kahel-saw-Kirhu, porucznik meekhańskiej armii, zasrany piechociarz, jak byście powiedzieli. To jest — wskazał na koczownika — Pore Lun Dharo, kiedyś dowodził a’keerem Błyskawic. Zresztą sądząc po tych radosnych uśmiechach, pewnie już się tego domyśliliście, ale pamiętajcie, że to przeszłość. Teraz Pore dowodzi tym, co nazywamy naszą kawalerią. I robi to doskonale. A to Kor’ben Olhewar, był felano Strumienia obozu Kay’we. Miał pod sobą dwieście rydwanów. Zajmuje się naszymi taborami. Ja jestem dowódcą piechoty. Jak widzicie, mamy tu przegląd wszystkich sztuk wojennych ze Wschodu Imperium, z dodatkiem — skinął głową w stronę czarnego mężczyzny — miejscowego barbarzyństwa.
Uware Lew uśmiechnął się tylko. Wcale nie wyglądał na urażonego.
— Obóz Kay’we dotarł za Amerthę niemal w całości. — Laskolnyk podszedł do Wozaka, wyciągając dłoń i odzywając się w anaho — ponad pięćset wozów.
— Ale jego rydwany nie. — Jeśli mężczyzna był zaskoczony, słysząc rodzinny język, nie dał nic po sobie poznać.
— Każda wędrówka ma swoją cenę, jak powiadają. — Kha–dar uścisnął mu rękę. — W obozie mówili, że gdyby nie ich felano, w ogóle nie dotarliby do Imperium.