Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 210
Перейти на страницу:

Czy­li spra­wa wy­glą­da­ła ja­sno: mimo wy­gra­nia wie­lu po­ty­czek i jed­nej czy dwóch bi­tew, po­wstań­cy wciąż roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­li bro­ni i pan­ce­rzy. Ar­mia im­pe­rial­na od­no­si­ła suk­ce­sy nie tyl­ko dzię­ki dys­cy­pli­nie i tak­ty­ce, lecz rów­nież dzię­ki po­rząd­ne­mu i jed­no­li­te­mu wy­po­sa­że­niu. Na­wet sto warstw ma­te­ria­łu okrę­co­nych wo­kół gło­wy nie za­stą­pi do­bre­go, sta­lo­we­go heł­mu.

Za­wró­ci­ła w chwi­li, gdy wej­ście do na­mio­tu głów­ne­go uchy­li­ło się i si­wo­bro­dy we­te­ran za­pro­sił ich do środ­ka.

— Wejdź­cie. Ka­hel-saw-Kir­hu za­raz spo­tka się z ge­ne­ra­łem i jego ludź­mi. Wasi prze­wod­ni­cy mogą zo­stać.

Wnę­trze było chłod­niej­sze, niż Ka­ile­an się spo­dzie­wa­ła. Pa­no­wał tu przy­jem­ny pół­mrok, a kie­dy jej oczy przy­zwy­cza­iły się do nie­go, za­czę­ła roz­róż­niać szcze­gó­ły. Po pierw­sze, żad­ne­go po­sła­nia, czy­li do­wód­ca nie­wol­ni­czej ar­mii trak­to­wał ten na­miot jako swój sztab, a nie sym­bol sta­tu­su. Po dru­gie, stół po­środ­ku na­mio­tu nie miał krze­seł ani ław, więc trze­ba bę­dzie stać. Po trze­cie, przy sto­le ktoś po­sta­wił wy­so­ką na ja­kieś sie­dem i pół sto­py fi­gu­rę z czar­ne­go drew­na.

Po jaką cho­le­rę wła­ści­wie?

Fi­gu­ra bły­snę­ła olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem, zę­ba­mi bia­ły­mi jak śnieg, i prze­mó­wi­ła w bez­błęd­nym, choć dziw­nie ak­cen­to­wa­nym me­ekhu:

— A oto sław­ny po­grom­ca lu­dzi-koni i jego od­dział, któ­re­go pra­wie po­ło­wa to ko­bie­ty, ale może być. U nas też ko­bie­ty wal­czą, więc wiem, ile są war­te. Ka­hel­le pro­sił, by was po­wi­tać, więc to czy­nię. Wi­taj­cie w obo­zie Puł­ku Wil­ka, pierw­sze­go puł­ku nie­wol­ni­czej ar­mii.

To był męż­czy­zna o skó­rze czar­nej jak smo­ła, or­lim no­sie i ostro za­ry­so­wa­nych ko­ściach po­licz­ko­wych. Wło­sy miał ostrzy­żo­ne krót­ko, le­d­wo na pa­lec, przy skro­niach już szpa­ko­wa­te. Sze­ro­ki uśmiech zmięk­czał jego dra­pież­ne rysy, ale i tak ten wzrost! Na sze­ro­ki zad Sza­ro­wło­sej, na­wet Jan­ne się­gał­by mu le­d­wo do ra­mie­nia.

Kha-dar skło­nił się le­ciut­ko.

— Gen­no La­skol­nyk, jak za­pew­ne już wiesz. A ty to…?

— Wy­bacz­cie, och wy­bacz­cie. — Czar­ny męż­czy­zna roz­ło­żył sze­ro­ko ręce. — Je­stem Uwa­re Lew, pan Ba­wo­le­go Rogu ple­mie­nia Gu­awe z Uawa­ri Nahs. W tej chwi­li je­stem go­ściem Krwa­we­go Ka­hel­le, po­dob­nie jak i wy. To za­szczyt.

— Pan ba­wo­le­go rogu? — Lea była chy­ba prze­ko­na­na, że męż­czy­zna bę­dzie mó­wił da­lej i ją za­głu­szy albo że ona sama dys­kret­nie szep­cze. — Dla­cze­go męż­czyź­ni za­wsze za­czy­na­ją od naj­głup­szych prze­chwa­łek?

Ko­ci­mięt­ka par­sk­nął śmie­chem, po nim Fay­len, Dag i sam La­skol­nyk. Po chwi­li śmia­li się wszy­scy z cza­ar­da­nu, tyl­ko Lea sta­ła, mil­cząc i czer­wie­nie­jąc się co­raz bar­dziej. Wte­dy roz­legł się dźwięk, któ­ry mu­siał mieć moc od­stra­sza­nia noc­nych de­mo­nów. Uwa­re Lew za­śmiał się na całe gar­dło, gło­wę od­rzu­cił w tył i re­cho­tał, aż zda­wa­ło się, że ścia­ny na­mio­tu za­czy­na­ją drżeć.

Gdy ucichł i otarł oczy, po­pa­trzy­li po so­bie, przy­by­sze z da­le­kie­go Im­pe­rium i czar­no­skó­ry wiel­ko­lud. Uczu­cie przy­tła­cza­ją­cej ob­co­ści gdzieś się ulot­ni­ło.

— Mała jak nóż do skó­ro­wa­nia i rów­nie ostra — Uwa­re za­ga­dał pierw­szy. — Jak masz na imię?

Ko­ci­mięt­ka otarł wąsy i za­czął:

— To jest…

— Sama po­wiem. Je­stem Lea Ka­me­ney z Ha­run­dy­nów. — Lea wy­pro­sto­wa­ła się na całe swo­je pięć stóp. — Łucz­nicz­ka z cza­ar­da­nu La­skol­ny­ka.

— Wi­taj, łucz­nicz­ko z cza­ar­da­nu La­skol­ny­ka. Oby twe dni pły­nę­ły spo­koj­nie, a sta­da za­wsze były tłu­ste. W tych cza­sach rzad­ko mam oka­zję do śmie­chu, a ty ofia­ro­wa­łaś mi go, nie żą­da­jąc nic w za­mian. Je­stem two­im dłuż­ni­kiem.

W tej chwi­li jed­na ze ścian na­mio­tu unio­sła się i do środ­ka we­szło trzech męż­czyzn. Ten z przo­du był sze­ro­ki w ba­rach, śred­nie­go wzro­stu, ubra­ny w lnia­ny ka­ftan i ta­kież spodnie, jego to­wa­rzysz z le­wej no­sił su­kien­ne por­t­ki i skó­rza­ną ka­mi­zel­kę, a krzy­we nogi mó­wi­ły wię­cej o jego ka­wa­le­ryj­skiej prze­szło­ści niż ta­tu­aż na pier­si. Na wi­dok tego ta­tu­ażu Ko­ci­mięt­ka sap­nął, a Da­ghe­na par­sk­nę­ła jak po­draż­nio­na kot­ka.

Roz­wi­dlo­na bły­ska­wi­ca.

To był je­den z Jeźdź­ców Bu­rzy Ojca Woj­ny. Ja­kim po­krę­co­nym ka­pry­sem losu zna­lazł się tu­taj w to­wa­rzy­stwie…

Aż otwo­rzy­ła usta. Trze­ci z wcho­dzą­cych miał sześć stóp wzro­stu, ciem­ne wło­sy za­ple­cio­ne w krót­ki war­kocz, a jego spodnie i ko­szu­lę ozda­bia­ły wzo­ry, któ­re roz­po­zna­ła­by z za­mknię­ty­mi oczy­ma.

Ver­dan­no. Je­den z Wo­za­ków. W wie­ku And’ewer­sa lub star­szy. Czy­li mógł pa­mię­tać Krwa­wy Marsz… I stał spo­koj­nie ra­mię w ra­mię z Bły­ska­wi­cą.

Po­czu­ła czy­jeś spoj­rze­nie. La­skol­nyk ru­chem oczu wska­zał jej Wo­za­ka. Oczy­wi­ście. Jak tyl­ko bę­dzie oka­zja, kha-dar.

Ten w środ­ku, ple­czy­sty, ode­zwał się pierw­szy:

— Wi­taj­cie. Je­stem Ka­hel-saw-Kir­hu, po­rucz­nik me­ekhań­skiej ar­mii, za­sra­ny pie­cho­ciarz, jak by­ście po­wie­dzie­li. To jest — wska­zał na ko­czow­ni­ka — Pore Lun Dha­ro, kie­dyś do­wo­dził a’ke­erem Bły­ska­wic. Zresz­tą są­dząc po tych ra­do­snych uśmie­chach, pew­nie już się tego do­my­śli­li­ście, ale pa­mię­taj­cie, że to prze­szłość. Te­raz Pore do­wo­dzi tym, co na­zy­wa­my na­szą ka­wa­le­rią. I robi to do­sko­na­le. A to Kor’ben Ol­he­war, był fe­la­no Stru­mie­nia obo­zu Kay’we. Miał pod sobą dwie­ście ry­dwa­nów. Zaj­mu­je się na­szy­mi ta­bo­ra­mi. Ja je­stem do­wód­cą pie­cho­ty. Jak wi­dzi­cie, mamy tu prze­gląd wszyst­kich sztuk wo­jen­nych ze Wscho­du Im­pe­rium, z do­dat­kiem — ski­nął gło­wą w stro­nę czar­ne­go męż­czy­zny — miej­sco­we­go bar­ba­rzyń­stwa.

Uwa­re Lew uśmiech­nął się tyl­ko. Wca­le nie wy­glą­dał na ura­żo­ne­go.

— Obóz Kay’we do­tarł za Amer­thę nie­mal w ca­ło­ści. — La­skol­nyk pod­szedł do Wo­za­ka, wy­cią­ga­jąc dłoń i od­zy­wa­jąc się w ana­ho — po­nad pięć­set wo­zów.

— Ale jego ry­dwa­ny nie. — Je­śli męż­czy­zna był za­sko­czo­ny, sły­sząc ro­dzin­ny ję­zyk, nie dał nic po so­bie po­znać.

— Każ­da wę­drów­ka ma swo­ją cenę, jak po­wia­da­ją. — Kha–dar uści­snął mu rękę. — W obo­zie mó­wi­li, że gdy­by nie ich fe­la­no, w ogó­le nie do­tar­li­by do Im­pe­rium.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)