Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 111
Перейти на страницу:

- I dlatego teraz my jesteśmy tutaj, w Damarkandzie - zgadłem.

- Tak właśnie. To już przecież powiedziałem. Ceny towaru z Damarkandy idą w dół, co wypycha z rynku konkurencję. Tamci trzej palili opium, które wyszło właśnie stąd. Musieli być jednymi z pierwszych, którzy dostali to nowe, tańsze opium. - Zamyślił się nad własnymi słowami.

Przestałem go wypytywać, a zamiast tego powiedziałem o wszystkim, czego dowiedziałem się ja. Znowu aż tak wiele tego nie było. Na rynku robiło się trochę gorąco, nowi bandyci próbowali wywalczyć sobie teren, starzy trzymali pozycje. Oraz zdążyłem już zabić trzech ludzi. W tym akurat nie widziałem nic szczególnego.

- Macie jakiś plan? - zapytał.

Nigdy nie pytał o plany. No, chyba że chciał mnie prosić o jakąś przysługę.

- Mam - zaskoczyłem go. - Zamierzam pracować dalej dla Bandarilla i od czasu do czasu szturchnąć kogoś, kto się tego nie spodziewa.

Łasiczka o mały włos nie zakrztusił się piwem.

- Tylko się hamujcie, bo inaczej trup będzie się ścielić gęsto, a my i tak nic z tego nie będziemy mieć.

Wzruszyłem ramionami. Takie już jest ryzyko zawodowe. Nie mogłem się przecież troszczyć o zdrówko każdego obywatela w tym mieście.

- A wy?

- Będę węszył, kto kogo przekupuje, kto kogo szantażuje… Dobrze by było, gdybyście zdołali się dowiedzieć, skąd do Damarkandy spływa cały ten towar. Plantacji maku jest sporo…

To akurat interesowało wszystkich w tym biznesie i każdy tego typu informacje trzymał dla siebie. Nie było to coś, o czym dyskutowało się podczas niezobowiązujących pogawędek.

Dopiliśmy drugi dzban. Zanim go zdążyłem odstawić, Łasiczka znów wstał i z korytarza przyniósł trzeci.

- To już ostatni - westchnął. - I już wcale nie taki chłodny.

Ostatniemu dzbanowi piwa tyle można było wybaczyć.

- Zazwyczaj nie jesteście tacy hojni. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Postawić trzy kolejki bez rewanżu… Stał się z was normalnie inny człowiek.

Łasiczka pokręcił głową.

- Świętuję. Próbuję oswoić się z myślą, że wciąż jeszcze żyję.

Nie przerywałem, czekałem na dalszy ciąg. Nie zawiodłem się.

- Wywinąłem się ostatnio o włos. Było tak, że to już nawet nie zależało ani ode mnie, ani od nikogo innego. Wyobraźcie sobie, że podrzuciliście w górę monetę, ale zarówno orzeł, jak i reszka oznaczają śmierć. No i mnie ta moneta spadła na krawędź, po czym odtoczyła się gdzieś w błoto.

Rozumiałem go. Mnie już też podobne rzeczy w życiu spotkały. Łasiczka korzystał z życia, na ile potrafił. Mógł trafić lepiej niż w moje towarzystwo, ale i to lepsze, niż leżeć gdzieś martwym. Przynajmniej dla niego.

- Co u Zuzanny?

Moja córka Zuzanna, podobnie jak ja i Łasiczka, pracowała dla K. Tylko że ona wystawiała się na większe niebezpieczeństwo niż my obaj razem wzięci. Nie mogłem jej w tym przeszkodzić, więc przynajmniej próbowałem o tym nie myśleć. Życie zdążyło mnie już nauczyć, i to w bardzo bolesny sposób, że ludziom, na którym nam najbardziej zależy, nie wolno stawać na drodze, że należy im pozwolić wieść życie tak, jak oni sami zadecydowali. Nawet gdyby mogło ich to kosztować najwyższą cenę. Miałem nadzieję, że przyjdzie mi umrzeć wcześniej niż Zuzannie, ale jedyne, co mogłem w tej sprawie uczynić, to zabijać po kolei wszystkich naszych wspólnych wrogów, aby zostało ich mniej dla niej samej.

Coś z tego, o czym rozmyślałem, musiało się dać wyczytać z mojej twarzy, bo Łasiczka uniósł rękę w przepraszającym geście.

- Książę jest wam dłużny więcej niż komukolwiek innemu na świecie. Jestem przekonany, że gdybyście go poprosili, nie powierzałby jej takich zadań… - Sam się zorientował, że jego rada nie ma sensu, i zamilkł.

Dopiliśmy piwo, pan Łasiczka wstał i poszedł świętować fakt, że żyje, z kimś innym, przystępniejszym w obejściu. Zostałem w pokoju sam na sam z kilkoma pełnymi butelkami gorzałki, która przez pośledniej jakości szkło wyzierała na mnie z tanich butelek. Własnego życia nigdy jakoś wysoko nie ceniłem, a ostatnimi czasy traciło ono na wartości wręcz z każdym dniem. Jeśli po zakończeniu tej wojny, która właśnie nabierała rozpędu, jakimś cudownym zrządzeniem losu będę jeszcze w dalszym ciągu pośród żywych, wiedziałem, co ze sobą zrobię. Zaplanowałem sobie, iż załaduję cały wóz wódką, odjadę w jakieś ustronne miejsce i będę pił i pił, aż ogarnie mnie ciemność, aż znikną wszystkie wspomnienia, aż zniknę wreszcie ja sam. Wiedziałem jednak, że na takie szczęście nie miałem co liczyć. Z pewnością czekało mnie coś gorszego, niż byłbym sobie w stanie wyobrazić. Jak zawsze zresztą. Jednak każdy człowiek potrzebuje czegoś, w co będzie mógł wierzyć i z czego się cieszyć, bez względu na to, w jak ciężkiej się znajdzie sytuacji. Mimo moich własnych uporczywych starań nie byłem tu żadnym wyjątkiem.

Księżycowi do pełni brakowało już tylko kilku nocy, nocne niebo lśniło gwiazdami tak licznymi, że aż wydawało się, iż wszystkie na nieboskłonie się nie zmieszczą, a starannie przygotowany koktajl stymulantów sprawiał, że wszystko stawało się jeszcze wyraźniejsze. Dostrzegał poszczególne kamyki pod nogami, szpary w ścianie oraz które okna zostały zasłonięte okiennicami.

Zatrzymał się w cieniu krótkiej arkady i poczekał, aż minie go patrol straży. Tutaj, w najelegantszej części miasta, były one dość częste. Co więcej, oprócz straży miejskiej na ulicach również natykał się na prywatne patrole opłacane bezpośrednio przez bogatych mieszkańców dzielnicy.

Para strażników zniknęła za rogiem, dudniące echo ich kroków milkło powoli, aż nastała cisza. Prawie, bo wyostrzony stymulantami słuch wychwytywał i zwielokrotniał najdrobniejszy nawet dźwięk. Dom Harbirgera, cesarskiego głównego śledczego, był częścią budowli będącej niegdyś murem obronnym wewnętrznego miasta. Oznaczało to, iż bocznymi ścianami stykał się z sąsiadującymi budynkami, zaś jego fasada pełniła kiedyś funkcję obronną, co nawet teraz dało się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Wewnątrz tego okręgu znajdował się okazały park zapewniający mieszkańcom ciszę i spokój. Wiodło do niego kilka dróg, jednak zostały one pozamykane wrotami albo stały się ukrytymi korytarzami, z których korzystała służba. Wszystkie bez wyjątku były strzeżone przez specjalnie szkoloną ochronę oraz szereg nieprzyjemnych niespodzianek, jako że majętni tego świata mają tendencję do paranoi i boją się wszystkiego. Wiedział o tym aż nadto dobrze.

Właśnie z tego powodu najniebezpieczniejsza droga, czyli wspinaczka po kamiennej ścianie aż do rezydencji wybudowanej na samym szczycie obronnej konstrukcji, wydawała się jednak wyjściem najłatwiejszym.

Od ściany dzielił go jedynie wąski pas wolnej przestrzeni, kiedy go pokona, nie będzie już odwrotu, jego jedyną szansą pozostaną zwinność i szybkość. Decyzję podjął już dawno, nie było miejsca na wahanie. Rozbiegł się drobnymi krokami, równocześnie nasłuchując, czy wszystkie części jego oporządzenia zostały dobrze umocowane, czy nic nie podzwania, nie chrzęści, nie lata luźno. Przystanął dopiero pod ścianą, po czym zaczął się zwinnie piąć w górę. Wąziuteńkie gzymsy okien zaprojektowane tak, aby nie dawać oparcia potencjalnym włamywaczom, dla niego były niczym szerokie stopnie schodów, najdrobniejsze nawet szpary między kamieniami, niewidoczne dla oka, opuszkom jego palców dawały aż nadto oparcia, podeszwy butów ze specjalnie przygotowanej skóry łapały przyczepność nawet na zdawałoby się gładkiej powierzchni. Dzięki temu wszystkiemu parł w górę niczym gigantyczny pająk, który zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy z istnienia czegoś takiego jak przyciąganie ziemskie. W czasie nie dłuższym, niż normalnemu człowiekowi zabrałoby przejście stu kroków, pokonał wzwyż pięć pięter, przy czym jego oddech jedynie minimalnie przyspieszył. Koniec wspinaczki był na wyciągnięcie ręki, najtrudniejsze miał już za sobą. Sięgnął wzwyż, dłoń w rękawicy bez palców pewnie chwyciła kamienny rzygacz. Przesunął środek ciężkości, sięgnął drugą ręką, by chwycić za górną krawędź ściany. W tym momencie kamienna figura, przez całe dziesięciolecia odprowadzająca wodę z dachu, nie wytrzymała i ułamała się. Zanim jednak runął w ślad za nią, w ostatnim momencie palce dłoni zdołały zaczepić się o krawędź dachu. Przez chwilę wisiał tak bez ruchu, w jego uszach wciąż rozbrzmiewał trzask rozpryskującego się w dole pod nim kamienia. Był silny, to prawda, ale musiał teraz pokonać wagę całego swego ciała, mając za jedyny punkt zaczepienia koniuszki palców jednej dłoni i mając wszystkie ścięgna i mięśnie rozciągnięte do granic możliwości. Jego wyostrzony słuch zarejestrował szybko zbliżające się kroki kolejnego patrolu. Poczuł, że palce zaczynają mu się obsuwać. Miałby więc umrzeć od upadku z wysokości? Tak banalnie? Tak… niesprawiedliwie? Rozprostował drugą rękę, obrócił się płasko twarzą do ściany i powoli, ostrożnie sięgnął ponad głowę. Spróbował podciągnąć się choćby minimalnie, z nadludzkim wysiłkiem zginając rękę w łokciu. Zyskał niewiele ponad kilka milimetrów, ale więcej mu nie było potrzeba. Kiedy krawędź dachu uchwyciły palce drugiej ręki, reszta okazała się już łatwiejsza niż przekroczenie progu w drzwiach. Przez chwilę pozostał tak, jak leżał, na lekko pochyłym dachu, otoczonym niewysokim, kamiennym obmurowaniem. Dopiero teraz poczuł, jak dopada go wyczerpanie, i uświadomił sobie pełnię ryzyka, na jakie się wystawił, którego o mały włos nie przypłacił właśnie życiem i które… które nie powstrzyma go przecież przed kontynuacją zamierzonego planu. Każdy, kto miałby choć odrobinę rozsądku, zrezygnowałby w takiej chwili, tyle że przecież… Uśmiechnął się, choć tak naprawdę był to jedynie mechaniczny grymas ust, wspomnienie po prawdziwym uśmiechu, jaki nie gościł na jego ustach już od lat. Powietrze miało smak… chłodny. To jeden ze skutków ubocznych narkotyków, których używał. Podczas gdy jedne zmysły zyskiwały na wyrazistości, inne bledły, zatracały się. Wstał i ruszył dalej za swoim celem. Poprzez podeszwy butów wyczuwał dachówki tak wyraźnie, jakby kroczył boso. To może nawet i lepiej.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)