Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— Wieczność! Wieczność!
Potem nastąpił błysk, którego jasność dotarła nawet pod warstwę zwalonych na siebie ciał, i ziemia zadrżała. Zostałem wyrzucony w górę — zderzyłem się głową z innym człowiekiem — po czym upadłem z powrotem na ziemię i straciłem na chwilę przytomność.
13. BOMBARDOWANIE
Ocknąłem się i zobaczyłem, że Moses chwycił mnie pod pachy i wyciąga spod leżących ciał. Stopa zaplątała mi się w coś — chyba ramę roweru — i krzyknąłem. Moses dał mi chwilę czasu, bym uwolnił nogę, a potem oswobodził mnie.
— Nic się panu nie stało?
Dotknął mojego czoła koniuszkami palców i pozostała na nich krew. Zobaczyłem, że zgubił plecak.
Byłem oszołomiony i wydawało mi się, że ogromny ból tylko czyha, by zaatakować moją głowę. Wiedziałem, że kiedy minie mi to chwilowe odrętwienie, faktycznie będę cierpiał. Nie było jednak czasu.
— Gdzie Nebogipfel? — zapytałem.
— Tutaj.
Morlok stał na ulicy, nie doznał żadnych obrażeń. Stracił jednak czapkę, a jego gogle znaczyła siateczka pęknięć po uderzeniu jakiegoś odłamka. Jego notatki wskutek rozerwania teczki leżały porozrzucane i Nebogipfel obserwował, jak podmuch wiatru porywa kartki.
Wskutek wybuchu i wstrząsu ludzie byli rozrzuceni jak kręgle. Leżeli wokół nas w niewygodnych pozycjach, zwaleni na siebie, z wyciągniętymi ramionami, poskręcanymi stopami, otwartymi ustami, wytrzeszczonymi oczami; starzy przykrywali ciała młodych kobiet, jakieś dziecko spoczywało na plecach żołnierza. Powstało spore poruszenie i rozległo się wiele jęków, kiedy ludzie z trudem usiłowali wstać. Przyszła mi na myśl gromada owadów, które wiją się jedno na drugim. Tu i ówdzie zobaczyłem plamy krwi, ciemne na tle ciał i ubrań.
— Mój Boże — powiedział Moses z przejęciem. — Musimy pomóc tym ludziom. Czy pan widzi...?
— Nie — warknąłem. — Nie możemy. Jest ich zbyt wielu. Nie możemy nic zrobić. Mamy szczęście, że żyjemy. Czy pan tego nie rozumie? Teraz, gdy działa mają odpowiedni zasięg... Chodźmy! Musimy się trzymać planu. Musimy stąd uciec i wyruszyć w czas.
— Nie mogę tego znieść — jęknął Moses. — Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.
Podszedł do nas Morlok.
— Obawiam się, że zobaczymy jeszcze gorsze widoki, nim to pańskie stulecie dobiegnie końca — oznajmił ponuro.
Ruszyliśmy. Szliśmy chwiejnie drogą, która zrobiła się śliska od krwi i odchodów. Minęliśmy jęczącego, bezradnego chłopca, który najwidoczniej miał strzaskaną nogę. Pomimo moich wcześniejszych upomnień Moses i ja nie mogliśmy zignorować jego rozdzierającego płaczu i wołania o pomoc. Leżał obok zwłok mleczarza. Podnieśliśmy go i posadziliśmy przy ścianie. Z tłumu wynurzyła się jakaś kobieta, zobaczyła cierpienie chłopca i podeszła do niego. Zaczęła wycierać jego twarz chusteczką.
— Czy to jego matka? — zapytał mnie Moses.
— Nie wiem. Ja...
Za naszymi plecami rozległ się ten dziwny, płynny głos, przypominający wezwanie z innego świata.
— Chodźcie już.
Poszliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do narożnika Queen’s Gate Terrace. Najwyraźniej było to epicentrum wybuchu.
— Przynajmniej nie ma gazu — odezwałem się.
— Tak — powiedział Moses podenerwowany. — Ale... O Boże!... To i tak wystarcza!
W nawierzchni drogi wyżłobiony był krater o szerokości kilku stóp. Drzwi domów zostały wepchnięte do środka i ani jedno okno nie pozostało w nienaruszonym stanie. Zasłony zwisały bezużytecznie. W chodnikach i ścianach widniały pomniejsze kratery, które powstały wskutek uderzeń odłamków.
A ludzie...
Czasami język nie jest w stanie oddać całej grozy sytuacji, czasami przekazywanie zapamiętanych wydarzeń, które stanowi podstawową cechę naszego społeczeństwa, jest niemożliwe. To była właśnie jedna z takich sytuacji. Nie mogłem przekazać grozy tej londyńskiej ulicy nikomu, kto tego nie widział.
Były tam poodrywane głowy. Jedna leżała sobie wygodnie na chodniku obok małej walizki. Wszędzie walały się urwane ręce i nogi, przeważnie w ubraniu. W jednym miejscu zobaczyłem wyciągnięte ramię z zegarkiem na ręku — zastanawiałem się, czy zegarek nadal działa! — a w innym, niedaleko krateru, oderwaną dłoń z podwiniętymi do góry palcami przypominającymi płatki kwiatu. Taki opis wydaje się absurdalny, niemal komiczny! Nawet w tamtej chwili musiałem się zmuszać, by pamiętać, że z tych oderwanych części ciała kilka minut temu składały się świadome istoty ludzkie, z których każda miała własne życie i nadzieje. Ale te szczątki stygnącego ciała wydawały mi się nie bardziej ludzkie od kawałków rozszarpanego roweru, które widziałem porozrzucane na ulicy.
Nigdy przedtem nie widziałem niczego podobnego. Czułem się odseparowany od tego wszystkiego, jakbym poruszał się w krajobrazie ze snu. Wiedziałem jednak, że w głębi duszy zawsze będę powracał do tej rzezi. Przypomniałem sobie Wnętrze Sfery Morloków i wyobraziłem ją sobie jako czaszę wypełnioną milionami miejsc grozy i cierpienia, z których każde było równie straszne jak to. I myśl, że takie szaleństwo mogło przytrafić się Londynowi — mojemu Londynowi — zadała mi udrękę, która wywołała autentyczne uczucie bólu w gardle.
Moses był blady, a jego skóra pokryta lśniącą warstwą potu zmieszanego z kurzem. Rozglądał się szeroko rozwartymi oczami. Spojrzałem na Nebogipfela. Jego duże oczy, ukryte za goglami, patrzyły bez mrugnięcia powiek na tę straszną rzeź. Zastanawiałem się, czy nie zaczyna czasem podejrzewać, że przeniosłem go nie do przeszłości, lecz do jakiegoś niższego piętra piekła.
14. MINA ROTACYJNA
Z trudem przebrnęliśmy ostatnie kilkadziesiąt jardów do murów Imperiał College. Ku mojemu przerażeniu zobaczyliśmy, że drogę zagradza nam zamaskowany żołnierz z karabinem. Odważny, ale najwyraźniej pozbawiony wyobraźni, pozostał na posterunku, podczas gdy ulica przed nim spływała krwią. Na widok Nebogipfela otworzył szeroko oczy ukryte za ochronnymi okularami.
Nie rozpoznał mnie i zdecydowanie odmówił nam przejścia bez odpowiedniego upoważnienia.
W powietrzu rozległ się kolejny gwizd. Wszyscy skuliliśmy się — nawet żołnierz przycisnął broń do piersi jak totemiczną tarczę — ale tym razem pocisk spadł w znacznej odległości od nas. Nastąpił błysk, rozległ się brzęk tłuczonego szkła i zadrżała ziemia.
Moses podszedł do żołnierza z zaciśniętymi pięściami. Rozpacz z powodu bombardowania przekształciła się u niego w złość.
— Słyszałeś to, ty przeklęty fagasie w mundurze?! — ryknął. — I tak wszystko ogarnął chaos! Czego strzeżesz? Jaki to ma jeszcze sens? Czy nie widzisz, co się dzieje?
Strażnik wycelował karabin w pierś Mosesa.
— Ostrzegam cię, kolego...
— Nie, on tego nie widzi.
Stanąłem między Mosesem i żołnierzem. Przeraził mnie ewidentny brak samokontroli u niego, bez względu na przenikającą go rozpacz i smutek.
— Może znajdziemy inną drogę — odezwał się Nebogipfel. — Jeżeli mury college’u są podziurawione...
— Nie — oświadczyłem z determinacją. — To droga, którą znam.
Podszedłem do żołnierza.
— Posłuchaj, żołnierzu, nie mam upoważnienia, by tu wejść, ale mogę cię zapewnić, że odgrywam ważną rolę w tej wojnie.