Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Córeczka dostarczała Szevekowi dużo radości. Mając ją co rano pod swoją wyłączną opieką (do żłobka oddawali ją jedynie wtedy, kiedy uczył lub wychodził do prac ochotniczych), doznawał poczucia, że jest niezbędny — tego ciężaru i nagrody rodzicielstwa.
Dziecko, bystre i chłonne, było wymarzonym słuchaczem jego tłumionych fantazji językowych, które Takver nazywała „kuku na muniu”. Sadzał sobie małą na kolanach i wygłaszał dla niej szalone, kosmologiczne wykłady, wyjaśniając, że czas to w gruncie rzeczy wywrócona na nice przestrzeń, zatem chronon jest tylko wynicowanym kwantem, odległość zaś niczym więcej jak jedną z przypadkowych własności światła. Nadawał dziecku wymyślne i coraz to inne przezwiska i recytował jej śmieszne rymowanki: Czas to kajdany, Czas jest tyranem, Supermechanicznym, Superorganicznym — HOP! Na hop dziewczynka podskakiwała niewysoko, piszcząc i wymachując pulchnymi piąstkami. Ćwiczenia te sprawiały obojgu dużo radości. Skierowanie na farmę było przykrą niespodzianką. Szevek miał nadzieję, że poślą go gdzieś niedaleko od Abbenay, a nie na koniec świata, do Południowyżu. Wraz jednak z uczuciem niemiłej konieczności opuszczenia Takver i dziecka na sześćdziesiąt dni pojawiło się głębokie przekonanie, że do nich wróci. Jak długo trwał w tym przekonaniu, nie martwił się.
Wieczorem w przeddzień jego wyjazdu odwiedził ich Bedap.
Po wspólnej kolacji w stołówce Instytutu wrócili wszyscy do pokoju Szeveka i Takver. Siedzieli i rozmawiali, nie zapalając lampy, przy otwartych oknach; była gorąca noc. Bedap, który stołował się w małej jadłodajni, gdzie specjalne zamówienia nie sprawiały zbytniego kłopotu kucharzom, oszczędzał przez dekadę swoje racje przydziałowych napojów i odebrał je na koniec w postaci litrowej butelki soku owocowego. Zaprezentował ją z dumą: przyjęcie pożegnalne. Podawali sobie butelkę z rąk do rąk i rozkoszowali się płynem.
— Pamiętasz tę wyżerkę przed twoim odjazdem z Północoniżu?
— zapytała Takver — Spałaszowałam wówczas dziewięć smażonych ciastek.
— Nosiłaś wtedy krótkie włosy — powiedział Szevek, poruszony wspomnieniem, którego dotąd nigdy z nią nie łączył. — To byłaś ty, prawda?
— A któż by inny?
— Do licha, ależ ty byłaś dzieckiem!
— Ty też, to już dziesięć lat. Obcięłam włosy, żeby się wyróżniać intrygującym wyglądem. Na wiele mi się to zdało! — Roześmiała się swoim głośnym, radosnym śmiechem, który szybko zdusiła w sobie, żeby nie obudzić śpiącej w łóżeczku za parawanem córeczki, choć tej, gdy raz usnęła, nic nie było w stanie obudzić. — Tak bardzo pragnęłam być wtedy inna. Ciekawa jestem dlaczego.
— Przychodzi taki moment, około dwudziestki — wyjaśnił Bedap — kiedy musisz wybrać, czy chcesz być przez resztę życia taka jak inni, czy też uczynić walor ze swoich osobliwości.
— Albo przynajmniej pogodzić się z nimi — dodał Szevek.
— Szev jest w nastroju rezygnacji — stwierdziła Takver. — Zapowiedź nadchodzącej starości. To musi być okropne mieć trzydzieści lat.
— Nie martw się, ty nie wpadniesz w rezygnację nawet po dziewięćdziesiątce. — Bedap poklepał ją po plecach. — Czy się już choć pogodziłaś z imieniem małej?
Pięcio — i sześcioliterowe imiona przydzielane przez komputer rejestru centralnego, unikatowe dla każdej osoby, zastępowały numery, które w przeciwnym razie musiałoby nadawać swoim członkom skomputeryzowane społeczeństwo. Anarresyjczyk nie potrzebował innego identyfikatora poza swym imieniem. Było ono uznawane za ważną część osobowości, choć nikt go sobie sam nie wybierał, podobnie jak nie wybierał sobie nosa ani wzrostu. Takver nie podobało się imię, które przypadło jej dziecku — Sadik.
— Wciąż chrzęści mi w ustach jak garść żwiru — powiedziała — nie pasuje do niej.
— A mnie się podoba — oświadczył Szevek. — Brzmi jak imię wysokiej, smukłej dziewczyny o długich czarnych włosach.
— Tymczasem mamy do czynienia z niską tłuścioszką o niewidocznym owłosieniu — zauważył Bedap.
— Daj jej tylko trochę czasu, bracie! Słuchajcie, chciałbym wygłosić mowę.
— Słuchamy! Słuchamy!
— Ci…
— Dlaczego? Tego dziecka nawet kataklizm nie obudzi.
— Proszę o ciszę. Odczuwam wzruszenie. — Szevek wzniósł kubek z sokiem owocowym. — Chciałbym powiedzieć… Chciałbym powiedzieć, co następuje. Cieszę się, że Sadik urodziła się właśnie teraz. W trudnym roku, w ciężkich czasach, gdy tyle zależy od naszego braterstwa. Cieszę się, że urodziła się teraz i tutaj. Cieszę się, że jest jedną z nas, odonianką, naszą córką i siostrą. Cieszę się, że jest siostrą Bedapa. Że jest siostrą Sabula — nawet Sabula! Wznoszę ten toast z nadzieją, że przez całe życie będzie kochała siostry swoje i swoich braci tak gorąco i radośnie, jak ja ich dzisiaj kocham. I piję za deszcz…
Środki łączności międzymiastowej, podobnie jak transport i komunikację, nadzorowała KPR, główny użytkownik radia, poczty i telefonów. Ponieważ na Anarres nie istniało pojęcie „interesów”, w znaczeniu promocji, reklamy, inwestycji itp., pocztą przesyłano przeważnie korespondencję między przemysłowo-zawodowymi planekatami, wydawane przez nie (i przez KPR) zarządzenia i biuletyny oraz pewną — niewielką — liczbę listów prywatnych.
Anarresyjczyk, żyjąc w społeczeństwie, w którym każdy mógł się przenosić dokądkolwiek chciał i kiedy chciał, szukał przyjaciół tam, gdzie aktualnie przebywał, a nie tam, skąd przybywał. Telefonów w obrębie wspólnot używano rzadko; społeczności te nie były aż tak wielkie. Wzór bliskich więzi lokalnych zachowywano nawet w „kwartałach” w Abbenay — na wpół autonomicznych jednostkach sąsiedzkich, w których obrębie można było pieszo dotrzeć do każdego i wszędzie, gdzie było trzeba. Rozmowy telefoniczne były więc przeważnie międzymiastowe i kontrolowane przez KPR; prywatne należało zamawiać pocztą z wyprzedzeniem; bądź też były to nie tyle rozmowy, ile po prostu wiadomości zostawiane w filiach KPR. Listy przesyłano nie zaklejone — co nie było, oczywiście, nakazem prawa, ale normą zwyczajową. Prywatna łączność na duże odległości była kosztowna, tak ze względu na nakłady materiałowe, jak i nakłady pracy, a ponieważ gospodarka prywatna i publiczna stanowiły jedno, zbędne pisanie i telefonowanie cieszyło się u ludzi raczej złą opinią. Uchodziło za coś niskiego, trąciło prywatą, egoizowaniem. Najprawdopodobniej z tego powodu nie zaklejano listów; człowiek nie miał prawa wymagać od innych, żeby nosili przesyłki, których nie mogą przeczytać. List wędrował — jeśli miało się szczęście — sterowcem pocztowym KPR albo — jeśli się go nie miało — pociągiem towarowym. Docierał w końcu do składu pocztowego w mieście, do którego był wysłany, i leżał tam (nie było bowiem listonoszy), dopóki ktoś nie powiadomił adresata, że przyszedł list, a wtedy ten szedł i odbierał go.
O tym jednakże, co było, a co nie było niezbędne, decydowała jednostka. Szevek i Takver pisywali do siebie regularnie, przeciętnie raz w dekadzie. On pisał:
Podróż minęła mi nie najgorzej, trzy dni pociągiem złożonym z odkrytych wagonów. To wielki pobór, trzy tysiące ludzi, jak mówią. Skutki suszy są tu znacznie dotkliwsze. Rzecz nie w niedoborach. Racje żywnościowe w stołówkach są takie jak w Abbenay, tyle że tutaj dostajesz gotowaną nać gary co dzień na oba posiłki; dysponują jakimiś lokalnymi nadwyżkami. My też zaczynamy już mieć uczucie, że dostają się nam nadwyżki. To tak daje się we znaki tutejszy klimat. Kurzawa. Powietrze jest suche i wciąż wieje wiatr.