Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Przypuszczam, że tak właśnie będzie, sierżancie. Co więcej, mam taką nadzieję.
Sierżant Colon znowu usiłował nadążyć za tokiem myślenia Patrycjusza.
— Aha. No tak. A my wyruszymy ich szukać. Tak, sir?
— Raczej trudno byłoby ich poprosić, żeby przyszli do nas, sierżancie.
— Słusznie, sir. Oczywiście, że rozumiem. Trochę by było ciasno.
Lord Vetinari oderwał się wreszcie od pisania.
— Ma pan jakiś problem, sierżancie?
A Colon znowu odkrył pewien sekret na temat odwagi. Była prawdopodobnie rodzajem udoskonalonego tchórzostwa — świadomością, że wprawdzie śmierć może spotkać człowieka, jeśli ruszy do szturmu, jednak byłaby zwykłym piknikiem w porównaniu z prawdziwym piekłem, które na niego czeka, gdyby się wycofał.
— Prob… Nie, sir. Nie jako taki — zapewnił.
— To dobrze. — Vetinari odłożył papiery. — Jeśli w tych pakunkach znajdzie się jakieś odpowiednie ubranie, przebiorę się, a potem możemy obejrzeć Al-Khali.
— O bogowie…
— Słucham, sierżancie?
— Na bogów, to świetna myśl, sir.
— Dobrze.
Vetinari zaczął wyjmować zawartość wyzwolonego worka. Był tam zestaw żonglerskich maczug, torba kolorowych kul, wreszcie afisz, taki jakie często się stawia z boku sceny podczas występu artysty.
— „Gulli, Gulli i Beti” — przeczytał. — „Egzotyczne sztuki i tańce”. Hm… wśród właścicieli tego worka była też kobieta.
Strażnicy przyglądali się przejrzystemu materiałowi, który wyłonił się z worka jako następny. Nobby wytrzeszczył oczy.
— Co to jest?
— Wydaje mi się, że nazywają to szarawarami haremowymi, kapralu.
— Są całkiem…
— To ciekawe, ale celem ubrania dziewcząt przy tańcach egzotycznych zawsze było nie tyle odsłonięcie, ile zasugerowanie bliskiego odsłonięcia — powiedział Patrycjusz.
Nobby spojrzał na swój kostium, potem na sierżanta Al-Colona w jego kostiumie.
— No — rzekł wesoło — nie jestem pewien, czy będą na pana pasowały, sir.
I natychmiast pożałował tych słów.
— Nie oczekuję, by na mnie pasowały — odparł spokojnie Patrycjusz. — Proszę mi oddać swój fez, kapralu Beti.
Delikatny, fałszywy przedświt wśliznął się nad pustynię, a dowódca klatchiańskiego oddziału wcale nie był z tego zadowolony.
D’regowie zawsze atakowali o świcie. Wszyscy. Nieważne, ilu ich było, ilu było przeciwników, ruszało do walki całe plemię. Nie tylko kobiety i dzieci, ale też wielbłądy, kozy, owce, a nawet kury. Oczywiście, człowiek spodziewał się tego, łuki mogły ich przetrzebić, ale… Ale nieodmiennie pojawiali się znikąd, nagle, jakby sama pustynia ich wypluła. Wystarczy się pomylić, spóźnić odrobinę, a człowiek będzie rąbany, kopany, tłuczony rogami, dziobany i zabójczo opluty.
Jego żołnierze w oczekiwaniu leżeli na piasku. No, jeśli w ogóle można ich nazwać żołnierzami. Tłumaczył przecież, że to mocno naciągane określenie… No, może nie powiedział tego głośno, bo takie słowa w armii tego człowieka mogą wpędzić w kłopoty… Ale pomyślał to bardzo stanowczo. Połowa z nich to dzieciaki, którym się wydaje, że jeśli rusza się do bitwy, wrzeszcząc i wymachując mieczem, przeciwnik w popłochu ucieknie. Nigdy jeszcze nie widzieli kury D’regów nadlatującej na wysokości oczu.
Co do reszty… W nocy jego ludzie zderzali się ze sobą, omyłkowo wpadali we własne zasadzki, a teraz byli roztrzęsieni jak groszki na bębnie. Któryś stracił miecz i przysięgał, że ktoś odszedł z tym mieczem wbitym w pierś. Jakaś skała pojawiła się nagle, chodziła i biła ludzi. Innymi ludźmi.
Słońce wzeszło ponad horyzont.
— To czekanie jest najgorsze — odezwał się stojący obok sierżant.
— Może być najgorsze — zgodził się dowódca. — Chociaż z drugiej strony najgorszy może się okazać ten moment, kiedy nagle wyrastają z piasku i rozcinają człowieka na połowy. — Popatrzył smętnie na zdradziecko bezludną pustynię. — Albo ten, kiedy rozszalała owca usiłuje odgryźć człowiekowi nos. Właściwie gdy się pomyśli o wszystkim, co może się zdarzyć, kiedy otoczy człowieka horda wrzeszczących D’regów, ten fragment, kiedy ich tu wcale nie ma, jest raczej najlepszy, z czym chyba się zgodzicie, sierżancie.
Sierżant nie był szkolony do takich rozważań.
— Ciągle ich nie ma — powiedział tylko.
— Lepiej ich niż nas.
— Słońce stoi już wysoko, sir.
Dowódca spojrzał na swój cień. Zaczął się dzień, a piasek wciąż szczęśliwie nie był spryskany jego krwią. Wiele już lat pacyfikował rozmaite krnąbrne części Klatchu — dostatecznie długo, by czasem się zastanawiać, dlaczego pacyfikacja zawsze jakoś oznacza walkę. Doświadczenie nauczyło go, by nigdy nie wypowiadać zdań w rodzaju: „Nie podoba mi się to, jest zbyt spokojnie”. Nie istnieje nic takiego jak nadmierny spokój.
— Mogli nocą zwinąć obóz, sir — powiedział sierżant.
— To nie wygląda na D’regów. Oni nigdy nie uciekają. A zresztą widać stąd namioty.
— Może ruszymy do szturmu, sir?
— Nie walczyliście jeszcze z D’regami, sierżancie?
— Nie, sir. Pacyfikowałem jednak Szalonych Savatarów w Uszystanie i oni…
— D’regowie są gorsi, sierżancie. Pacyfikują odwetowo.
— Nie mówiłem, jak bardzo szaleni byli ci Savatarowie, sir.
— W porównaniu z D’regami mieli co najwyżej trochę nie po kolei w głowach.
Sierżant miał wrażenie, że kwestionowane jest jego doświadczenie bojowe.
— Może wezmę paru ludzi i pójdę na zwiad, sir?
Dowódca spojrzał na słońce. Było już niemal zbyt gorąco, żeby oddychać.
— A co tam… Chodźmy.
Klatchianie podeszli do obozu. Stały tam namioty, leżał popiół po ogniskach. Ale nie było wielbłądów ani koni, tylko wydeptany szlak wiodący między wydmy.
Morale żołnierzy podniosło się trochę. Atakowanie niebezpiecznego przeciwnika, którego nie ma, to jedna z najbardziej atrakcyjnych form sztuki wojennej. Dało się słyszeć uwagi na temat: jak wielkie szczęście mieli D’regowie, że uciekli na czas, oraz improwizacje: co żołnierze by z D’regami zrobili, gdyby ich schwytali…
— Kto to jest? — zdziwił się sierżant.
Między wydmami pojawiła się jakaś postać na wielbłądzie. Biała szata powiewała na wietrze.
Kiedy jeździec dotarł do Klatchian, zsunął się na ziemię i pomachał im ręką.
— Dzień dobry, panowie. Czy zdołam was namówić, byście się poddali?
— Kim jesteś?
— Kapitan Marchewa, sir. Gdybyście zechcieli uprzejmie złożyć broń, nikomu nie stanie się krzywda.
Dowódca się rozejrzał. Nad szczytami wydm pojawiły się czarne plamki. Potem uniosły się wyżej i okazało się, że to głowy.
— To… D’regowie, sir! — wykrztusił sierżant.
— Nie, sierżancie. D’regowie by atakowali.
— Och, przepraszam. Mam im powiedzieć, żeby zaatakowali? — spytał Marchewa. — To by wam bardziej odpowiadało?
D’regowie stali już na wydmach dookoła. Wznoszące się słońce połyskiwało na metalu.
— Chcesz powiedzieć — zaczął wolno dowódca — że potrafiłeś przekonać D’regów, by nie atakowali?
— Nie było łatwo, ale mam wrażenie, że zrozumieli tę ideę.
Dowódca rozważył swoje położenie. D’regowie stali ze wszystkich stron. Jego oddział praktycznie kulił się z przerażenia. A ten rudowłosy, niebieskooki młody człowiek uśmiechał się uprzejmie.