Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 116
Перейти на страницу:

Przejrzałem cały dobytek, jedną rzecz po drugiej. Starannie, jakbym się do czegoś szykował.

Spędziłem tak większą część dnia. Nie pamiętałem, od jak dawna nie musiałem albo iść, albo się ukrywać. Nie musiałem niczego. Po raz pierwszy od równie dawna byłem też rzeczywiście sam. Towarzystwo Brusa nie było uciążliwe, ale staliśmy się nierozłączni. Czułem, jakby jego nieustająca obecność wsysała moje myśli. Jakbym stopniowo tracił siebie.

Teraz nikt na mnie nie polował i byłem sam. Siedziałem więc z rękoma opartymi o kolana i patrzyłem przed siebie. Co jakiś czas popijałem łyk lekarstwa z flaszki, którą dał mi mnich-wojownik. Wypełniało mnie obojętną, spokojną pustką. Jakbym zamieniał się w skałę.

Odpowiadał mi ten stan.

Nie chciało mi się z nikim rozmawiać ani nikogo widzieć. Nie chciało mi się niczego. Napar działał, choć od czasu do czasu wracało wspomnienie dzisiejszego poranka i wtedy ogarniała mnie przeraźliwa groza, przejmująca do szpiku kości niczym mróz. Trwało to przez chwilę, kiedy trząsłem się zwinięty w kłębek, a potem zioła znowu uspokajały mój umysł łagodnie jak kołysanka.

Spędziłem tak sporo czasu, drzemiąc, budząc się, drżąc w atakach paniki albo gapiąc się przed siebie. Nie działo się nic, lecz czułem, że właśnie coś takiego było mi potrzebne. Słyszałem odległe rozmowy, nawoływania dzieci, porykiwania zwierząt, odgłosy codziennej krzątaniny, ale słuchałem tego bez większego zainteresowania.

Jakbym był zwierzęciem albo przedmiotem. Kamieniem. Drewnianym słupem. Nie marzyłem, nie tęskniłem, a co u mnie bardzo niezwykłe, nie pragnąłem nawet ciała kobiety. Po prostu leżałem na macie, jakbym cały się goił.

Powoli odzyskiwałem siebie. Przez ostatnie miesiące byłem a to wędrującym Sindarem, a to adeptem, a to cesarzem, to znowu cesarskim posłańcem albo tohimonem klanu Żurawia. Pomału nie wiedziałem już sam, kim jestem.

Filar, syn Oszczepnika. Terkej Tendżaruk. Agyren Kysaldym. Ardżuk Hatarmał. Tyle imion. Tylu różnych ludzi. Każdy był inny. Który był mną? Którym sam byłem?

Kim w ogóle byłem?

Nie wiedziałem przecież nawet, ile tak naprawdę mam lat. Czym innym jest czas liczony od dnia narodzin, a czym innym czas, który się przeżyło. Miesiące płyną raz szybciej, raz wolniej. Czasem kilka dni są jak całe lata. Dni, a nawet godziny mogą zmienić człowieka na zawsze. Kiedy indziej znowu nic się nie dzieje i mimo że czas płynie, to tak, jakby stał w miejscu. Człowiek się niczego nie uczy, trwa, nie zmienia się.

Byłem jeszcze prawie dzieckiem, ale przeżyłem więcej niż niejeden dorosły. Gdybym był synem kupca gdzieś pod panowaniem mojego ojca, ledwo wyrósłbym z dzieciństwa. Obchodziłyby mnie tylko dziewczęta, tańce i nocne zabawy w tawernach. Wciąż chętnie puszczałbym latawce i strugał okręty z drewna albo grał na cintarze. Pewnie wcale nie miałbym krwi na rękach, może nawet nie przeżyłbym porządnej bójki. Nie znałbym większych zmartwień niż nudna nauka rzemiosła lub surowość nauczyciela. Szczytem cierpienia byłaby dla mnie obojętność dziewczęcia, skręcona kostka czy ból zęba.

Gdybym nadal mieszkał w Tygrysim Pałacu, byłbym z kolei jednym z następców tronu. Pomagającym w rządzeniu, czującym na karku ciężar losów milionów poddanych. Żyłbym sprawami cesarskimi i pod wieloma względami musiałbym być bardziej dorosły niż normalny szesnastolatek.

Na to jednak, by borykać się z losem, który przypadł mi teraz w udziale, byłem wciąż zbyt słaby. Brakowało mi spokoju, rozsądku i odporności ludzi w sile wieku. Z drugiej strony, jakoś sobie radziłem i szybciej niż oni potrafiłem dojść do siebie.

Przeleżałem tak wiele godzin, na zmianę śpiąc, patrząc przed siebie i nasiąkając milczeniem. Nawet nie chciało mi się myśleć, ile razu w ciągu ostatnich paru dni żegnałem się z życiem, przekonany, że tym razem nadszedł mój koniec.

Byłem wyczerpany.

Późnym popołudniem jednak zacząłem dochodzić do siebie, co poznałem po tym, że poczułem głód. Życie wracało i miało swoje prawa. Wciąż też dręczył mnie niepokój o Brusa. Czułem, że muszę go zobaczyć, ale po prostu nie mogłem się ruszyć. Wreszcie wstałem i niechętnie opuściłem swoją cichą, bezpieczną kopułę. Wszedłem na powrót w świat, którego miałem już dosyć.

Przede wszystkim poszukałem jakiegoś miejsca, w którym można oczyścić brzuch. W skale naturalnie nie mogli wykopać latryny, ale okazało się, że wykorzystali jedną z dziwacznych, pustych niby-studni, takiej jak ta, w której mnie zamknięto. Poczułem lekką wdzięczność, że mój areszt nie był wykorzystywany w takim celu. Studnię nakryto platformą zdjętą z wozu i osłonięto parawanem. Postawiono nawet miskę z wodą, by się oczyścić, i drugą, w której można umyć ręce. Latryna była akurat pusta. Na poziomie gdzie znajdowała się kopuła, w której odpoczywałem, w ogóle kręciło się niewielu ludzi. Chyba przeznaczono ją dla dowództwa. Cały obóz znajdował się niżej, na tarasie otaczającym dziwaczne, ścięte wzgórze. Można było się tam dostać po wąskich, wyciętych w skale schodach.

Stały tu dziesiątki wozów taborowych, chłopskich dwukółek albo kupieckich platform. Rozstawiono między nimi prowizoryczne namioty, wiążąc odciągi do wozów i opierając maszty o skałę. Były namioty wojskowe, były też konstrukcje z jakichkolwiek plandek. Wszędzie kręcili się ludzie i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Pomiędzy namiotami biegały dzieci, kobiety prały, niektórzy spali po prostu na wozach i pod wozami, na rozwiniętych na skale matach, albo po prostu siedzieli i patrzyli przed siebie, tak samo jak ja przed chwilą. Wielu było rannych, a wszyscy wyglądali na wyczerpanych i wynędzniałych.

Tam, gdzie znajdowało się wojsko, zachowywano jako taki porządek, ale żołnierze sprawiali wrażenie przypadkowej zbieraniny z rozmaitych tymenów, ich oporządzenie było pstrokatą mieszaniną kurt różnych oddziałów i cywilnych ubrań, niektórzy mieli pełen rynsztunek, innym brakowało broni, widywałem ludzi uzbrojonych w zwykłe rolnicze narzędzia. Tasaki do cięcia durry, cepy i siekiery.

Widziałem prowizoryczny warsztat kowalski, gdzie płonął ogień, szczękały młoty, dwóch mężczyzn w skórzanych fartuchach prostowało i ostrzyło miecze, przekuwało na nowo poszczerbione ostrza, wyklepywało powgniatane hełmy. Z jednej strony piętrzyła się sterta zniszczonej broni, pancerzy i hełmów, z drugiej odkładano już naprawione, posegregowane, porządnie poustawiane w kozły.

Nigdy w życiu nie widziałem naraz tylu Kirenenów. Wszyscy nosili jakieś noże, choć niekoniecznie bezcenne klanowe ostrza. Wielu miało kireneńskie ubrania, pozostali naszywali albo nawet malowali klanowe znaki na rękawach i plecach wojskowych kurt lub kastowych kaftanów.

Wtedy po raz pierwszy chyba w życiu poczułem się częścią mojego narodu. Przez wszystkie lata uważałem kireneńskość za coś w rodzaju tajemnego stowarzyszenia. Coś, co istniało głównie w Wiosce Chmur i pomiędzy dworzanami mojego ojca, ale było jakoś prywatne. Tu przeciskałem się przez tłum wysokich, szczupłych ludzi o złotawej skórze jak moja, słyszałem dźwięki własnej mowy mieszające się z codziennym amitrajskim. Zwykli ludzie. Zwykli Kireneni.

Mężczyzna siedział pod płóciennym daszkiem rozpiętym pomiędzy wozami taborowymi i grał na cintarze. Patrzyłem na jego palce z metalowymi nakładkami biegające sprawnie po szerokim gryfie instrumentu. Mężczyzna śpiewał bajkę o Człowieku z Pierwszego Księżyca, a siedzące wokół tłumnie dzieci patrzyły w niego jak w zorzę i robiły strzały. Obsadzały groty, zakładały brzechwy z najróżniejszych piór i mocowały je oplotem mocnej nici. Gotowe pociski lądowały w koszach i sterczały z nich niczym pęki dziwacznych, kolorowych roślin.

Łaziłem tak trochę bezmyślnie wśród krzątających się wszędzie ludzi i nie mogłem pojąć, dlaczego czuję się samotny. Wszyscy byli tu razem i w jakimś celu. Wszyscy mieli coś do roboty. Sprawiali wrażenie, że wszyscy się znają.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)