Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Nasz program łowiecki obejmuje na razie tylko zwykłych, użytkowych Runów. Wyhodowaliśmy już jednak odmianę na tyle dojrzałą intelektualnie, by się wkrótce usamodzielniła. Ale może ambasador Mała Njeru nie zgadza się z nami? — zapytał, wracając spojrzeniem do oniemiałego Ma Guraha Vaadaiego.
— Wyłaniają się fascynujące problemy prawne — zauważył jeden z gości, zanim Ma zdołał przemówić, i natychmiast rozgorzała bardzo specjalistyczna dyskusja.
Wieczorny chorał był naprawdę wspaniały. Jak poinformowano Yaadaiego, Kitheri studiował teorię śpiewu podczas swojego wygnania w Pałacu Galatna i doszedł do wniosku, że melodię należy pozbawić nadmiaru ozdobników, aby można było w pełni docenić napędzające linie melodyczne oryginalnej harmonii, które ujawniały czystość i prostotę jak za dawnych dni, kiedy nałowy chodziło się z braćmi i przyjaciółmi tylko po to, by dostarczyć pożywienie żonom i dzieciom.
Tego wieczoru Ma Gurah Vaadai wrócił do swojego namiotu lekko oszołomiony, ale o brzasku wyłonił się z niego głodny i z trzeźwym umysłem. Nagi, bez przepaski oznaczającej pozycję społeczną, cieszył się w duchu z możliwości zademonstrowania swojej siły i sprawności fizycznej, które zdołał zachować mimo tylu lat pokoju. Nagość ujawniała czyjś prawdziwy charakter. Obserwując Najdonioślejszego, Ma był mile zaskoczony, widząc, że to, co uprzednio mogło być jedynie wrażeniem wywołanym znakomicie uszytym strojem, było szczerą prawdą. Większość resztarów w średnim wieku obrastała sadłem, natomiast Hlavin Kitheri zachował zgrabność i siły młodzieńca.
Polowanie miało ostre tempo od samego początku. Polowano parami i Vaadai kilka razy znalazł się u boku samego Kitheriego, który musiał, co prawda, podchodzić bardzo blisko ofiary, ale za to miał potężny chwyt i zabijał błyskawicznie. Co więcej, w swojej łowieckiej strategii okazywał zachwycającą wspaniałomyślność i pomysłowość, napędzając Vaadaiemu zwierzynę i obmyślając dość wyczerpujące, ale naprawdę skuteczne zasadzki. Kiedy wzeszły oba słońca, Ma Gurah Vaadai był już cudownie rozgrzany i podniecony polowaniem, a wszelkie wątpliwości zblakły w ich promieniach.
Kitheri ma rację, myślał Ma. Tego właśnie nam potrzeba.
Aby doścignąć i schwytać Runao, trzeba było przekroczyć samego siebie, całkowicie utracić świadomość odrębności, zrównać z samicą krok i uderzenia serca, zjednoczyć się z nią. A potem błyskawicznie sięgnąć spoza niej chwytną nogą, złapać ją za kostkę, powalić i zamknąć głowę w żelaznym uścisku, unieść jej szczękę, obnażyć gardło i rozedrzeć je jednym czystym pociągnięciem pazura. Zrobić to wszystko, a później pożerać mięso, oznaczało przeżyć własną śmierć: umrzeć z ofiarą, a jednak żyć nadal.
Prawie zapomniał, jakie to uczucie.
To był cudowny dzień. Vaadaiemu brakowało tylko jednego: żeby w namiocie czekała na niego Suukmel, której by mógł cisnąć do stóp upolowane zwierzę i zaśpiewać pieśń triumfu. Kitheri wyznał, że niektórzy Runowie odbierali mu radość polowania, poddając się bez gonitwy i oporu. Jego hodowcy znaczyli każdy miot kolczykami i w ten sposób można było odróżnić potomstwo takich potulnych samic, aby je przeznaczyć do normalnego uboju. Znaczono też bardziej wojownicze samice, którym udało się zmylić pogoń albo które po krótkiej walce zdołały wyrwać się i uciec. Parzono je później z najbardziej opiekuńczymi samcami z samego środka stada.
Tej nocy, czując rozkoszny ból w mięśniach, mając umysł wolny od przygniatających dworskich intryg i sztywnej dyplomacji międzynarodowej, Ma Gurah Vaadai doszedł do wniosku, że zręczność, siła i spryt Kitheriego znakomicie pasują do tego, co zrobił z całą swoją rodziną. Suukmel miała rację, pomyślał Ma, leżąc z otwartymi oczami w ciemności. To nie szaleństwo, ale ambicja.
Postanowił zachować czujność, by nie dać się zwieść pozorom. A jednak następnego ranka, kiedy świetnie wyszkolona i pięknie wystrojona służba zebrała wyposażenie, zwinęła namioty i zorganizowała powrót do Inbrokaru, ambasador zaprosił Najdonioślejszego na swoją barkę jako honorowego gościa Terytorium Mała Njeru. Dzień spędzony na barce minął przyjemnie i kiedy zbliżali się do stołecznego portu, Ma uznał za rozsądne i miłe, by zaprosić Najdonioślejszego do ambasady na nadchodzące Święto Słońc.
Tak, odpowiedział ambasador na zdawkowe pytanie Najdonioślejszego, czy szlachetna Suukmel będzie obecna w rezydencji.
Jak łowca, obnażony przed polowaniem, przybył Hlavin Kitheri do ambasady Terytorium Mała Njeru, mając na sobie skromną, odsłaniającą jedno ramię szatę uczonego i klejnoty oszałamiające blaskiem, ale osadzone w prostej oprawie. Już uprzednio wyznał ambasadorowi, że uwielbia prostotę i bezpośredniość obyczajów Mała Njeru, więc powitalny chorał na jego cześć był krótki, a i później czterdziesty ósmy Najdonioślejszy Inbrokaru nie był dręczony protokołem. Mógł zatem swobodnie przechadzać się między gośćmi, witając się z wdziękiem z dygnitarzami i znajomymi, rozprawiając o długiej historii Święta Słońc, pozwalając wciągnąć się w dyskusję na temat harmoniki pieśni Mała Njeru.
Z bezbłędnym instynktem łowcy rozpoznawał swoich wrogów — tych, dla których niezłomne przywiązanie do stabilności i prawa było sprawą honoru. Wykorzystując właściwe momenty, zagadywał ich — całkowicie nieoficjalnie — o różne sprawy, wysłuchiwał z powagą ich opinii, powściągliwy w wyrażaniu własnych. Od czasu do czasu rzucał uwagi, które mogli spożytkować z korzyścią dla swoich rodzin. I w miarę upływu dnia widział, jak ostrożność i podejrzliwość ustępują miejsca gotowości do zawieszenia krytycznych o nim sądów.
Jeszcze nie wiedział, jak wprowadzić zmiany, o których marzył. Sam język, w którym myślał, nie sprzyjał rozważeniu tego problemu: w k’sanie brakowało słowa na określenie owej oczyszczającej rewolucji, jaka chodziła Ki theriemu po głowie. Walka, wojna, bitwa — tak; wojownik, bohater, przeciwnik, wróg — leksykon k’sanu obfitował w takie słowa i pojęcia. Były słowa na oznaczenie rebelii i rewolty, ale implikowały gwałt i łamanie prawa, a nie przewrót polityczny.
Sohraa, pomyślał Hlavin Kitheri. Sohraa.
W uszach poety sohraa brzmiała cudownie — jak tchnienie wiatru w upalnym, dusznym dniu, szepcące o nadchodzącym deszczu. Prawie wszystkie słowa oparte na tym rdzeniu kojarzyły się jednak z katastrofą, degradacją i degeneracją. Był to rdzeń wszelkich pojęć związanych ze zmianą i ostatnio Kitheri słyszał go często — z ust oficerów powracających z inspekcji prowincji zewnętrznych, biurokratów przypochlebiających się nowej władzy, lennej szlachty składającej mu hołd wierności, personelu obcych ambasad wyczulonego na to nowe wcielenie inbrokarskiej potęgi. Pogłoski o zmianie napawały członków kast panujących na Rakhacie niejasnym lękiem, ale nikt nie miał na tyle odwagi, by otwarcie głosić, że to poezja Kitheriego całkowicie zdestabilizowała rakhatańskie społeczeństwo. Bezpieczniej było obwiniać cudzoziemców, którzy wywarli zgubny wpływ na prostodusznych Runów z wybrzeża Masna’a Tafa’i. Kampania wojskowa mająca na celu oczyszczenie zbuntowanych wiosek była podobna wszystkim poczynaniom południowej biurokracji — skażona korupcją, nieskutecznością i grzechem zaniechania. Niepokój drążył jana’atańskie społeczeństwo jak podziemny strumień zwietrzałą skałę, pomrukując sohraa, sohraa, sohraa.
Kitheri nie spieszył się, bo wiedział, że zbyt gwałtowny pościg może sprzyjać ucieczce zwierzyny. Kiedy uwaga gości przeniosła się na stół bankietowy, ruszył niepostrzeżenie w kierunku środkowej wieży nawiewczej: wydrążonego nieproporcjonalnego filaru, którego szczeliny wentylacyjne przysłonięto ozdobnymi kratkami; zmniejszyło to w wyczuwalnym stopniu sprawność całego urządzenia, które miało pompować świeże powietrze na główny dziedziniec wewnętrzny.