Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 137
Перейти на страницу:

A Maria, jak się okazuje, widziała ich. Oto tato pędzi swoim landroverem, ściskając kierownicę zbielałymi palcami. W oczach nie ma lęku przed śmiercią. Ma zachwyt, bo jedzie na swoje ukochane „ryby”. I tęskne oczekiwanie, jakby pędził do ukochanej kobiety. Na matkę tak nie patrzył. I na ciotkę Dinę Barbridge też nie. Zresztą na ciotkę Dinę nigdy by tak nie patrzył. Ciotka Dina był dla niego żywą zabawką. Jak Marii stalkerzy w dziecinnych snach. Tak więc niczym od ojca się nie różni. Cóż z tego, że on nie ma takich cudownych mocy jak jego córka, potrafił za to uszczęśliwiać matkę. Niechby nawet na krótko. Ale tak było wcześniej. Zanim ją, Małpeczkę, zaczęli wszyscy postrzegać jako Marię. Potrafił uszczęśliwiać. A ona nie potrafi. Za niecałe pięć minut tato dotrze do różowej przezroczystej kopuły. I wtedy ona będzie odpowiadała za matkę. Spadnie na jej serce przekraczający jej wytrzymałość ciężar matczynej litości dla samej siebie. Tego ciężaru nie wytrzymają żadne podroby. Nawet podroby Małpeczki.

Oczywiście pewnie może zatrzymać tatę. Ale to nikomu nic nie da. On i tak już nie może uszczęśliwić matki. Póki matka tego nie zrozumie, będzie się chwytać odłamków umykającego życiowego porządku. Ale kiedyś zrozumie i będzie jeszcze gorzej. Wtedy matka i tato odejdą ze świata Marii i przejdą do świata reszty Harmont. Do świata nienawiści…

Od tego nie da się odkleić.

Moce w niej rosły. Wydawało się, że nienawiść całego miasta spłynęła do Marii, a Maria otworzyła się przed nią.

Wcześniej widziała na odległość i słyszała przez ściany. Teraz słyszała nie tylko przez ściany. I nie tylko w rzeczywistości. Głosy nie jej świata wracały z przeszłości, przybierały na sile. Najpierw szept. Potem mowa. Potem krzyk. Najpierw słowa obejmowały ją jak matczyne dłonie. „Ej, ściółko stalkera! Wynocha z naszego domu! Zabieraj stąd swojego wypierdka z kudłatym ryjem! Żeby wasza noga tu…” — „Mamo, dlaczego oni tak mówią? Czy ty jesteś ściółka?” Potem poklepywały ją jak taty dłoń po pupie. „No i co, Szalony? Do Strefy już się nie przedostaniesz… Skończyła ci się laba! Haruj jak wszyscy!” — „Tato, dlaczego oni tak mówią? Czy ty jesteś szalony?” A potem zaczęły ją szarpać jak łapska gwałciciela. „Chłopy, patrzcie, znowu mumik! Hej, śmierdzielu! Zabieraj się do swojej mogiły! Miasto jest dla żywych!” — „Dziadku, dlaczego oni tak mówią? Czy ty jesteś martwy?” Przed głosami nie było ratunku. Jak i przed litością. „Posłuchaj, Shoehart! Czy to tatuś przytargał ci ze Strefy drewniane cycki?” — „Dlaczego oni tak mówią?!” Głosy były agresywne jak ludzie. I tak samo nie znały litości. Stale dyszały złością i nienawiścią. „Bądźcie przeklęci, sukinsyny!” A złość i nienawiść jak zwykle stawały się nieprzezwyciężoną siłą i zdecydowaniem.

— Nie potrzebuję takich bajerów — powiedziała Maria do swojego „nadmuchiwanego balonika”. — Słyszysz? Zrób tak, żeby to znikło!

Zapewne było to prawdziwe najskrytsze marzenie, ponieważ kula nagle eksplodowała złotem. Rodzące się gdzieś tęskne, długie skrzypienie wypełniło uszy Marii. Zatkała je kciukami. Ale dźwięk nie zniknął, wręcz przeciwnie — nasilał się i nasilał, zagłuszając nienawistne głosy, rozrywając błony bębenkowe. Póki Maria nie przypomniała sobie, że ten dźwięk towarzyszył jej nocnym zabawom z żywymi lalkami. I póki nie zrozumiała, że sama rodzi to nieznośne skrzypienie. To powracały do Strefy myśli i pragnienia Małpeczki, niepotrzebne ludziom, przeszkadzające tacie, niszczące matkę. Ostatnie, co Maria zdążyła zobaczyć, to gasnąca różowa kopuła nad jej głową. Gasła tak szybko, że zniknęła już po kilku chwilach.

Po następnych kilku chwilach Maria poczuła, że świat za granicami bajkowej krainy zaczyna się zmieniać.

A jeszcze po chwili zniknęła sama Maria.

Epilog

Red Shoehart, 23 lata, kawaler, bez określonego zajęcia

Posuwam ci ja sobie Siódmą Ulicą. Słoneczko świeci, ptaszki na drzewach śpiewają. Jednym słowem — pięknie dokoła.

W duszy też pięknie. Niby dlaczego nie? Sprawa odwalona, furę z granicy przywlokłem bez problemów, wpakowałem do garażu, garaż na kłódkę i hulaj dusza, kangurze.

Najpierw, co prawda, dryndnąłem do Perszerona.

— Kuter — powiadam — jest na przystani. Naprawiłem silnik. Co w naszym języku znaczy: Zabieraj towar.

— Rybacy — pyta — nie przeszkadzali?

— Zarzucali wędki — odpowiadam — ale w nierybne miejsca. Wyłowili jedną śrubę, a i ta zardzewiała.

Co znaczy: Zrobili kipisz przy wylocie z miasta, ale spudłowali. Niech sobie nykają i sto lat — małpki leżą w fałszywym zbiorniku. Trzeba mieć dokładną wystawę, żeby znaleźć. Kiedyś żaby miały gites celowniczego, ale skończył się, jak nakryli Chudego Icchaka. Wtedy Perszeron stracił pół miliona. Tak więc nie żałował na śledztwo czasu ani pieniędzy. I naturalnie znalazł tego, który się skurwił. Chudemu załatwił na rozprawę fest papugę. A gnojowi włożył kopyta do miedniczki z betonem. Zamknęli mu papę, wepchnęli w nocy do fury przeznaczonej do takich spraw, i po kisielu. Sterczy teraz gdzieś na dnie pod mostem, podrywa tamtejsze okonki i bawi się z nimi w koci-łapci.

— Dobra — mówi Perszeron. — Za godzinę podpłyń na róg Siódmej i Centralnego.

Podpłyń to podpłyń, mi tam zwisa. Tym bardziej że dadzą mi tam żywą sałatę. Za bardzo, bardzo dobrze wykonany kurs oczywiście.

Robotę mam czystą. Szurnij raz w tygodniu do dziurawej nitki, zostaw furę na kempingu i spożywaj sobie tlen, póki tamte chłopaki nie zapakują towaru do zbiornika. Już trzeci rok tak jeżdżę… Przy okazji, wyjaśnienie dla niekumatych: „dziurawa nitka” to w języku ryb, a po żabiemu nazywa się to „okno na granicy”. Więc ja z tego okna wożę do Harmont małpki. Trefna robota, jasna sprawa, ale i tak mniej trefna niż zajęcie miejskich kurierów. Ich mogą w każdej chwili capnąć przy transakcjach, na gorącym uczynku, a mnie wyłącznie jak ktoś podkabluje. Ai tak wyrok mniejszy, bo przecież nie wiem, po co wożę furę tam i z powrotem. To oczywiście wersja dla żab — nic nie wiem…

W sumie wpadłem na chawirę, wypucowałem ciało pod prysznicem, przebrałem się, powiesiłem na szyi śledzia i naprzód. Posuwam Siódmą, jaram sobie ćmika. I nagle z tyłu ryk:

— Hej, Rudy! Stój!

No to ja co? Nie mam powodu do spadunku. Jak mnie prosi ktoś miły, to paznokcie połamię, ale wykonam. Hamuję, odwracam się.

Sierżant Decker z miejskiego wydziału do walki z narkotykami. Stoi sobie, menda koślawa, gnida zgniła, i reflektorami mnie na wylot przerabia.

— Dokąd lecisz, Rudy? — pyta.

— Tak sobie — odpowiadam. — Szpaciren gejen wzdłuż Brodwejen. Fersztejen czy nie fersztejen?

A ten dwumetrowy wał zmierzył mnie od stóp do głów i oświadczył:

— A jak cię zaraz, mądralo, poproszę o wywrócenie kieszeni? Jawnie zagrywa, flik jeden! Ja go też zmierzyłem.

— A macie, sierżancie, pozwolenie? — mówię. — Do prokuratora okręgowego zwracał się pan?

— Ja — odpowiada — mam swojego prokuratora. — 1 podsuwa mi kułak pod nos, dwupudową banię. — Więc się nie strzęp! Wejdźmy do bramy.

O, tu już postawiłem uszy ostro. Poważnie, widzę, żaba do mnie mierzy. Taa, sprawa cuchnie… Mogę, rzecz jasna, dalej się jeżyć, stawiać na całego, ale czuję, że wsypie mi po bani, a potem — niby za opór — jeszcze włoży bransoletki. A po cholerę mi reklama na posterunku. W sumie sytuaciora taka, że nie ma co dźgać rogami, trzeba dać tyły.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)