Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Sutton wytrzeszczył oczy, bowiem pomysł takiego rozdziału był mu całkowicie obcy. Po chwili spojrzał na Jacksona, szukając u niego potwierdzenia, czy to, co usłyszał, jest w ogóle możliwe.
— Lady Harrington ma rację. I biorąc pod uwagę różnorodność religii istniejących w Królestwie Manticore, jego założyciele mieli całkowitą rację, postępując w ten sposób. — Kapłan uśmiechnął się smutno. — Każdy, kto studiuje historię, dochodzi do nieuchronnego wniosku, będącego okrutną ironią losu. Ludzie spędzili więcej czasu, zabijając się „w imię Boga”, niż na jakimkolwiek innym zajęciu poza spaniem. Przypomnij sobie naszą wojnę domową i tych lunatyków z Masady. Wiem, że Bóg nas kocha, ale przynajmniej od czasu do czasu musimy być dla niego cholernym rozczarowaniem.
Wsporniki główne zostały umieszczone na miejscach. Adam Gerrick stał na rusztowaniu wieńczącym to, co miało być głównym wejściem, i obserwował montaż olbrzymich paneli krystoplastu. Choć miały ledwie trzy milimetry grubości i były znacznie lżejsze niż szklane, ważyły niemało, jako że każdy miał sześć metrów długości i tyleż szerokości, a ciążenie panujące na Graysonie było o siedemnaście procent wyższe od ziemskiego, czyli standardowego. Ledwie cztery lata temu podobna operacja byłaby niezwykle skomplikowana i wymagałaby dźwigów, siły fizycznej i trzykrotnie więcej ludzi, teraz przy wykorzystaniu antygrawitacji olbrzymie, przezroczyste panele umieszczono na miejscu z zachowaniem środków ostrożności, ale stosunkowo łatwo. Widząc to, Gerrick poczuł dumę, której jeszcze nie nauczył się traktować jako czegoś naturalnego.
Odwrócił się i zajął oglądaniem całej budowy. Była to jedna z mniejszych kopuł, gdyż patron Mueller zdecydował, że wpierw musi obejrzeć przykład, nim podejmie decyzję dotyczącą kopuły przykrywającej całe miasto czy tereny rolnicze. Przyznać należało, że wybrał doskonałe miejsce na tę próbną, która miała osłaniać szkołę średnią imienia Winstona Muellera znajdującą się na wzgórzu wychodzącym na God’s Teras — najpiękniejszy łańcuch jezior na kontynencie Idaho. Po zakończeniu kopuły koronującej wzgórze miano na tym terenie posiać ziemską trawę i zbudować boiska oraz basen kąpielowy — dar lady Harrington. Samo wspomnienie miny administratora wywołało uśmiech na twarzy Gerricka — gdy tamten się o tym dowiedział, był naturalnie wdzięczny (bo za prezenty należy być wdzięcznym), ale przede wszystkim ogłupiony, bowiem pojęcia nie miał, co zrobić z tym basenem.
Budowa, choć niewielka, sprawiała mu wiele satysfakcji, ukazywała bowiem zupełnie nowe zastosowanie pomysłu zrodzonego z wyzwania, jakim było użycie technologii Królestwa dla potrzeb Graysona. Projektując pierwszą kopułę, Gerrick tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy, jakie skutki będzie to miało dla wszystkich i jak dalece zmieni życie na Graysonie. Teraz teoria stawała się praktyką i oprócz satysfakcji z dobrze wykonanej pracy czuł prawdziwe szczęście, wiedząc, że pomógł uczynić swą planetę bardziej nadającym się do życia miejscem. A takie szczęście spotykało naprawdę niewielu inżynierów.
Nie bez znaczenia naturalnie był fakt, że przy okazji stał się jednym z najbogatszych obywateli Graysona. Taka świadomość skutecznie poprawiała samopoczucie.
Obrócił się na wschód i obserwował zakończenie montażu pierwszej tafli na najwyższym poziomie. Ten w sumie niewielki kawałek tworzywa powodował złudzenie, że cała konstrukcja jest krzywa i niebezpiecznie brak jej równowagi, ale Gerrick wiedział, że zamontowanie następnej zmieni ten obraz. Poza tym sam sprawdził obliczenia wytrzymałościowe do dziesiętnych części oraz dodał olbrzymi margines bezpieczeństwa (ponad pięćset procent), by mieć pewność, że całość jest naprawdę solidna. Tafla została przyklejona i uszczelniona, a ekipa przeniosła się na zachodnią stronę, by założyć drugą, także nad dachem szkoły. Zasadą było jak najprędzej wykończyć cały szczyt kopuły, by nie narażać konstrukcji na zbędne a nierównomierne obciążenie. Adam był zwolennikiem tej metody — obliczenia były właściwe, ale zdawał sobie sprawę z istnienia czegoś takiego jak prawo Murphy’ego i wolał nie ryzykować.
Uśmiechnął się i spojrzał w dół, słysząc gwar dziecięcych głosów przebijających się przez normalne odgłosy budowy. Na placu pojawiła się grupa przyszłych uczniów i uczennic pod opieką nauczycieli. Wycieczka została uzgodniona z szefem budowy, a jej celem było pokazanie dzieciom ostatniej fazy prac. Naturalnie przeszły odpowiednie przeszkolenie, a i tak zwiększono środki bezpieczeństwa. Była to w pewnym sensie zbędna ostrożność, gdyż graysońskie dzieci bardzo szybko uczyły się poważnie traktować ostrzeżenia dorosłych. Teraz stanęły pod ukończoną już wschodnią ścianą, zachowując się, jak im kazano, ale to nie miało wpływu na ich zainteresowanie i sposób jego okazywania. Nawet z tej odległości widział ich podekscytowanie, gdy obserwowały podróż w górę kolejnych tafli przypominających egzotyczne nasionolbrzymy, i słyszał ich śmiech. Rano rozmawiał z kilkorgiem z nich i dwóch chłopaków sprawiało całkiem obiecujące wrażenie. Być może zostaną w przyszłości inżynierami…
Przesunął spojrzenie na ścianę ponad wycieczką… i dlatego właśnie widział wszystko od samego początku.
Zaczęło się niezwykle łagodnie, podobnie jak większość naprawdę poważnych wypadków. W pierwszym momencie wydało mu się, że to tylko jego wyobraźnia, ale tak nie było. Jeden z głównych wsporników nośnych, wykonany ze stopu mocniejszego niż tytan i osadzony w otworze mającym czternaście metrów głębokości i sięgającym skały, a na dodatek zalany ponad stoma tonami cerambetu, pochylił się niczym wątłe drzewko na silnym wietrze. Tylko że nie był wolno stojącym drzewkiem, a elementem skomplikowanej konstrukcji stanowiącej o całości kopuły. Gerrick patrzył, wytrzeszczając oczy, jak wspornik obraca się w wywierconym otworze, jakby nie spojono go ze skałą najtwardszym i najgęstszym ze znanych materiałów budowlanych, a zwyczajnym błotem. To, co widział, nie mogło się wydarzyć. To było po prostu niemożliwe! A jednak to, co widział, działo się naprawdę.
Spojrzał na inne elementy, na które rozkładały się obciążenia pierwotnie przewidziane dla wadliwego wspornika. Laik nie wiedziałby, o które chodzi, dla niego były one oczywiste. I poczuł serce w gardle, widząc, że jeden z nich także zaczyna zmieniać położenie!
Przez jeden upiorny, nie kończący się moment przyglądał się temu w stanie całkowitego paraliżu, wiedząc już, że jest świadkiem katastrofy. Trwało to cztery, może pięć sekund, ale owa chwila bezczynnego szoku prześladowała go do samej śmierci. Niczego nie był w stanie zmienić ani nikogo uratować i wiedział o tym. Miał tę pewność, bo zbyt dużo działo się zbyt szybko i zbyt głośno. Łańcuch wydarzeń, których nikt nie mógł powstrzymać, już się rozpoczął i nic, co on sam by zrobił, nie uczyniłoby najmniejszej różnicy. Mimo tej świadomości Adam Gerrick nigdy nie wybaczył sobie tej chwili bezruchu.
Od strony poruszających się wsporników dobiegł cichy, prawie niesłyszalny jęk i tafla krystoplastu oderwała się z mocowania. Połyskując w świetle słonecznym, runęła w dół, już nie wolno i z wdziękiem, lecz ze świstem powietrza niczym ostrze gilotyny. Gerrick ocknął się i zaczął biec. Błyskawicznie po części zeskoczył, a po części zbiegł z rusztowania i pognał prosto ku walącym się wspornikom, wykrzykując z całych sił ostrzeżenie. Było to czyste szaleństwo, bowiem gdyby dobiegł, zginąłby, ale to mu nawet nie przyszło do głowy. Myślał wyłącznie o dzieciach stojących w teoretycznie najbezpieczniejszym miejscu całej budowy… bezpośrednio pod walącą się konstrukcją.