Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– To wszystko nie może być własnością Lange'ów – powiedział Tal.
– Zaczekajcie. – Jenny wyciągnęła ze stosu zegarek i przyjrzała mu się uważnie.
– Poznajesz go? – zapytał Bryce.
– Tak. Cartier. Model wodoszczelny. Nie klasyczny, z rzymskimi cyframi. Ten ma gładki, czarny cyferblat. Sylvia Kanarski podarowała go w piątą rocznicę ślubu mężowi Danowi.
– Skąd ja znam to nazwisko? – zastanowił się Bryce.
– Są właścicielami Zajazdu Pod Płonącą Świeczką – powiedziała Jenny.
– Och, tak. Twoi przyjaciele.
– Są na liście zaginionych – dodał Tal.
– Dań uwielbiał ten zegarek – wyjaśniła Jenny. – Kiedy Sylvia mu go kupiła, to była straszna ekstrawagancja. Zajazd nie stał jeszcze dobrze finansowo, a zegarek kosztował trzysta pięćdziesiąt dolarów. Teraz, oczywiście, jest wart dużo więcej. Dań lubił żartować, że to ich najlepsza inwestycja.
Podniosła zegarek do góry, tak że Tal i Bryce mogli zobaczyć tył złotej koperty. Nad znakiem firmowym Cartiera było wyryte: MOJEMU DANOWI. Na dole pod numerem seryjnym: Z MIŁOŚCIĄ, SYL.
Bryce spojrzał na zlew pełen biżuterii.
– Więc to należy prawdopodobnie do ludzi z całego Snowfield.
– No cóż, powiedziałbym raczej, że należy do tych, którzy zaginęli – powiedział Tal. – Te ofiary, które znaleźliśmy do tej pory, miały biżuterię na sobie.
– Masz rację – skinął głową Bryce. – Wiec tych, którzy zaginęli, pozbawiono wszystkich kosztowności, zanim zostali porwani do… do… no, tam gdzie, do diabła, zostali porwani.
– Złodzieje nie zostawiają tak łupu – powiedziała Jenny. – Nie gromadzą go, a potem nie wrzucają do zlewu. Pakują i zabierają ze sobą.
– No to co to tu robi? – zapytał Bryce.
– Zabij mnie, nie wiem – odrzekła Jenny.
Tal wzruszył ramionami.
W dwóch komorach zlewozmywaka biżuteria jarzyła się i błyszczała.
Krzyk mew.
Szczekanie psów.
Galen Copperfield podniósł wzrok znad końcówki komputera, z której odczytywał dane. Pocił się w swym stroju ochronnym, obolały i zmęczony. Przez chwilę nie był pewien, czy naprawdę słyszy ptaki i psy.
Zamiauczał kot.
Koń zarżał.
Generał rozejrzał się po laboratorium, zmarszczył czoło.
Grzechotniki. Dużo grzechotników. Znajomy, śmiercionośny dźwięk: czika-czika-czika-czika.
Buczenie pszczół.
Inni również to usłyszeli. Spojrzeli po sobie, niespokojni.
– To dochodzi przez wewnętrzny system komunikacyjny – powiedział Roberts.
– Zgadza się – odezwał się doktor Bettenby z drugiego samochodu mieszkalnego. – My też to tu słyszymy.
– W porządku – powiedział Copperfield – dajmy temu okazję do działania. Jeśli chcecie ze sobą rozmawiać, używajcie systemu zewnętrznego.
Pszczoły przestały buczeć.
Dziecko – nieokreślonej płci, androgynoidalne – zaczęło śpiewać bardzo łagodnie, z oddali:
Jezus kocha mnie, to wiem, w Biblii czytam to co dzień. Każde dziecię do Niego lgnie. One są slabe, w Nim silą jest.
Głos był słodki, melodyjny.
A ścinał krew w żyłach.
Copperfield nigdy nie słyszał niczego podobnego. Choć był to śpiew dziecka, słodki i kruchy, było w nim… coś, czego nie powinno być w głosie dziecka. Kompletny brak niewinności. Może wiedza. Tak, zbyt głęboka wiedza o zbyt strasznych rzeczach. Groźba. Nienawiść. Szyderstwo. Nie przebijało to wprost z radosnej piosenki, ale pulsowało w głębi mroczne, wywołujące bezgraniczną trwogę.
Tak, Jezus kocha mnie. Tak, Jezus kocha mnie. Tak, Jezus kocha mnie – w Biblii czytam to.
– Mówili nam o tym – powiedział Goldstein. – Doktor Paige i szeryf. Słyszeli to przez telefon i ze zlewu w zajeździe. Nie wierzyliśmy; tak śmiesznie to brzmiało.
– Teraz nie jest śmieszne – rzekł Roberts.
– Nie jest – twierdził Goldstein. Nawet przez obszerny strój widać było, że ma dreszcze.
– Emituje na tej samej długości fal co nasze przekaźniki.
– Ale jak? – zapytał Copperfield.
– Velazquez – powiedział nagle Goldstein.
– Oczywiście – poparł go Roberts. – Strój Velazqueza miał radio. Ono nadaje przez jego radio.
Dziecko przestało śpiewać. Odezwało się szeptem:
– Lepiej odmówcie paciorek. Niech każdy odmówi paciorek. Nie zapomnijcie o paciorku. Chichot.
Czekali na coś jeszcze. Tylko cisza.
– Zdaje mi się, że ono nam groziło – powiedział Roberts.
– Do cholery, lepiej zatrzymajcie takie myśli dla siebie! – rzekł Copperfield. – Nie popadajmy w panikę.
– Zauważyliście, że mówimy teraz ono? – spytał Goldstein. Copperfield i Roberts spojrzeli na niego, a potem po sobie, ale nie odezwali się.
– Mówimy ono tak samo jak doktor Paige, szeryf i zastępcy. Więc… zaczęliśmy myśleć zupełnie jak oni?
Copperfield nadal miał w uszach nawiedzony, ludzki-choć-nie-ludzki głos. Ono.
– Dość tego – powiedział szorstko. – Jeszcze mamy sporo roboty do odwalenia.
Powrócił do końcówki komputera, ale miał trudności z koncentracją. Ono.
O 16:30 Bryce odwołał przeszukiwanie. Pozostało jeszcze kilka godzin dnia, ale wszyscy byli utrudzeni do szpiku kości. Zmęczeni wchodzeniem i schodzeniem po schodach. Zmęczeni groteskowym wyglądem trupów. Zmęczeni nieprzyjemnymi niespodziankami. Zmęczeni rozmiarem ludzkich tragedii, grozą stępiającą zmysły. Zmęczeni ściskającym w piersiach strachem. Stałym napięciem, nużącym jak ciężka fizyczna praca.
Poza tym dla Bryce'a stało się jasne, że ta praca przekracza ich siły. W pięć i pół godziny załatwili tylko niewielką część miasta. Z tymi siłami i w tym tempie, ograniczeni dziennym światłem, będą potrzebować przynajmniej dwu tygodni na dokładne spenetrowanie Snowfield. A ponadto jeśli zaginieni nie pojawią się do czasu zbadania ostatniego budynku i jeśli nie znajdzie się wskazówek co do miejsca ich pobytu, trzeba będzie wziąć się za jeszcze trudniejsze przeczesywanie okolicznych lasów.
Zeszłej nocy Bryce nie życzył sobie, żeby Gwardia Narodowa rozlazła się po mieście. Ale teraz jego ludzie mieli miasto dla siebie przez większą część dnia, a specjaliści Copperfielda zebrali próbki i zaczęli pracę. Kiedy tylko Copperfield uzyska całkowitą pewność, że miasto nie zostało porażone czynnikiem bakteriobójczym, można sprowadzić gwardię do pomocy policji.
Na początku, wiedząc niewiele o tutejszej sytuacji, niechętnie myślał o zrzeczeniu się władzy nad miastem, podlegającym jego jurysdykcji. Ale teraz, choć nie chciał się zrzekać władzy, to na pewno pragnął się nią podzielić. Potrzebował więcej ludzi. Z godziny na godzinę odpowiedzialność coraz bardziej przygniatała go do ziemi i gotów był przerzucić ją na inne barki.
Dlatego też o 16:30 zaprowadził swoje dwa zespoły z powrotem do Zajazdu Na Wzgórzu, zadzwonił do biura gubernatora i porozmawiał z Jackiem Retlockiem. Uzgodniono, że postawi się gwardię w stan gotowości, będą czekać na sygnał Copperfielda, że wszystko gra.
Ledwie odłożył słuchawkę, zadzwonił Charlie Mercer. Miał nowiny. Fletcher Kale uciekł podczas transportu do sądu okręgowego.
Bryce dostał szału.
Charlie pozwolił mu powściekać się chwilę, a kiedy furia opadła, powiedział:
– Jest coś gorszego. Zabił Joego Freemonta.
– On, niech to krew zaleje – jęknął Bryce. – Mary wie?