Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Z rezydencji Bischoffów Bryce poprowadził swoją grupę do kolejnych domów; w czterech nie znaleźli żadnych ciał. Ale w piątym natrafili na starsze małżeństwo zamknięte w łazience, gdzie usiłowali się skryć przed zabójcą. Ona leżała rozciągnięta pod prysznicem. On, jak łachman, na podłodze.
– Byli moimi pacjentami – powiedziała Jenny. – Nick i Melina Papandrakisowie.
Tal dopisał ich nazwiska do listy zmarłych.
Jak Harold Ordnay i jego żona w Zajeździe Pod Płonącą Świeczką, Nick Papandrakis usiłował zostawić wiadomość wskazującą na zabójcę. Jodyną wyjętą z szafki z lekarstwami chciał coś napisać na ścianie. Nie dano mu szansy: nie skończył nawet jednego słowa. Na ścianie widniały tylko dwie litery i część trzeciej:
– Czy komuś z czymś się to kojarzy? – zapytał Bryce.
Wszyscy po kolei tłoczyli się w łazience i przystawali nad ciałem Nicka Papandrakisa, spoglądając na pomarańczowobrązowe litery na ścianie, ale nikt nie doznał żadnego olśnienia.
Pociski.
W domu sąsiadującym z domem Papandrakisów kuchenna podłoga była dosłownie zasłana wystrzelonymi pociskami. Nie całymi nabojami. Kilkadziesiąt samych ołowianych pocisków.
W pomieszczeniu nigdzie nie leżały wyrzucone łuski, zatem nie miała tu miejsca wymiana ognia. Nie unosił się zapach prochu. Nie znaleziono otworów w ścianach ani w szafkach.
Całą podłogę zaścielały jedynie pociski, jakby wyczarowane z powietrza.
Frank Autry wziął do ręki kilka szarych grudek metalu. Nie był ekspertem balistycznym, ale zauważył ze zdziwieniem, że żaden z pocisków nie rozprysnął się ani nie został mocno zniekształcony. Dzięki temu mógł ocenić, że pochodzą z różnej broni. Większość – ogromna większość – odpowiadała typowi i kalibrowi pistoletów maszynowych, w które uzbrojona była osłona generała Copperfielda.
Czyżby pociski z broni sierżanta Harkera? – zastanawiał się Frank. Czy to amunicja, którą Harker wystrzelił w swojego mordercę w Samie Gilmartina?
Zmarszczył brwi, poruszony.
Upuścił pociski, stuknęły o podłogę. Pozbierał kilka innych. Kaliber 22, 32, jeszcze raz 22 i 38. Było nawet dużo śrutu ze strzelb.
Podniósł pojedynczy pocisk kalibru 45 i przyjrzał mu się ze szczególną ciekawością. Był to dokładnie ten rodzaj amunicji, jaki miał w swoim rewolwerze.
Gordy Brogan kucnął obok.
Frank dalej wpatrywał się z namysłem w pocisk. Nie mógł opędzić się od dziwnego przypuszczenia.
Gordy zebrał także kilka pocisków z podłogi.
– W ogóle nie mają zniekształceń. Frank pokiwał głową.
– Musiały w coś trafić – ciągnął Gordy. – Więc powinny być zniekształcone. Przynajmniej niektóre. – Zamilkł na chwilę. – Hej, jesteś o milion mil stąd. O czym dumasz?
– O Paulu Hendersonie. – Frank podsunął pocisk kalibru 45 przed oczy Gordy'ego. – Paul wystrzelił wczoraj wieczór takie trzy pociski, tam, w podkomisariacie.
– W swojego zabójcę.
– Właśnie.
– Więc?
– Więc chodzi mi po głowie wariackie podejrzenie, że jeśli każemy zrobić testy balistyczne, okaże się, że ten wystrzelono z rewolweru Paula. Gordy uniósł brwi.
– I podejrzewam – ciągnął Frank – że jeśli poszukamy dokładnie, znajdziemy jeszcze dwie takie same sztuki. Uważaj: nie jeden pocisk. I nie trzy. Dokładnie dwa, z identycznymi śladami.
– Mówisz… że to będą te same trzy pociski, które Paul wystrzelił wczoraj?
– Właśnie.
– Ale skąd się tu wzięły?
Frank nie odpowiedział. Zamiast tego wstał i wcisnął przycisk w swoim walkie-talkie.
– Szeryfie?
Głos Bryce'a Hammonda doleciał wyraźnie z niewielkiego głośnika.
– Co tam, Frank?
– Dalej jesteśmy w tym domu w stylu Sheffield. Zdaje mi się, że lepiej będzie, jak pan tu wpadnie. Jest coś, co powinien pan zobaczyć.
– Znowu ciała?
– Nie, sir. Mhm… coś niesamowitego.
– Idziemy tam, Frank.
– Myślę sobie – powiedział Frank do Gordy'ego – że… w ciągu ostatnich kilku godzin, w jakiś czas po tym, jak sierżant Harker został porwany z Samu Gilmartina, ono było tu, właśnie W tym pokoju. Pozbyło się wszystkich pocisków, które dostało wczoraj wieczór i dziś rano.
– Pocisków, które dostało?
– Tak.
– Pozbyło się? Tak po prostu?
– Tak po prostu – powtórzył Frank.
– Ale jak?
– Wygląda, że… strąciło je z siebie. Zrzuciło te pociski, jak pies zrzuca liniejące futro.
9
Jadąc przez Santa Mira skradzionym datsunem, Fletcher Kale usłyszał o Snowfield przez radio.
Choć wiadomość zajęła uwagę całego kraju, Kale nie okazał zainteresowania. Tragedie innych nigdy specjalnie go nie obchodziły.
Sięgnął do wyłącznika – wieści o Snowfield były bez znaczenia, dość miał własnych problemów – gdy wtem usłyszał nazwisko, które miało dla niego znaczenie. Jake Johnson. Johnson był jednym z funkcjonariuszy, którzy pojechali wczoraj do Snowfield. Teraz zaginął, może nawet nie żył.
Jake Johnson…
Rok temu Kale sprzedał Johnsonowi solidną chatę z bali na pięcioakrowej działce w górach.
Johnson twierdził, że jest jakoby zapalonym myśliwym i stąd potrzebuje chaty. Jednakże z tego, co mu się tu i ówdzie wypsnęło, Kale wysnuł wniosek, że policjant jest “niezniszczalnym" – jednym z tych ludzi, którzy wierzą, że świat czeka Armageddon, a społeczeństwo rozpadnie się z powodu galopującej inflacji, wojny nuklearnej lub innej katastrofy. Kale coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Johnson potrzebuje chaty na kryjówkę, którą zapełni żywnością i amunicją – aby potem łatwo przetrwać w czasach wstrząsów społecznych.
Chata leżała wystarczająco daleko, aż na Śnieżnej Górze, po drugiej stronie Snowfield. Żeby się tam dostać, należało wjechać przecinką przeciwpożarową, wąską drogą gruntową – przejezdną wyłącznie dla pojazdów terenowych – a potem na jeszcze trudniejszy szlak. Ostatnie ćwierć mili trzeba było pokonać pieszo.
W dwa miesiące po tym, jak Johnson nabył górską posiadłość, Kale zakradł się tam w letnie czerwcowe przedpołudnie. Wiedział, że właściciel ma służbę w Santa Mira. Chciał sprawdzić, czy, zgodnie z jego podejrzeniami, Jake zamienia to miejsce w nieprzystępną fortecę.
Chata stała jak poprzednio, ale odkrył, że Johnson prowadzi intensywne roboty w jednej z sąsiadujących z nią wapiennych jaskiń. Na zewnątrz leżały worki cementu i piasku, taczka i stos kamieni.
Tuż przy wejściu, na kamiennej podłodze stały dwie benzynowe latarnie Colemana. Kale wziął jedną i zanurzył się w podziemne komnaty.
Pierwsza jaskinia była długa i wąska, prawie jak tunel. Niby nieregularny wapienny korytarz zakosami wiodła do pierwszej obszerniejszej sali.
Oparte o ścianę stały tu pięciofuntowe skrzynki z próżniowo pakowanymi puszkami sproszkowanego mleka, liofilizowanych owoców i warzyw, liofilizowanych zup, słoików z miodem, beczki ziarna. Materac gumowy. I wiele innych rzeczy. Jake musiał pracować na pełnych obrotach.
Pierwszy podziemny pokój prowadził do drugiego. Tu w ziemi natura uformowała dziurę o średnicy dziesięciu cali. Dochodziły z niej dziwne hałasy. Szepty. Złowieszcze śmiechy. Kale mało nie obrócił się na pięcie i nie uciekł, ale uświadomił sobie, że to nic groźnego, tylko plusk płynącej wody. Podziemny strumień. Jake Johnson wprowdził calową gumową rurę do naturalnej studni i osadził w podłodze ręczną pompę.
Wygody jak w domu.
Kale uznał wtedy, że Johnson jest nie tylko przezorny. Ten człowiek ma obsesję…