Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia, późnym latem, w końcu sierpnia, Kale powrócił na górską działkę. Ku jego zdziwieniu wejście do jaskini – wysokie na cztery a szerokie na pięć stóp – nie było już widoczne. Johnson stworzył roślinną zaporę, maskującą skutecznie wejście.
Kale przebrnął przez krzewy uważnie, by ich nie zdeptać.
Tym razem przyniósł własną latarkę. Przeczołgał się przez wejście, wstał, minął trzy zakosy i nagle dotarł do końca ślepego korytarza. Wiedział, że powinien być jeszcze jeden ostry zakręt, a potem pierwsza z obszernych sal. Zamiast tego stał przed wapienną płaską ścianą.
Przez moment Kale wpatrywał się w przeszkodę, zdezorientowany. Jednak przyjrzawszy się jej dokładnie, znalazł ukryte wejście. Ściana faktycznie była cienką fasadą, obwiedzioną epoksydem, przylegającą do drzwi, które Johnson sprytnie wmontował w naturalną framugę pomiędzy ostatnim zakrętem a pierwszą z dużych sal.
Tamtego sierpniowego dnia, oceniając z uznaniem ukryte drzwi, Kale zdecydował, że w razie czego przejmie tę kryjówkę. W gruncie rzeczy, może ci “niezniszczalni" mają nosa. Może jacyś durnie pewnego dnia spróbują wysadzić świat w powietrze. Jeśli tak, Kale pierwszy się tu dostanie, a kiedy Johnson wkroczy przez swoje sprytnie zamaskowane drzwi, Kale po prostu go zdmuchnie.
Ta myśl sprawiła mu przyjemność.
Poczuł się sprytniejszy. Bardziej górą.
Trzynaście miesięcy później, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu i przerażeniu, Kale ujrzał, że grozi mu koniec świata. Jego świata. Zamknięty w okręgowym więzieniu, oskarżony o morderstwo, wiedział, dokąd się uda, jeśli tylko zdoła zbiec: w góry, do jaskiń. Mógł tam pozostać przez kilka tygodni, aż gliny w końcu przestaną za nim węszyć w Santa Mira i w pobliżu miasta.
Dzięki ci, Jake'u Johnsonie.
Jake Johnson…
Teraz, w skradzionym żółtym datsunie, mając za sobą dopiero kilka minut wolności, Kale usłyszał przez radio o Johnsonie. Słuchał i zaczął się uśmiechać. Los był po jego stronie.
Obecnie największym problemem było pozbycie się więziennego ubioru i zdobycie właściwego, górskiego stroju. Nie bardzo wiedział, jak tego dokonać.
Kiedy tylko usłyszał przez radio, że Jake Johnson nie żyje – albo przynajmniej nie może stanąć mu na drodze, będąc w Snowfield – Kale zdecydował, że pojedzie wprost do jego domu, tu, w Santa Mira. Johnson nie miał rodziny. Jego dom stanowił bezpieczną tymczasową kryjówkę. Johnson nie miał dokładnie wymiarów Kale'a, ale byli dość podobnej budowy. Zamieni ubiór więzienny na odpowiedniejsze ciuchy z szafy zastępcy.
I broń. Jake Johnson – będąc “niezniszczalnym" – na pewno trzyma gdzieś w domu kolekcję broni.
Zastępca mieszkał w tym samym parterowym domu z trzema sypialniami, który odziedziczył po swoim ojcu, Wielkim Ralphie Johnsonie. Trudno było nazwać ten dom wystawnym, Wielki Ralph nie szastał bezmyślnie forsą z “boków" i łapówek; gdy szło o zachowanie pozorów przed agentami urzędu podatkowego, znał się na rzeczy. Oczywiście, nie był to szałas. Dom stał w środku Pine Shadow Lane, szanującej się okolicy, pełnej dużych domów, dużych posesji i dojrzałych drzew. Dom Johnsona, jeden z mniejszych, miał na tylnej werandzie dużą wannę do kąpieli z podwodnym masażem, ogromny salon z antycznym stołem bilardowym i sporo innych urządzeń uprzyjemniających wolny czas, nie rzucających się w oczy z zewnątrz.
Kale był tam dwukrotnie, kiedy sprzedawał Johnsonowi górską posiadłość. Nie miał obecnie trudności z trafieniem.
Wjechał na podjazd, zgasił silnik i wysiadł. Liczył, że nikt z sąsiadów go nie zobaczy.
Obszedł dom od tyłu, stłukł okno w kuchni, wszedł do środka.
Skierował się prosto do garażu. Mógł pomieścić dwa samochody, ale teraz stał w nim tylko dżip z napędem na obie osie. Kale wiedział, że Johnson ma dżipa i oczekiwał, że wóz będzie stał w garażu. Otworzył clrzwi i wprowadził skradzionego datsuna. Kiedy zamknął drzwi i datsun przestał być widoczny z ulicy, poczuł się bezpieczniejszy.
W głównej sypialni przejrzał szafę gospodarza i znalazł parę mocnych butów turystycznych tylko o numer większych niż jego własne. Johnson był o kilka cali od niego niższy, więc spodnie nie pasowały, ale wepchnął nogawki w buty i wyglądało to znośnie. W biodrach były za szerokie, ale ścisnął się paskiem. Wybrał sportową koszulę; przymierzył. Ujdzie.
Ubrany, przejrzał się w dużym lustrze.
– Nieźle wyglądasz – powiedział do swojego odbicia.
Ruszył przez dom, rozglądając się za bronią. Nie mógł nic znaleźć.
Proszę bardzo. Znaczy, jest gdzieś schowana. Jak trzeba, rozwali tę dziurę na kawałki.
Zaczął od głównej sypialni. Opróżnił biurko i szuflady komody. Nie ma broni. Przeszukał obie nocne szafki. Nie ma broni. Wyjął wszystko z szafy ściennej: ubrania, buty, walizki, pudła, kufer podróżny. Nie ma broni. Podniósł brzegi dywanu i poszukał schowka. Nic nie znalazł.
W pół godziny później spływał potem, ale nie był zmęczony. Prawdę mówiąc czuł uniesienie. Ogarnął wzrokiem spustoszenie, którego dokonał, i poczuł dziwne zadowolenie. Pokój wyglądał jak po bombardowaniu.
Przeszedł do następnego pokoju – szperał, zrywał, przewracał; rozwalał wszystko, co stało mu na drodze.
Bardzo chciał znaleźć tę broń.
A miał przy tym kupę zabawy.
10
Ten dom był wyjątkowo schludny i czysty, ale kolorystyka i wszechobecne frędzelki działały Bryce'owi Hammondowi na nerwy. Wszystko było tu albo zielone, albo żółte. Wszystko. Dywany zielone, ściany bladożółte. W bawialni sofy obleczone tapicerką w kwieciste żółte i zielone wzory tak krzyczące, że myślało się o natychmiastowej wizycie u okulisty. Dwa fotele szmaragdowozielone i dwa krzesełka kanarkowo-żółte. Żółte porcelanowe lampy ze smugami zieleni, abażury chartreuse z frędzlami. Na ścianach dwie ogromne reprodukcje: żółte stokrotki na wściekle zielonym polu. Główna sypialnia była jeszcze gorsza: kwieciste tapety jaśniejsze niż tapicerką w bawialni, paląca żółcień zasłon, marszczone lambrekiny. Kilkanaście rozrzuconych poduszek; część zielona wykończona żółtą koronką, część żółta z zieloną koronką.
Jak mówiła Jenny, dom zajmowali Ed i Theresa Lange z trojgiem kilkunastoletnich dzieci i siedemdziesięcioletnia matka Theresy.
Nie odnaleziono nikogo z mieszkańców. Nie było ciał i Bryce poczuł ulgę. Wydało mu się, że posiniaczone i spuchnięte ciała zaprezentują się wyjątkowo okropnie na tle niemal maniakalnie radosnego wystroju.
Kuchnia również była zielona i żółta.
– Jest coś – odezwał się od zlewu Tal Whitman. – Szefie, lepiej rzuć na to okiem.
Bryce, Jenny i kapitan Arkham podeszli do Tala, ale dwaj zastępcy, z Lisa pośrodku, zostali przy drzwiach. Trudno było przewidzieć, co może mieścić się w kuchennym zlewie, w tym mieście, w środku koszmaru godnego Lovecrafta. Może czyjaś głowa. Albo jeszcze jedna para odciętych rąk. Albo coś gorszego.
Ale to nie było gorsze. Jedynie dziwne.
– Prawdziwy sklep jubilerski – powiedział Tal.
Podwójny zlew był pełen kosztowności. Przeważnie pierścionki i zegarki. Znalazły się tani zarówno męskie jak i kobiece zegarki: wyłącznie z metalowymi bransoletami, lub bez pasków, timexy, seiko, bulova, nawet rolex. I wiele ślubnych i zaręczynowych pierścionków. Brylanty rozsiewały blask. Pierścionki urodzinowe: granaty, ametysty, krwawniki, topazy, turnaliny; pierścionki z rubinowymi i szmaragdowymi kamykami. Pierścionki wręczane za ukończenie liceum i college'u. Jubilerskie śmiecie zmieszane z wartościowymi przedmiotami. Bryce zanurzył ręce w kupce kosztowności, jak na filmie pirat wkłada dłonie do kufra ze skarbami. Zamieszał świecidełka i zobaczył też inną biżuterię; kolczyki, bransolety, pojedyncze perły z jednej lub dwóch rozerwanych kolii, złoty łańcuszek, śliczny wisiorek z kameą…