Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Jenny towarzyszyła Bryce'owi. Znała najlepiej stałych mieszkańców Snowfield i najłatwiej identyfikowała ciała. W większości przypadków umiała również podać, kto mieszkał w domu i ilu ludzi liczyła rodzina – informacje potrzebne do skompletowania listy zaginionych.
Nie mogła odmówić uczestniczenia w zespołach przeszukiwawczych, ale martwiła się również, że naraża Lisę na koszmarne sceny. A równocześnie nie mogła zostawić siostry w Zajeździe Na Wzgórzu. Nie po tym, co się stało z Harkerem. I Velazquezem. Ale dziewczyna radziła sobie dobrze ze stresem i Jenny była z niej coraz bardziej dumna.
Na razie nie znaleźli ciał. Pierwsze domy, do których weszli, były opustoszałe. W kilku stoły zastawiono do niedzielnego obiadu. W innych stały wanny pełne ostygłej wody. Gdzieniegdzie pracowały telewizory, ale nikt nie oglądał programu.
W jednej z kuchni znaleźli niedzielny obiad na elektrycznej kuchence. Jedzenie w trzech garnkach gotowało się tak długo, że cała woda z niego wyparowała. Resztki były suche, spalone i nie dało się ich zidentyfikować. Garnki z nierdzewnej stali zniszczone, powleczone niebieskoczarnym nalotem wewnątrz i na zewnątrz. Plastykowe rączki częściowo stopione. Dom wypełniał ostry, kwaśny smród, jakiego Jenny w życiu nie wąchała. Bryce zgasił palniki.
– To cud, że cały dom się nie spalił.
– Gdyby kuchenka była na gaz, tak by się pewnie stało – powiedziała Jenny.
Nad trzema garnkami znajdował się okap z nierdzewnej stali, zaopatrzony w wentylator. Kiedy jedzenie zapaliło się, okap ograniczył krótko buchające płomienie, co zapobiegło przerzuceniu się ognia na pobliskie szafki.
Kiedy wyszli na zewnątrz, każdy (poza majorem Arkhamem, ubranym w strój ochronny) pełną piersią zaczerpnął czystego górskiego powietrza. Potrzebowali kilku minut na oczyszczenie płuc z koszmarnego smrodu, którym oddychali w środku.
W domu obok znaleźli pierwsze tego dnia ciało. Był to John Farley, właściciel Górskiej Tawerny, otwartej tylko w sezonie narciarskim. Liczył pod czterdziestkę. Uderzająco przystojny mężczyzna, z czupryną koloru “sól z pieprzem", wydatnym nosem i szerokimi ustami, które często rozciągały się w zabójczo pociągającym uśmiechu. Teraz spuchł i pokrył się sińcami, oczy wylazły mu z orbit, ubranie pękało w szwach na spuchniętym ciele.
Siedział przy stoliku pod ścianą w swojej wielkiej kuchni. Na talerzu przed nim znajdowało się ravioli z serem i małe klopsiki. Szklanka z czerwonym winem. Obok talerza leżał otwarty magazyn. Farley siedział wyprostowany na krześle. Jedna ręka spoczywała na kolanie, drugą miał na stole. Ściskał w niej kawałek chleba. Usta miał rozchylone, kęs chleba między zębami. Zginął żując; mięśnie szczęk na zawsze zostały napięte.
– Dobry Boże – powiedział Tal – nie miał czasu wypluć ani przełknąć. Śmierć musiała nastąpić natychmiast.
– I nie miał pojęcia, że nadchodzi – dodał Bryce. – Spójrz na jego twarz. Nie wyraża grozy, przerażenia czy szoku, jak u innych. Wpatrując się w zaciśnięte szczęki zmarłego, Jenny powiedziała:
– Nie rozumiem jednego. Dlaczego śmierć w ogóle nie spowodowała rozluźnienia szczęk. Niepojęte.
W kościele Naszej Pani Opiekunki Gór słońce przenikało witraże, złożone głównie z niebieskich i zielonych gomółek. Setki nieregularnie wykrojonych plam błękitu królewskiego, błękitu paryskiego, turkusu, akwamaryny, szmaragdowej zieleni i wielu innych odcieni spływało po wypolerowanych drewnianych ławkach, układało się w kałuże w nawach, migotało po ścianach.
To jak zanurzenie się pod wodę, pomyślał Gordy Brogan, idąc za Frankiem Autrym dziwną, pięknie oświetloną nawą.
Tuż za kruchtą strumień purpury rozpływał się na białej marmurowej kropielnicy z wodą święconą. Była to purpura krwi Chrystusowej. Słońce padało na zranione serce Jezusa i rozsiewało krwiste promienie na wodę lśniącą w jasnej marmurowej wazie.
Z całej piątki tylko Gordy Brogan był katolikiem. Zanurzył palce w wodzie święconej, przeżegnał się i ukląkł.
Kościół stał milczący, cichy, nieruchomy.
Powietrze łagodził miły zapach kadzidła.
W ławkach nie było wiernych. Zrazu kościół wydał się bezludny.
Gordy spojrzał uważniej na ołtarz i zabrakło mu tchu w piersiach.
Frank też to zobaczył.
– Och, mój Boże!
Prezbiterium spowijało więcej cieni niż resztę kościoła, toteż ludzie nie dojrzeli od razu ohydnego – i świętokradczego – widoku nad ołtarzem. Świece wcześniej spłonęły do końca i zgasły.
Jednakże kiedy ludzie z oddziału poszukiwawczego z wahaniem zbliżali się do ołtarza środkiem nawy, widzieli coraz dokładniej naturalnej wielkości krucyfiks na środku tylnej ściany prezbiterium. Drewniany krzyż, a na nim niezwykle dokładnie pomalowaną, gipsową figurę Chrystusa. Święty wizerunek prawie całkiem przesłonięty był innym ciałem. Prawdziwym ciałem, nie gipsowym odlewem. Ksiądz, ubrany w szaty do mszy; przybity gwoździami do krzyża.
Dwaj ministranci klęczeli przed ołtarzem. Byli martwi, sini, spuchnięci.
Ciało księdza sczerniało i nosiło ślady rozkładu. Nie było w takim dziwnym stanie jak inne, znalezione do tej pory. W tym przypadku odbarwienie było typowe dla jednodniowego trupa.
Frank Autry, major Isley i dwaj zastępcy minęli bramkę w balas-kach i znaleźli się w prezbiterium.
Gordy nie był w stanie im towarzyszyć. Przeżył tak mocny wstrząs, że musiał usiąść w ławce, żeby nie upaść.
Frank rozejrzał się po prezbiterium i zerknął przez otwarte drzwi do zakrystii, przez walkie-takie porozumiał się z Bryce'em Hammon-dem, który był w budynku obok.
– Szeryfie, znaleźliśmy trzech w kościele. Potrzebna jest doktor Paige, chodzi o dokładną identyfikację. Ale jest to tak potworne, że lepiej Lisę z kilkoma ludźmi zostawcie w kruchcie.
– Będziemy za dwie minuty – powiedział szeryf. Frank zszedł z prezbiterium, siadł obok Gordy'ego. W jednej ręce trzymał walkie-talkie, w drugiej rewolwer.
– Jesteś katolikiem.
– No.
– Współczuję ci, że musiałeś to zobaczyć.
– Zaraz przyjdę do siebie – powiedział Gordy. – Tobie wcale nie jest lżej, choć nie jesteś katolikiem.
– Znałeś tego księdza?
– Chyba nazywał się Callahan. Ale nie chodziłem do tego kościoła. Moja parafia to Święty Andrzej w Santa Mira.
Frank odłożył walkie-talkie i podrapał się po brodzie.
– Wszystko inne wskazywało, że atak nastąpił wczoraj wieczorem, niedługo przedtem, jak doktorek i Lisa przyjechały do miasta. Ale teraz to… Jeśli ta trójka zmarła przed południem, podczas mszy…
– To się stało chyba w czasie adoracji – stwierdził Gordy. – Nie podczas mszy.
– Adoracji?
– Adoracji Najświętszego Sakramentu. Niedzielny obrzęd wieczorny.
– Aha. W takim razie to pasuje do reszty. – Rozejrzał się po pustych ławkach. – Co się stało z parafianami? Dlaczego jest tu tylko ksiądz i ministranci?
– Cóż, ludzie nie walą drzwiami i oknami na adorację – powiedział Gordy. – Prawdopodobnie była jeszcze tylko dwójka lub trójka wiernych.
– Dlaczego ono nie porwało wszystkich? Gordy nie odpowiedział.
– Dlaczego musiało zrobić coś takiego? – powtórzył Frank.
– Żeby zadrwić z nas. Wyszydzić. Skraść nadzieję – powiedział żałośnie Gordy.
Frank spoglądał na niego.
– Może niektórzy wierzyli, że Bóg dopomoże im przeżyć – mówił Gordy. – Chyba większość tak myślała. Modliłem się dużo do czasu, jak tu przyjechaliśmy. Ty chyba też. Ono wiedziało, że tak postąpimy. Wiedziało, że zwrócimy się do Boga o pomoc. I w taki oto sposób mówi, że Bóg nie może nam pomóc. Albo przynajmniej chce zaszczepić niewiarę. Zawsze tak czyni. Budzi niewiarę w Boga. Zawsze tak czyniło.